TYLKO U NAS

Joanna Mazur: „Przyjdzie chwila, że będę widziała jedynie ciemność”

Szczerze o tańcu, treningach i miłości

Elżbieta Pawełek 18 maja 2019 06:25

Kiedy biegnie, nie boi się ciemności. Jest szybka i zwinna jak pantera. Gdyby widziała, może byłaby drugą Szewińską. A może zachwycałaby tańcem jak Isadora Duncan, bo każdy jej występ w Tańcu z Gwiazdami staje się wydarzeniem. Joanna Mazur, niewidoma mistrzyni świata w bieganiu, w niezwykle poruszającej rozmowie z Elżbietą Pawełek o tym, że warto walczyć do końca i zawsze być sobą. Wywiad ukazał się w kwietniowym numerze magazynu VIVA!

Zachwycasz od pierwszego występu w „Tańcu z Gwiazdami”. Czy miałaś na początku wielką tremę?

Wielkiej tremy nie, ale gdzieś na dnie tlił się lęk, bo to występy na żywo, jest publiczność, orkiestra, jury, są moi rodzice na widowni. Ale czułam się swobodnie i bezpiecznie, mając obok tak wspaniałego tancerza, jakim jest Janek Kliment. Na próbach obeszliśmy całe studio i scenę, żebym mogła oswoić się z nowym miejscem, co też dodało mi pewności.

Jan Kliment to perfekcjonista, pewnie wysoko zawiesił poprzeczkę?

Nie narzekam. Trenujemy intensywnie, co bardzo mi odpowiada, bo jestem sportsmenką. A Janek to świetny nauczyciel, w dodatku ma w sobie dużo ciepła, ale nie okazuje mi współczucia, więc szybko robię przy nim postępy. Oczywiście nie pokaże mi układów tanecznych w lustrze. Muszę go dotknąć, czasem położyć rękę na jego pośladku, zbliżyć się do niego, żeby poznać ruch jego ciała. Na szczęście żadne z nas nie ma oporu przed tą bliskością. Wspaniale nam się współpracuje i to mnie napędza do pracy.

Swoimi występami wzruszasz publiczność do łez. Twój ulubiony taniec to walc, samba, cza-cza?

Trudno powiedzieć, jak na razie dopiero je poznaję. Na pewno więcej odwagi wymagają ode mnie tańce latynoamerykańskie, w których dochodzą odważne podnoszenia, prowadzenie tylko za rękę, więc muszę być maksymalnie samodzielna i skupiona. 

Ale Twoją koronną dyscypliną stał się sport. Skąd pomysł, żeby biegać?

Zaczęłam tracić wzrok, a wraz z tym ochotę na życie. Szukałam sposobu, jak uwolnić się od myśli, że będę niewidoma. Poszłam w sport, żeby zapomnieć. Decydując się na ciężkie treningi lekkoatletyczne, skazałam się jednak na wcześniejszą utratę wzroku. Ale nie chciałam żyć zachowawczo, czerpiąc korzyści z resztek wzroku. To nie dla mnie. Chciałam żyć pełnią życia. Wiedziałam, że utrata wzroku to tylko kwestia czasu. Nastąpi nieuchronnie. Szybko połknęłam bakcyla sportowego i dziś to już nie jest dla mnie forma terapii, tylko droga do realizacji marzeń. Styl życia, część mnie.

Jak zareagowała Twoja rodzina, kiedy wszystko postawiłaś na sport? Zrozumiała tę decyzję?

Rodzina mnie zna i wie, że szybko się nie poddaję. Na początku rodzice mówili: „Nie męcz się, przecież to trudne”, ale widzieli w moich oczach radość i jak sport mnie odmienia. Myślę, że to ich przekonało. Zawsze mnie wspierają. Jestem im wdzięczna za to, że choć traciłam wzrok, nie byłam zwalniana z żadnej czynności domowej, że musiałam wypełniać swoje obowiązki, bo dzięki temu umiem dziś robić wszystko i jestem samodzielna.

To ciekawe, co powiedziałaś, bo na ogół ludziom niepełnosprawnym mówi się: „Nie idź, usiądź, bo się przewrócisz, odpocznij…”.

