Magdalena Zawadzka, Viva! 2012
Fot. Krzysztof Opaliński
TYLKO U NAS!

Gustaw Holoubek we wspomnieniach ukochanej żony w 10. rocznicę śmierci

„Guciu, nigdy nie przestałam Cię kochać”

Olga Figaszewska 8 marca 2018 14:15
Magdalena Zawadzka, Viva! 2012
Fot. Krzysztof Opaliński

Szóstego marca minęła 10. rocznica śmierci Gustawa Holoubka, wybitnego polskiego aktora, wspaniałego reżysera, dyrektora i pedagoga. W poruszającej rozmowie z Krystyną Pytlakowska, Magdalena Zawadzka opowiedziała o ich miłości, tęsknocie i o bólu związanym ze stratą ukochanego. Z Gustawem Holoubkiem przeżyła 35 szczęśliwych lat. Gdy go zabrakło, nie chciała, jak inne wdowy po wielkich mężach, okutać się w czerń i mówić, że życie się skończyło. Wie, że on tego by sobie życzył. „Zostawił we mnie dużo swojej siły, to tylko jego ciało odeszło, ale miłość żyje, ona jest”, wyznała. Co się zmieniło w jej życiu? Jakie przywołuje wspomnienia, gdy widzi Gustawa sprzed lat?

TYLKO U NAS! Magdalena Zawadzka wspomina Gustawa Holoubka

To już dziesięć lat, odkąd nie ma Gustawa.

I nawet nie wiem, kiedy te lata przeleciały. Gdyby ktoś wtedy w nocy z piątego na szóstego marca zapytał, jak ja te lata przeżyję – nie umiałabym odpowiedzieć. I nie umiem do dzisiaj. Nie przypuszczałam, tylko że tak szybko ten czas przeleci. I że mimo tak wielkiej, ogromnej straty osoby niezastąpionej będę żyła całkiem normalnie.

Co to znaczy normalnie?

Moja normalność polegała i polega na tym, że zawsze byłam bardzo samodzielna, nawet wtedy, gdy żył Gustaw, który był wielką moją podporą i opiekunem. Którego mogłam się poradzić i który umiał mi pomóc, kiedy nie dawałam sobie rady sama ze sobą.

Jak to nie dawałaś sobie rady?

Zdarzało się, bo przy mojej samodzielności wiedziałam, że jeżeli poczuję się słabsza i jeżeli coś mi się nie uda, to mam przy boku najżyczliwszą, najukochańszą i kochająca mnie duszę. Kiedy odszedł, nie wyobrażałam sobie, jak sobie bez niego poradzę. Ale okazuje się, że radzę sobie znakomicie. Głównie dlatego, że nigdy nie byłam rozpieszczana, rozkapryszona i nie uważałam siebie za pępek świata. Od dziecka stosowałam zasadę, że najpierw powinnam pomóc sobie sama a dopiero gdy nie dam rady, to mogę poprosić o wsparcie kogoś innego.

Jako jedynaczka nie byłaś rozpieszczana?

Nie, bo mój tata był ukochanym, rozpieszczonym jedynakiem i wiedział, że nie można wychowywać dziecka w aurze nieustającej akceptacji. Życie moich rodziców tego nauczyło, zwłaszcza podczas wojny i powstania. Dzięki temu teraz przez dziesięć lat, odkąd nie ma przy mnie mojego największego przyjaciela, odważnie podejmuję sama decyzje i nie narzekam. Przez cały czas grałam i gram. Ciągle wyjeżdżam zagranicę, zawodowo i prywatnie.

Napisałam trzy książki wspomnieniowe, a ludzie, którzy byli moimi przyjaciółmi, kiedy żył Gustaw, zostali przy mnie. Oczywiście część się wykruszyła, ale pojawili się nowi, którzy wcześnie pozostawali gdzieś dalej. Nie mogę narzekać na brak serdeczności ludzkiej. Nawet obcy dają mi tyle serca i ciepła przez cały ten czas od śmierci Gucia. Kiedyś też doświadczałam serdeczności, ale odkąd odszedł Gustaw, czuję się jeszcze bardziej lubiana. Jakby część ludzkiej sympatii przeniosła się na mnie.

Ludzie lubią Cię za szczerość i za miłość do Gustawa. Gdybyś po jego śmierci zaczęła bywać na salonach, fotografować się na ściankach i romansować z pewnością odczułabyś ludzką dezaprobatę.

Ale ja nie miałam wcale takiej potrzeby. Gustaw zostawił we mnie dużo swojej siły, to tylko jego ciało odeszło, ale miłość żyje, ona jest.

Co najbardziej uwielbiałaś w Gustawie?

To spojrzenie, gdy patrzył na mnie sądząc, że ja tego nie widzę. Znajomi mówili – gdybyś wiedziała, jak on na ciebie patrzy. Ale mówili też, że widzą, jak ja na niego patrzyłam. Kiedyś Ewa Błaszczyk wspominała, że do dziś ma w oczach nasz obraz gdy stoimy na przystanku autobusowym w Bukowinie i tak na siebie patrzymy, jakby cały świat wokół nie istniał. A byliśmy już wtedy sporo po ślubie.

