Mikołaj Roznerski
Fot. FORUM
TYLKO U NAS

„Dostałem w zęby”, Mikołaj Roznerski nie tylko o filmie Fighter

„Zaręczyny? To moja słodka tajemnica!”

28 lipca 2019 20:25
Mikołaj Roznerski
Fot. FORUM

Popularny i lubiany aktor Mikołaj Roznerski w filmie Fighter zagrał mistrza boksu. Przed kamerą stoczył zaciętą walkę na ringu z Piotrem Stramowskim. Ile go to kosztowało? Czy w życiu też używa pięści? I czy w końcu się zaręczył?

Jak przygotowywał się Pan do roli w filmie Fighter?

Oprócz tego, że budowałem w miarę wiarygodną postać, musiałem przygotować się też fizycznie. I pokazać przekonująco zawodowego boksera w akcji. W dodatku mistrza świata walczącego o utrzymanie tytułu. Nie było to łatwe. Dołączyłem do obsady jako ostatni. Początkowo odmówiłem, bo zaproponowano mi bardzo mało czasu na przygotowanie. Ale lubię wyzwania, więc w rezultacie postanowiłem zaryzykować. Pomyślałem, że szkoda nie wziąć takiej roli.

Dobra cecha charakteru do takiej roli.

Pomyślałem: „Mam siedem tygodni, zrobię co się da”. Miałem świadomość, że nasz film będzie porównywane do innego filmu, o sztukach walki, którego premiera była w zeszłym roku. Przez sześć i pół tygodnia miałem trzy razy dziennie trening bokserski. Jeden sylwetkowy. Musiałem zbudować ciało do tej roli

Były pot, krew i łzy?

Był. Miałem strasznie mało czasu. Trenowałem siłowo, dźwigałem duże ciężary, żeby zbudować masę. Wielokrotnie się poddawałem. Na szczęście miałem dobrego trenera, który we mnie bardzo wierzył. Mówił, że wszystko będzie dobrze, a kamera jeszcze bardziej pomoże. Wierzył we mnie tak mocno, że w rezultacie stworzyłem w miarę wiarygodna postać.

Kryzys kiedy Pana dopadł?

W pierwszym dniu kręcenia walki. Po 16 godzinach, kiedy już nie miałem siły. Przez ten pierwszy dzień zdołaliśmy nagrać zaledwie pierwszą rundę. A miało być ich dwanaście! To olbrzymi wysiłek. Co prawda markowaliśmy ciosy, ale trzeba było markować tak, żeby wyglądały na prawdziwe. Nie chcę marudzić, bo to była spaniała przygoda, ale fizycznie miejscami mnie to przerosło. Ale nie wycofałem się.

Dostał Pan naprawdę w zęby?

Tak. Nie raz naprawdę trafiłem Piotrka w twarz. A on mnie. To jak w tańcu, kroki czasem się pomylą. A emocje poniosą. Reżyser mówił: „Spróbujcie bardziej żywiej”. Jak się do dwóch aktorów tak mówi, to zaczynają się prawdziwe emocje. Więc dostałem nie raz. Na jeden z prawdziwych ciosów, to się umówiliśmy, żeby lepiej wypadł przed kamerą.

W filmie walczył Pan o tytuł mistrza świata. A w życiu myśli Pan o sobie: „Jestem mistrzem?”.

Nigdy tak o sobie nie myślałem. Nie traktuję siebie w wyjątkowy sposób. Wiem, że na wielu płaszczyznach w swoim życiu zawiodłem. Wciąż rozwijam się jako człowiek, jako aktor, jako partner. Do bycia mistrzem jest jeszcze daleka droga. W ogóle nie wiem, czy chcę osiągnąć taki cel. Po co się spalać? Zostanę mistrzem i co dalej? Jeszcze wyżej poprzeczka? Nie, wolę trochę pożyć. Lubię adrenalinę, życie na krawędzi. Jednak z wiekiem czuję, że życie człowieka, który twardo stąpa po ziemi, bardzo mi odpowiada.

A blizna na łuku brwiowym skąd?

