TYLKO U NAS!

„Od małego walczyłam o siebie. Być lepszą wersją siebie - to jest mój klucz do sukcesu

Natasza Urbańska o ekranizacji „Polity”, powiększeniu rodziny i miłości

Olga Figaszewska 27 lipca 2019 17:57

Wszechstronnie uzdolniona, zjawiskowa, spełniona kobieta sukcesu, szczęśliwa żona i matka. Przed nią kolejne wyzwania. Nataszę Urbańską wkrótce będziemy mogli podziwiać w ekranizacji musicalu Polita! Właśnie trwają prace nad filmem. Ale to nie wszystko! Właśnie pracuje nad nową płytą płytą i rozwija swoją markę modową Muses! Natasza Urbańska opowiedziała nam nie tylko o zawodowych wyzwaniach, życiu na wariackich papierach. Skąd czerpie siłę i energię do pracy? Czy tak, jak spekulowały media, porzuciła plany o powiększeniu rodziny?

To już oficjalne, będzie ekranizacja ,,Polity”. Pan Janusz Józefowicz otrzymał wsparcie z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. A Pani będzie się wcielać w tytułową postać.

W ,,Policie” gram już od ośmiu lat! To fascynująca droga. Od premiery zagraliśmy ponad sto spektakli  na ogromnej scenie stworzonej na Torwarze, a potem przenieśliśmy ten rozmach na deski teatru Studio Buffo. Oczywiście gramy na mniejszej powierzchni i mam wrażenie, że musical zyskał zupełnie inny wymiar. Technologia 3D daje efekt niesamowitego wrażenia przenikania się dwóch światów - wirtualnego i realnego, ale przede wszystkim to, co dla mnie ważne, mam bliższy kontakt z widzem. Spektakl Polita był wystawiamy w wielu krajach: Rosji, Niemczech, Korei czy USA...

Warto odnotować Grand Prix festiwalu w Korei Południowej, a nagroda dla najlepszej aktorki musicalowej powędrowała właśnie do Pani!

To olbrzymie wyróżnienie. Ale pamiętam te emocje, kiedy graliśmy na największych scenach Moskwy i Sankt Petersburga. Dla mnie osobiście to niesamowita nagroda i pamiątka, a jednocześnie wyzwanie. Przed premiera w Rosji nie spałam przez kilka dni! Ogromny stres i tylko jedna próba na scenie. Piosenek i tekstów uczyłam się w domu z komputerem. Chętnie podejmuje takie artystyczne wyzwania i chociaż czasami kosztują mnie wiele, to uważam, że zawsze warto. Janusz Józefowicz i Janusz Stokłosa otrzymali „Złote Maski”, największa nagrodę dla twórców musicalu w Rosji. A od Metra zaczęła się ta wielka miłość Rosjan do musicali. Mamy tą słowiańską duszę, czujemy podobnie... 

Co możemy zdradzić na temat produkcji? Na jakim etapie są prace ekranizacji musicalu? 

Nie wiem, ile mogę zdradzić (śmiech). Powoli zaczynamy zdjęcia próbne aktorów do głównych ról, za chwilę ruszamy z castingami w Gruzji. W Hiszpanii szukamy odtwórcy roli Rudolfa Valentino. Pola Negri Born in Poland made in Germany, Stolen by Hollywood. Taka była droga Poli, reżyser Janusz Józefowicz podjął decyzje, że będzie to międzynarodowa produkcja. Ta wspaniała przygoda jest dopiero przed nami!

Pan Janusz Józefowicz zapowiadał, że to będzie film z prawdziwego zdarzenia, dla niego to też filmowy debiut. 

Sama jestem ciekawa, jak będzie to wszystko ostatecznie wyglądało, ale ekscytacja tym projektem udziela się nam wszystkim. Wiem, że scenariusz filmowy odbiega mocno od teatralnego, chociaż historia będzie oparta na życiu Poli Negri. Będziemy starali się odpowiedzieć na pytanie, jak ta drobna osóbka zdobyła świat. Jako jedyna Polka odcisnęła dłonie w Alei Gwiazd w Los Angeles, na stałe zapisała się w historii światowego kina. Warto przypomnieć sylwetkę charyzmatycznej artystki minionej epoki kina niemego.

Zachwycano się wszechstronnością Poli Negri. Taniec, muzyka, aktorstwo... Pani też to wszystko ma i widać, że odnajduje się w każdej z tych ról. Nie ma Pani poczucia tęsknoty, że ta zagraniczna kariera mogłaby się ułożyć inaczej, mieć jeszcze większy rozmach? 