Też pamiętam Was z Zakopanego – szliście po Krupówkach, Ty miałaś na sobie piękny biały kożuszek. Gustaw był w kożuchu z dużym kołnierzem, beżowym. Wyglądaliście jak z innego, bogatego świata.

Uwielbiałam Gustawa ubierać, bo on nie był zainteresowany kupowaniem sobie ubrań.

Szliście objęci, a od reszty ludzi odgradzała was aura zakochania.

My z Gustawem oprócz łączącej nas wielkiej miłości bardzo się lubiliśmy i przyjaźniliśmy, kochałam jego zalety i wady i zdawałam sobie sprawę, że drugiego takiego człowieka po prostu nie ma. Moje wady on też znał i się z nich podśmiewał. Traktował mnie często pobłażliwie, droczył się ze mną, gdy ja złościłam się o jakiś drobiazg.

Traktował Cię trochę jak swoją córkę.

Nie, choć teoretycznie mogłabym nią być. Nigdy nie zapomnę jak o mało nie pękł ze śmiechu, kiedy szliśmy z Bukowiny do Gliczarowa a przy drodze góral sprzedawał miód. Kupiliśmy od niego słoik, a gdy Gustaw płacił, góral popatrzył na mnie i mówi: ładną macie panocku córeckę. Kiedy człowiek odchodzi ,jego energia, duchowość zostaje przy nas, jeżeli tego chcemy. A ja chcę. Ale zabiera też coś ze sobą. Nie wiem, co Gustaw mi zabrał ,ale nie jestem taka sama, jak byłam.

Gdyby ktoś wtedy w nocy z piątego na szóstego marca zapytał, jak ja te lata przeżyję – nie umiałabym odpowiedzieć.

Co się w Tobie zmieniło?

Przede wszystkie jestem bardziej wyrozumiała, cierpliwsza i mam większy dystans do wielu spraw. Kiedyś byłam go pozbawiona, Gustaw mnie tego dystansu nauczył. Kiedyś zabawnie zauważył ,gdy jechaliśmy razem na wycieczkę: Magusiu, tu się chyba urodziłaś. Tam na tablicy było napisane „Piekielnik”. A teraz jestem taka spokojna, nic mnie nie może wyprowadzić z równowagi.

Nie masz w sobie jadu i zawiści.

Nie mam, mogę spokojnie spać, nawet gdy koleżanka coś genialnie zagra, szczerze jej gratuluję. Na pewno nigdy nie podpiłowałabym schodów, jak to bywało w teatrach przed wojną, żeby spadła z nich idąc na premierę. Gustaw zawsze mi powtarzał: uspokój się, drobiazgi są nie warte twoich nerwów. I nawet w momencie, gdy ktoś wobec mnie zachowuje się fałszywie, ja bardzo długo to wytrzymuję.

Doświadczyłaś nieszczerości?

Doświadczyłam zawiści, agresji i totalnej dwulicowości, a także wyładowywania na mnie własnych kompleksów. Z wiekiem na ludzkich twarzach odbijają się te negatywne emocje. Na twarz jaką mamy na starość pracuje się przez całe życie. Dlatego nie pytaj mnie, czyjej agresji doświadczyłam.

Gustaw zapracował na piękną twarz.

Tak, z uroczym naiwnym spojrzeniem i wyrozumiałym filozoficznym uśmiechem. Gdy go poznałam, od razu poczułam się przy nim bezpiecznie, nie onieśmielał mnie, mimo że był już sławnym aktorem, a ja dopiero wchodziłam w życie zawodowe i byłam ostra, zbuntowana.

Ale przede wszystkim śliczna.

Tego o sobie to nie wiem. Ale gdy inni tak mówią, sprawia mi to przyjemność. Byłam tylko taka banalnie ładna. Nigdy nie uważałam siebie za piękność.

Co Ty opowiadasz, wszystkie w Basi Wołodyjowskiej się kochałyśmy. Byłaś delikatna, subtelna z charakterystycznym słodkim głosem. Po głosie rozpoznałabym cię wszędzie.

A jednak byłam dosyć obcesowa, nie dałabym sobie w kaszę dmuchać i nadal nie daję. Przez te wszystkie lata starałam się jednak wypracować w sobie zdolność do wybaczania i tolerancji dla drugiego człowieka Przecież ja też nie jestem bez wad. Ale jeśli ktoś przekroczy granicę mojej wytrzymałości psychicznej, po prostu kończę tę znajomość.

Mówiłaś, że Gustaw cię wzmacnia psychicznie?

Tak, bardzo to czuję, chociaż unikam niepokojenia jego duszy. Nie przywołuję go co chwilę.

Ale masz jego zdjęcie przy łóżku.