Historia z lat młodzieńczych. Byłem takim bad boyem, wydawało mi się, że wszystko mogę. Jak ktoś zaczepiał, odpowiadałem siłą. Dopóki ktoś nie podniósł rurki i porządnie mi nie przyłożył w łeb. Została blizna. Lubię ją. Jest jakąś wartością na tej mojej twarzy.

Czyli Pan nie tylko na filmie się bije?

Zdarzało się. Teraz z racji wieku nie mogę tego robić. Ale jako młody człowiek kręciłem się w różnych środowiskach. Szukałem autorytetów. Niekoniecznie dobrych. Dopiero później spotkałem odpowiednich ludzi, którzy wskazali mi właściwą drogę.

Jednym z nich był Sebastian Majewski?

Tak, to ojciec mojego sukcesu i ojciec mojej teatralnej drogi. On mnie nauczył teatru. Do szkoły teatralnej dostałem się zupełnie zielony. Pochodzę z małej miejscowości, tam nigdy nie mieliśmy czasu na wielką literaturę. I żeby iść do teatru. Tam zajmowaliśmy się po prostu pracą na roli.

Dla boksera dobrze.

Ale dla aktora niekoniecznie. Jednak trzeba przeczytać klasykę, żeby później odnosić się do tej literatury. Wielkie powieści i dramaty poznałem dopiero w szkole teatralnej. I tam poznałem Sebastiana Majewskiego, który założył grupę teatralną „Scena Witkacego”. Robiliśmy teatr i tam byłem artystą. Czasem dla dwóch widzów. Uczyłem się tam sztuki teatru.

Po piwnicach?

Tak, graliśmy w piwnicach, w starych fabrykach, w spalonym teatrze Victoria w Gliwicach. Piękne miejsce. I w mieszkaniach w starych kamienicach.
O, offowo bardzo!

Tak, to były dobre czasy. Zaadaptowaliśmy artystycznie dzielnicę Wrocław Nadodrze. Graliśmy dla lokalnych mieszkańców, którzy żyli na bakier z teatrem. Animowaliśmy ich w ten sposób. Wychodzili z domu do naszych działań.

Grał Pan też mistrza baletu. Jak to możliwe?

Dostałem propozycję zagrania w Londynie Rudolfa Nuriejewa, rosyjskiego mistrza baletowego. Miałem podstawy tańca ze szkoły, a na planie doskonałego dublera. Byłem dziesięć lat młodszy i o połowę mniejszy. Poszedłem na casting i wpadłem w oko realizatorom, dostrzegli we mnie podobieństwo do Nuriejewa, delikatnego, wrażliwego młodzieńca. W Anglii odbyły się trzy dni zdjęciowe, potem projekt padł z przyczyn finansowych.

O co walczył Pan w życiu naprawdę. O jaką sprawę, osobę?

Zawsze walczę o swoich bliskich. O tych, którzy potrzebują mojego wsparcia, bo przez to walczę o samego siebie.

Podobno zaręczyliście się z Pana partnerką, Adrianą Kalską?

Nie potwierdzam, nie zaprzeczam. Niech to pozostanie moją słodką tajemnica.  

Mikołaj Roznerski
Fot. FORUM

Wideo

Urszula Dudziak ma 78 lat i mnóstwo pięknych planów: „Rozkwitłam na nowo po menopauzie”

Akcje

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Co powie tata? JAROSŁAW I OLIWIA BIENIUK we wzruszającej rozmowie o wchodzeniu córki w dorosłość, układaniu życia na nowo, sile wspomnień i ojcowskiej miłości. ALEKSANDRA KURZAK: „lubię być diwą”. O błyskotliwej karierze, zaręczynach po 10 dniach znajomości i intymności. DOROTA I CZESŁAW MOZILOWIE razem pracują, podróżują, oglądają seriale, tańczą... Co jest receptą ich udanego związku? WOJCIECH MECWALDOWSKI to artysta, aktor i... introwertyk. Co oznacza dla niego „życie pełną gębą”? Ikar polskiego dziennikarstwa... Jaki był prywatnie? Wzloty i upadki KAMILA DURCZOKA.