Mnie też tak mówili. Był taki moment, kiedy lekarze podejrzewali u mnie guza mózgu i zabronili wszelkiego wysiłku. Mogłam tylko chodzić, leżeć… Przez trzy dni cała rodzina, włącznie ze mną, żyła w niewyobrażalnym strachu. W pewnym momencie powiedziałam, że jeśli miałabym tego guza, to już dawno by mi pękł. I na kolejnych badaniach okazało się, że go nie ma, a ja mogę cieszyć się aktywnym życiem.

Kiedy zaczęłaś tracić wzrok?

Urodziłam się z dystrofią plamki żółtej, którą wykryto u mnie dopiero, jak miałam siedem lat, ale diagnoza została postawiona niemal 15 lat później. Ta wada występuje u ludzi w starszym wieku, choć sporadycznie u młodych ludzi. Znalazłam się w pierwszej dziesiątce opisanych przypadków na świecie. U mnie jest to schorzenie genetyczne, nie poddające się operacji i leczeniu. Gdybym miała siostrę, to prawdopodobnie cierpiałaby na to samo schorzenie co ja. Na szczęście mam trzech zdrowych braci, na których wsparcie mogę zawsze liczyć.

W okresie dojrzewania zaczęłam bardzo szybko tracić wzrok, aż doszło do sytuacji, w której jestem teraz, że szczątkowo widzę tylko światło – cień i tak naprawdę dopiero teraz poznaję ten świat. Ale wchodzę w ciemność bez buntu i cierpienia jak na początku, tylko z nadzieją, że się w tym odnajdę. Z początku bardzo trudno było mi się przyznać przed sobą, że nie widzę. „Ja, niewidoma”, po takich słowach pojawiało się morze łez. Nie chodziłam z laską, zamiast niej brałam parasol. Ukrywałam fakt, że nie widzę, bo się tego wstydziłam i czułam się kimś gorszym. Ten etap mam już za sobą. „Ta niewidoma” stała się częścią mnie. Wiem, że już tego nie zmienię, ale mogę zmienić stosunek innych ludzi do mnie. Chciałabym, żeby oceniali mnie nie przez pryzmat mojej niepełnosprawności, ale przez to, jakim jestem człowiekiem, jakie mam osiągnięcia, cele i co sprawia mi radość…

W szkole miałaś pod górkę?

To były góry lodowe. Bardzo to przeżywałam. Nie miałam odpowiednich książek, a wstydziłam się używać lupy. A dzieci względem siebie bywają okrutne, więc mnie przezywały, szydziły ze mnie, podkładały nogi. Byłam wytykana palcami i wyśmiewana. To było dla mnie niezwykle bolesne.

Nauczyciele nie reagowali?

Niestety, w szkole w Szczucinie, do której chodziłam, choć byłam w klasie integracyjnej, dawali pełne przyzwolenie na takie zachowania i tym samym pokazywali uczniom, że nie ma w tym nic złego. Pomagała mi jedna z koleżanek, ale kiedy z jakiegoś powodu nie pojawiała się w szkole, był koszmar. Nie miałam po co tam iść. Któregoś dnia wróciłam do domu zalana łzami i powiedziałam: „Koniec, dłużej nie dam rady”. Myślę, że wszystko, co mnie wtedy spotkało, mocno wpłynęło na to, jakim teraz jestem człowiekiem.

Kto wtedy okazał Ci największe wsparcie?

Moi rodzice. Są wspaniałymi ludźmi, mają mnóstwo empatii i bardzo mnie kochają. No, jestem ich dzieckiem, więc nie mają wyjścia (śmiech). Ale moja mama jest prawdziwą fajterką, nigdy się nie poddała. Uczyła się ze mną codziennie, pomagała mi czytać, pisać, odrabiać zadania, bo lewym okiem nie rozróżniałam już liter, a prawe zaczęło odmawiać mi posłuszeństwa. A ja lubiłam się uczyć, najniższą oceną była dla mnie czwórka, nie tolerowałam trójek. Chyba tę waleczność mam po mamie, która zawsze dzielnie przyjmowała złe wiadomości przekazywane przez lekarzy i, przytulając mnie, mówiła, że sobie z tym poradzimy.