Skąd! Rozwijam swoje skrzydła tutaj, w Polsce. Nie potrzebuję niczego więcej. Poza tym, spoglądam czasem na show-biznesowe kariery, ich krótkotrwałość, połamane życia… a ja nadal staram się powolutku rozwijać. Tutaj mam swoją rodzinę, przyjaciół, miłość. Tutaj tworzę swój świat. Można uciekać i próbować swoich sił za granicami, oczywiście. Natomiast nasze produkcje tworzymy w Polsce, ale nagrody dostajemy za granica. Poza teatrem i domem prowadzę swoją markę modową Muses. Jak mogłabym to wszystko zostawić? Realizuje się jako artystka, matka i bizneswoman.

Ruszają też castingi do roli małej Poli. Państwa córka wciela się w tę postać w musicalu. Kalinka była brana pod uwagę przy kompletowaniu obsady do filmie? 

Kalina tak naprawdę już wyrosła z tej roli i zaraz mnie przerośnie. Teatr Buffo do 18 lat prowadzi studio artystyczne „Metro” w Miętnem pod Warszawa. Zawsze w lipcu odbywają się turnusy, a w każdym z nich uczestniczy po 100 dzieciaczków. Zajęcia odbywają się cały dzień, taniec, śpiew, step, akrobatyka, zajęcia aktorskie, hip hop. Na koniec turnusu na pokazie widać jakie postępy robią dzieci. Tam szukamy małej Poli, Wendy czy Piotrusia Pana. Dzieciaki się rozwijają i za chwilę są gotowe do pracy.

Państwa córka również bierze udział w tych wyjazdach? 

Oczywiście. Tym razem była na pierwszym turnusie. Totalnie nas zaskoczyła, zrobiła duży postęp w przeciągu zaledwie dwóch tygodni.

Dumni rodzice! 

Kalina jeszcze do niedawna nie była przekonana do tego, czy chce być artystką, ale widać, że ją do tego ciągnie i czerpie z tego satysfakcję. Nie mamy zamiaru wywierać na niej żadnej presji, jednak pamiętam jak grała małą Polę. Dla niej każdy spektakl był pełen nowych wrażeń. Radziła sobie fantastycznie. Zawsze pierwsza, gotowa przed spektaklem, mikrofon sprawdzony, wszystko dopięte na ostatni guzik i czekała skupiona w pełnej gotowości, by wejść na scenę, zagrać i zaśpiewać.

Z pewnością było to poruszające wydarzenie. 

To był dla nas wszystkich zarówno stres jak i wspaniała satysfakcja na koniec dnia.

Pojawiły się informacje, że ze względu na zobowiązania zawodowe odłoży Pani swoje marzenie o powiększeniu rodziny na dalszy tor. 

Też dowiaduje się z mediów, że podobno jestem w ciąży, teraz już jest nowa wersja? W ogóle takimi kategoriami nie myślę. Na wszystko znajdzie się czas. Nic nie przesuwam.

Zresztą wielokrotnie mówiła Pani, że stawia rodzinę przed karierą. 

Zanim Kalina pojawiła się na świecie nie zdawałam sobie sprawy, jak macierzyństwo przewartościowuje podejście do życia. Przed jej narodzinami byłam skupiona tylko na sobie. Byłam ja i moja kariera. To też było fajne. Dążyłam do jasno określonego celu. A  teraz ten cel ma dwa równoległe tory. Artystka i Matka. Rezygnuje z udziału w spektaklach, nie idę na imprezę bo chcę odrobić z córką lekcje. Czas z nią spędzony jest dla mnie największą wartością. 

Skoro już dementujemy różne kwestie. Kilka lat temu została Pani projektantką i współwłaścicielką marki modowej Muses. A w mediach wciąż pojawiają się krzywdzące newsy na temat Pani działalności. 

Pojawiają się co jakiś czas i nie wiem czemu mają służyć. Nasza marka Muses rozwija się fantastycznie! Teraz otworzyliśmy się na ulicy Mokotowskiej 43, jesteśmy dostępne w Katowicach, Krakowie czy Wrocławiu, a butik na Wilanowie ma już dwa lata. Jestem niezwykle dumna z naszej projektantki Oli, która stworzyła już piątą kolekcję i za każdym razem zaskakuje nas świeżością projektów. Kolekcje są spójne, wprowadziliśmy dużo kobiecych fasonów. Jest romantycznie, a zarazem tak, jak lubię, po męsku. Ja najchętniej zakładałabym oversize'owe rzeczy i garnitury, ale dzięki temu otwieram się na nowe rzeczy, kobiecość, kwiaty, bufki. Dobrze się w tym czuję. Wszystkie projekty zawsze wspólnie konsultujemy i wtedy podejmuję ostateczne decyzje. Dzięki mojemu wspólnikowi marka mocno stoi na rynku. Małymi kroczkami idziemy do przodu, ale przecież nie od razu Kraków zbudowano (śmiech).