Przeżyłam jednak moment grozy, kiedy moja szkoła w Szczucinie wysłała mnie na badania psychologiczne, licząc na to, że da się mi obniżyć poziom nauczania i dostosować do opóźnionych dzieci, gdyby testy wykazały u mnie niski iloraz inteligencji. Na szczęście badania wypadły pomyślnie, potrzebowałam tylko dostosowania metod nauki. I wtedy mama podjęła odważną decyzję, żeby przenieść mnie do szkoły dla niewidomych i słabo widzących w Krakowie, 140 kilometrów od domu. To była świetna placówka, w której dostałam skrzydeł. Mogłam wreszcie się normalnie uczyć.

A potem poszłaś na studia.

Tak, najpierw ukończyłam policealne studium masażu leczniczego, równocześnie zrobiłam licencjat z promocji zdrowia, a potem magistra pedagogiki terapeutycznej. Dodam, że krakowski AWF nie przyjął mnie na studia, bo lekarz wykonujący badania uznał, że nie dam sobie rady. A ja pracowałam jako masażystka w przychodni i w hotelu, trenowałam lekkoatletykę i dojeżdżałam w weekendy na uczelnię do Łodzi, gdzie studiowałam pedagogikę.

Wkurzasz się, jak słyszysz narzekania zdrowych ludzi? Myślisz: Boże, mają wszystko i jeszcze im źle?

Nie, nie myślę tak. W życiu każdego człowieka są trudne chwile, ja też mam gorsze dni, ale nie wolno się poddawać.

Kiedy poczułaś się silna? Jak zdobyłaś złoty medal w Londynie?

Nadal nie wiem, czy jestem silna. Staram się osiągać swoje cele, co daje mi zastrzyk energii. Od trzech lat startuję na zawodach z moim przewodnikiem i trenerem Michałem Stawickim. Biegam z opaską na oczach, w zupełnej ciemności, połączona z nim opaską owiniętą wokół nadgarstka. Michał może mnie wyprzedzić, ale nie wolno mu wpływać na tempo mojego biegu i to ja muszę wpaść pierwsza na metę. Jest dla mnie ważnym człowiekiem.

Kiedy na Mistrzostwach Świata Osób Niepełnosprawnych w Londynie dwa lata temu zdobyliśmy złoto w biegu na 1500 metrów, poczuliśmy wielki zastrzyk adrenaliny. Kosztowało nas to mnóstwo wyrzeczeń i po przekroczeniu mety przed oczami przewinęły mi się wszystkie najgorsze momenty: jak dowiedziałam się, że stracę wzrok, szykany w szkole, kryzysy na treningach i jak nasz związek sportowy utrudniał nam pracę, w efekcie czego część zgrupowań finansowaliśmy sami. Ale w tym samym momencie spełniły się moje marzenia. Emocje puściły, a ja rozpłakałam się ze szczęścia.

Żyjesz w treningowym reżimie. Jak wygląda Twój dzień?

Przed szóstą pobudka, pierwszy trening na rozruch, potem śniadanie i chwila przerwy, trening tańca. Później trening lekkoatletyczny i tak do wieczora. Na koniec prysznic, kolacja i do łóżka, bo o szóstej znów pobudka… Ale nie odpuszczam. Przed nami mistrzostwa świata w Dubaju w listopadzie, walka o kwalifikację na igrzyska, potem igrzyska olimpijskie
w Tokio i walka o wejście do finału.

Wspomniałaś, że równie trudno jak o dobry wynik jest trudno o sponsorów.

Budzimy mniejsze zainteresowanie niż sprawni sportowcy, choć to się powoli zmienia, bo nasze starty w Dubaju będą transmitowane w telewizji, to krok do łatwiejszego pozyskania sponsorów. Po mistrzostwach świata w Londynie rozesłaliśmy pisma do potencjalnych sponsorów z propozycją współpracy. Odzew był znikomy. To przykre, bo ciężko trenujemy, nasze osiągnięcia są imponujące, zasługujemy, by dać nam szansę. 

Film pokazany podczas „Tańca z Gwiazdami” mocno poruszył Polaków. Zobaczyli, jak mieszka niewidoma mistrzyni świata. W internacie, w ciasnym pokoiku bez z toalety! 

Mieszkanie w internacie to mój wybór wynikający ze sportowego zaangażowania oraz z poświęcenia, z jakim wiąże się życie sportowca. Jak wspominałam, sportowcowi z niepełnosprawnością trudno jest pozyskać sponsora, dlatego niezwykle mocno cenimy sobie każdą współpracę. Ministerstwo wspiera nas i kibicuje w drodze do osiągania kolejnych celów.

Mówi się, że kiedy Pan Bóg coś nam zabiera, to w zamian coś daje. A Tobie dał sukcesy sportowe, o jakich inni mogą tylko pomarzyć.

Myślę, że nie dał mi sukcesów, bo ciężko na nie zapracowałam wraz z trenerem. Na początku buntowałam się przeciw wszystkiemu, co sprawiło, że nie widzę, w tym przeciwko Bogu. To był dla mnie trudny okres w życiu, ale już dogadałam się z Górą i mamy pewien układ. Na razie wszystko idzie w dobrym kierunku, pracuję nad sobą, a Bóg podsyła mi wartościowych ludzi, którzy sprawiają, że mogę się realizować. Brak wzroku to jeszcze nie powód, żeby cierpieć i być nieszczęśliwym.

Mogę czerpać przyjemność z życia, z podróży, czy kontaktów z poznawanymi ludźmi. Tylko to wszystko odbieram nieco inaczej. Niektórzy myślą, że podróże są bez sensu dla niewidomych, bo i tak nic nie zobaczą. Ale wyobraź sobie, że przechodzisz wąską uliczką w Barcelonie, gdzie dźwięk inaczej odbija się od ścian kamienic, wibruje i wraca, a w powietrzu unoszą się specyficzne zapachy. Tak jak inni kolekcjonują zdjęcia z wyjazdów, tak ja w ten sposób zbieram wspomnienia, zatrzymując w sobie te piękne chwile. Są one dla mnie tak samo ważne jak dla kogoś cudowne fotografie.

Jesteś piękną dziewczyną. Czy ktoś Ci doradza, jak się ubrać, uczesać lub jaką fryzurę dobrać?

To trudny temat, bo kiedy zaczęłam tracić wzrok, zupełnie nie przywiązywałam wagi do tego, jak wyglądam. Nie pamiętam nawet swojej twarzy, więc jak ktoś mówi, że jestem piękna, to nie wiem, co powiedzieć. A fryzury? To kwestia komfortu. Często zaplatam sobie warkoczyki, bo są wygodne i bardzo je lubię. Pamiętam, jak to się robi, i nieźle mi to wychodzi. W kwestii stroju często kieruję się opinią innych, którzy podpowiadają mi, w czym mi do twarzy i co założyć.

Jak się już ubierzesz, zapleciesz sobie ulubione warkoczyki, to złościsz się, że nie możesz się w lustrze przejrzeć?

Trochę. Lustro jest dla mnie taką magiczną sztuczką, bo nie widzę w nim swojego odbicia. Ale dotykam tkanin, z których uszyto ubrania. Przez plamkę w prawym oku mogę nawet dostrzec kolory ubrań, jeśli mocno przybliżę je do oka… Choć przyjdzie chwila, że będę widziała jedynie ciemność.

Nie będziesz wtedy przeżywała pierwszych zmarszczek…

Już je wyczuwam wokół swoich oczu (śmiech). Uważam, że zmarszczki są czymś pięknym, bo mówią, czy ktoś miał radosne życie, czy dużo trosk. To wszystko odbija się na naszej twarzy i kształtuje nasz charakter. Ale to coś pięknego widzieć, jak się zmieniamy. W tańcu uśmiech jest bardzo ważny. Jest taki moment, kiedy muszę skoordynować całe ciało, ręce, nogi, ustawienie bioder i pleców. A Janek na koniec rzuca: „Jeszcze uśmiech”. Tak samo w biegu… przy krańcowym zmęczeniu ciało się napina i Michał krzyczy: „Uśmiech” po to, by rozluźnić szczękę i chyba oszukać mózg.