Początki nigdy nie są łatwe. 

Są trudne, ale my je wspólnie przetrwaliśmy i jesteśmy na rynku już piąty rok. Jesteśmy odważne w swoich projektach, bawimy się modą i nasze klientki to uwielbiają. Teraz poszłyśmy w czerwony kolor na lato. Czekam na wrzesień i jesienną kolekcję. Przymierzałam już nowy, zielony trencz. Przepiękny!

Słyszałam, że wkrótce będziemy mogli napisać o kolejnej płycie? To będzie drugi solowy album.

Wczoraj po spektaklu pognałam do studia Sampler Orchestra, które tworzy dwóch świetnych muzyków: Staszek i Paweł. Powoli zapisujemy nasze pomysły, a ja co raz proponuje swoje melodie. Lubię w pracy korzystać z doświadczenia innych, konsultuję wiele kwestii. Jednak zależy mi na tym, żeby to wychodziło w pełni ode mnie. Lubię inspirować się ludźmi, czerpać od nich i wymieniać energią. Nie zamierzam się też na nic zamykać. Wręcz przeciwnie, otwieram się w muzyce na artystów, z którymi współpracuję. Wyszłam ze studia około pierwszej w nocy. Kolejna piosenka powstała. Dziś też mam umówiona sesje zaraz po pracy.

Takie trochę życie na wariackich papierach.

Ale lubię to, łapię chwile. Mam wrażenie, że żyję tylko spotkaniami, kawą i szczęśliwa jestem, nagrywając swoją muzykę, tworząc swój świat. A to wcale nie jest dla mnie takie łatwe. Przez lata pracy w teatrze uczyłam się wcielać w konkretne role, odnajdywać się w przeróżnych stylistykach. Uczyłam się nowych stylów tańca, śpiewania, pokazywania się na scenie. Pierwsza płyta One z Janem Smoczyńskim była takim pierwszym krokiem poza teatr. Mam ogromny sentyment do tej płyty i jestem wdzięczna za piękne kompozycje Seweryna Krajewskiego . 

Cudownie jest patrzeć na tą ekscytację, z którą o tym Pani opowiada.

Pasja to najważniejsze co człowiekiem rządzi. Żyjemy, by się realizować!

To kiedy ta premiera (śmiech)?

O Jezu! Poczekaj! (śmiech) Teraz też zmieniło się wydawanie muzyki. Myślimy singlami. Będziemy pojedynczo, sukcesywnie  wypuszczać te nasze “smaczki” i przyglądać się temu, jak słuchacze na nie zareagują. Myślę, że szykuje się inna, nowa Natasza, bardzo osobista.

Przed laty przylgnęła do Pani łatka żony znanego reżysera, dyrektora teatru. Czy wciąż odczuwa Pani presję, że wciąż musi coś komuś udowadniać?

Od małego walczyłam o siebie. Jako gimnastyczna, siedmioletnia dziewczynka musiałam mierzyć się z innymi. To za każdym razem było udowadnianie, kto jest lepszy. Sport nie był dla mnie, a rywalizacja mnie osłabiała. Natomiast otrzymałam siłę stawania przed wyzwaniami, siłę niezbędną na całe życie i naukę dyscypliny i systematyczności. Szkoła, trening, po zajęciach odrabiamy lekcje i pora na sen. Nie miałam życia podwórkowego... To była musztra. I tak szłam przez życie. W teatrze jest tak samo. Na początku byłam najgorsza z tancerek, ale miałam niezbędna bazę, do tego, by stać się najlepszą. Jako gimnastyczka nie mogłam zrozumieć jak ugiąć kolana do twista! Musiałam wykonać nad sobą ogromną pracę.

Wiesz, co było fajne? Ja nigdy nie myślałam o tej łatce. Zawsze zależało mi na tym, żeby to Januszowi pokazać, że jestem najlepsza, próbowałam go zaskoczyć. Nie myślałam o ocenach innych. W teatrze nie ma prześlizgiwania się. Albo jesteś dobry, albo nie. Ile razy ja miałam odbieraną rolę, bo były lepsze. Nie da się ukryć, że to są bolesne momenty. To nauczyło mnie walki ze sobą. Być lepszą wersją siebie - to jest mój klucz do sukcesu. Uwielbiam scenę. To jest  prawdziwa magia, móc wciągać widza w świat teatru!

Wraz z mężem zawodowo tworzy Pani zgrany duet. W teatrze nie daje taryfy ulgowej, a prywatnie?

Zaskakuje mnie cały czas! Życie z jedną osobą na wielu płaszczyznach jest niezwykle fascynujące i trudne zarazem. Janusz to artysta, wrażliwy, piękny człowiek z niesamowitą wyobraźnią, zabawny, inteligentny... On cały czas kreuje nowe rzeczy! Cały czas pracuje. Nie jest w stanie odpoczywać, dopiero niedawno zrozumiał, co to wakacje. W życiu prywatnym to ja jestem ta systematyczna, ogarniam dom, płatności, zakupy, ale okazuje się, że Janusz domowe sprawy ma pod kontrola. Trzeba sprzątnąć konary po burzy, zapłacić za zboże, dokupić gęsi i kaczek? Nie ma problemu! Umawia, odbiera, uzgadnia... Gospodarz z prawdziwego zdarzenia! Znalazł swój świat, który go odpręża, do którego chce uciekać. To miejsce jest dla nas azylem. Janusz Robi oleje, nalewki, razem zbieramy zioła, Ja dbam o przydomowy ogród, wspieramy się, uzupełniamy się, on jest tym ogniem, ja wodą. Natomiast w teatrze jest moim reżyserem i dyrektorem.

Wymaga od Pani więcej. 

Tak. To mnie niesamowicie cieszy! Oby tak było dalej. Im więcej się czepia, tym lepiej (śmiech). To znaczy, że widzi w artyście potencjał. Cały czas wymaga, siedzi na widowni podczas prób i daje wskazówki każdemu artyście. Cieszy się ogromnym szacunkiem. Budzi respekt, inaczej nie utrzymałby tych kilkudziesięciu osób na scenie. Tysiąc problemów ściąga do jednego worka. W końcu od prawie trzydziestu lat prowadzi swój prywatny teatr. To coś oznacza. Daje mi coraz więcej wolności twórczej. Staliśmy się partnerami na życie i na scenie.

A co dla Pani jest azylem? 

Nasz dom i chwile z córką są dla mnie resetem. Jesteśmy jak dwie bratnie dusze. Nasze ulubione momenty kiedy jedziemy razem samochodem, rozmawiamy, wieczorami czytamy wspólnie książki, chodzimy do kina. Kalina to tez świetny kompan w podróżach. To przepiękna relacja! Niezwykle dla mnie ważna!

To może szykuje się jakaś podróż z okazji zbliżającej się 11. rocznicy ślubu i  Pani urodzin? 

Planujemy coś specjalnego. W końcu ten sierpień jest wyjątkowo uroczysty. Ostatnio w ogóle działamy bardziej spontanicznie, chociaż nasze aktywności są dostosowane do repertuaru teatru i moich koncertów. Nigdy nie wiemy czy udamy się na wieś, czy wylecimy gdzieś na dwa dni. Tutaj jest pełna dowolność i to jest świetne.

Ale Pani też przygotowała dla męża niespodziankę z okazji 60-tych urodzin!

Trochę się tego od niego nauczyłam (śmiech). Chciałam przygotować dla Janusza podsumowanie artystyczne. Ale nie zdawałam sobie sprawy z tego, ile on zrobił spektakli! Powiesiłam wszystkie plakaty na naszej stodole i... nagle zabrakło mi miejsca. Goście byli zachwyceni. Przyjechali nasi przyjaciele, rodzina, artyści. Zresztą Janusz też przygotował dla nas niespodziankę w postaci filmu, który przedstawiał jego twórczość. To był niezwykły wzruszający, emocjonalny wieczór.

O czym jeszcze marzy Natasza Urbańska? Wydobywa się z Pani takie szczęście i radość. 

Jestem szczęśliwa, bo otaczają mnie moi kochani ludzie. Realizuje się jako artystka, doceniam to co dostałam od życia i co wypracowałam. Mogę sobie życzyć jedynie zdrowia, sobie i najbliższym. A wtedy będąc razem możemy wszystko.   ZOBACZ ZDJĘCIA

Wideo

Dziś wypada 3. rocznica ich ślubu. Oto historia miłości Agnieszki i Piotra Woźniak-Staraków

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Monika Olejnik, Martyna Wojciechowska, Joanna Przetakiewicz, Anna Lewandowska i Jessica Mercedes Kirschner. Pięć niezwykłych kobiet w niezwykłej sesji VIVY!. Janusz L. Wiśniewski w mocnej rozmowie o współczesnych kobietach oraz Debora i Joszko Brodowie z 11-stką dzieci o sile rodziny.