Powiedz, co zrobisz z tymi wielkimi pieniędzmi, jak wygrasz „Taniec z Gwiazdami”? Stawką jest 100 tysięcy złotych.

Jak na razie tak daleko nie wybiegam myślami, skupiam się na tym, co tu i teraz. Ale postawiłam sobie cel, żeby popracować nad sobą w sytuacji stresowej. Chcę odkryć poniekąd swoją kobiecość, którą zaniedbałam przez utratę wzroku. Kiedyś ta sfera nie była dla mnie ważna i teraz w tańcu muszę się przełamywać, bo są to dla mnie nowe sytuacje, ruchy, dzięki którym coś w sobie odnajduję. 

Przed Tobą całe życie. Jest coś, co chciałabyś bardzo zobaczyć?

Chciałabym zobaczyć twarze moich bliskich (łzy). Zapomniałam, jak wyglądają, nad czym ubolewam. Dużo jest rzeczy, które chciałabym zobaczyć. Ale tego wszystkiego mogę doświadczyć w inny sposób, bo będąc nad morzem, czuję wiatr, słyszę fale bijące o brzeg. To mogę sobie wyobrazić. Często buduję sobie obraz na podstawie tego, co opowiadają ludzie, którzy mi towarzyszą. A twarze są nie do odwzorowania. Ostatnio, kiedy dotykałam twarzy mojej mamy, uświadomiłam sobie, że zapamiętałam ją trochę inaczej. To są właśnie te piękne zmiany, o których mówiłam.

Masz w planach założenie rodziny, dzieci?

Oczywiście, że tak, rodzina jest dla mnie niezwykle ważna. To bardzo przyziemne marzenie, niezwykle ważny cel, jednak na wszystko przyjdzie czas. Muszę pokonywać sporo utrudnień jak wiele osób niepełnosprawnych, ale mając przy sobie życzliwych ludzi, którzy akceptują nas takimi, jakimi jesteśmy, z optymizmem patrzę w przyszłość. 

Twoim największym marzeniem jest zdobyć kolejny złoty medal?

Nie mogę zdradzić, bo się nie spełni. Mam cele sportowe i pozasportowe. Zawsze się śmieję, że jest lista rzeczy, które choć raz chciałabym zrobić w swoim życiu, na przykład przebiec maraton lub skoczyć ze spadochronem, poczuć wodospad Niagara, co jakiś czas dodaję nowe pozycje. Niezwykle istotny cel sportowy to dobrze się przygotować do mistrzostw świata, a w życiu spotykać szczerych i uczciwych ludzi.

Kim jest Twój mistrz?

W tańcu to bez wątpienia Jan, w biegach Michał, ale w życiu idę własną drogą. Ścieżki wydeptane przez wszystkich prowadzą donikąd. Chcę robić rzeczy, które sprawiają mi radość. Nie poddawać się, dążyć zawsze do celu.

I zawsze być pierwsza na mecie?

Nie do końca. To dość nieszablonowe podejście, ale dla nas ważne są założenia. Bardzo zależy mi, by realizować przyjętą przez nas strategię. A jeśli po wykonaniu planu uda się zająć pierwsze miejsce, to będzie pełnia szczęścia.

Rozmawiała ELŻBIETA PAWEŁEK

Zdjęcia Bartek Wieczorek/LAF AM

Stylizacja Jan Kryszczak

Makijaż Sylwia Kuźnik

Fryzury Kacper Rączkowski/
Buku Team

Rekwizyty Ania Witko

Produkcja Paulina Aleksiejuk

Sesja powstała z udziałem
Telewizji POLSAT

Wideo

Dziś wypada 3. rocznica ich ślubu. Oto historia miłości Agnieszki i Piotra Woźniak-Staraków

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Wydanie La Dolce VIVA!, a w nim: Ania Starmach, jurorka polskich edycji MasterChef oraz MasterChef Junior, o związkach – tych rodzinnych oraz ze sztuką i kuchnią. Piotr Adamczyk naszym przewodnikiem po Rzymie. Jak to się dzieje, że Monica Bellucci z każdym rokiem staje się… piękniejsza. Włoszka Tessa Capponi-Borawska o arystokratycznych korzeniach i o tym, kto zaszczepił jej pasję gotowania.