Mam, u siebie i w jego pokoju. On jest tu ze mną, w każdym miejscu naszego mieszkania. I chociaż nie proszę go o pomoc, nagle mój problem sam się rozwiązuje. Nagle wiem, jak mam postąpić i mój problem sam się rozwiązuje. A wiesz ,że ja wchodząc do domu nigdy nie czuję się tu sama? Czas nigdy mi się nie dłuży .

Bo dużo pracujesz.

Kiedy Gustaw odchodził, też bardzo dużo pracowałam. Miałam premierę w Teatrze Ateneum, który osierocił. Miałam wyjazdy zagraniczne. Ten pierwszy okres po śmierci Gustawa był straszny, ale przeżyłam go zatapiając się w pracy. I szybko napisałam moją pierwszą książkę „Gustaw i ja” – to była najlepsza terapia. Poświeciłam na nią dwa lata, pisałam, wybierałam zdjęcia, przypominałam sobie.

To tak jakbyś odbywała żałobę razem z Gustawem?

Tak, był cały czas ze mną. Żałoba jest absolutnie konieczna, nie wolno od niej uciekać. Trzeba dać się jej ponieść. Wymyślono ją przecież nie bez powodu. Nie można wyrzucić z serca kogoś, kto odszedł, nadal się go kocha. Bez względu na życiowe okoliczności. A Gustaw wiem, że nie chciał odchodzić, to los mu tak zdecydował.

Wiedział, że umiera? Bał się?

Nigdy mi o tym nie powiedział. Nigdy nie mówił o śmierci, nie zostawiał dyspozycji w sprawie pogrzebu czy pamiątek po nim.

W filmie waszego syna Jasia powiedział, że nie wierzy w śmierć. Pamiętasz? A u mnie w wywiadzie stwierdził, że śmierć to głupi żart.

I ja też tak to traktuję. Gdy przychodzę na Powązki, rozmawiam z Gustawem, ale nie płaczliwie, żałośnie. Czasem nawet złoszczę się na niego: Guciu ,zastanów się , zrób coś. Albo przy jego grobie wściekam się na siebie: widzisz , sprzątałam i się oparzyłam. I niemal słyszę jak mi odpowiada.

Oglądasz go w filmach, które są powtarzane?

Oglądam z wielką przyjemnością. Ostatnio „Marysię i Napoleona” . Ten film widziałam dawno temu. A teraz pomyślałam sobie- cóż za urocza bajeczka i jak świetnie Gucio zagrał tego cesarza. Uwielbiam też „Prawo i pięść”, świetny, mądry film. I „Gangsterów i filantropów”. I taki mniej znany „Księga życzeń”, o starszym panu i dziewczynce z domu dziecka. Nie ma jego filmu, który by mi się nie podobał.

Chyba dla Gustawa Holoubka to nie było takie ważne – sława, popularność, blichtr.

Był bardzo skromny, normalny, naturalny w swym zachowaniu. Nie szeregował ludzi według ich pochodzenia, zarobków, majątków. Każdy był dla niego człowiekiem. Ale jeśli spotykało go chamstwo., obcesowość, potrafił być bardzo ostry.

Pamiętasz 1968 rok i słynne „Dziady”, od których się wszystko zaczęło? Cały nasz bunt? Wczoraj w Teatrze Narodowym na pięćdziesiątą rocznicę zdjęcia tego słynnego przedstawienia przypomniano Wielką Improwizację. Dla mnie bardzo wzruszające przeżycie. Byłam na tych „Dziadach” Dejmkowskich , na ostatnim spektaklu, jaki zagrano.

W 1968 roku nie znałam Gucia zbyt blisko, chociaż grałam z nim wtedy. Spotykaliśmy się na próbach „Brata marnotrawnego” Oskara Wilda dla teatru TV. Zaraz po próbie popołudniowej wychodził grać w „Dziadach” w Teatrze Narodowym. A ja co wieczór też grałam w teatrze -Dramatycznym. Nikt nie wiedział, że przedstawień „Dziadów” będzie tylko jedenaście. Myślałam, że zdążę je zobaczyć.

Ciemno choć oko wykol i snop światła skierowany na Holoubka na scenie, i jego głos wypełniający całą salę, w słynnej Wielkiej Improwizacji.

Nie miałam szczęścia go widzieć ale teraz podczas pięćdziesiątej rocznicy zdjęcia „Dziadów” w Teatrze Narodowym, gdzie prezentowano fragmenty zarejestrowane przez UB, w końcu go usłyszałam.

Gdy widzisz Gustawa sprzed lat, słyszysz jego głos, jakie przywołujesz wspomnienia?

Wszystko mi się przypomina. Szkoda tylko, że w filmach czarno-białych miał ciemne oczy, bo nie umieli ich dobrze oświetlić. A w rzeczywistości były piękne jasnoniebieskie, czasem szaroniebieskie. Prawie przezroczyste.

Czasem wyglądały na zielone.

Opowiadał mi, że kiedyś Ewa Demarczyk, gdy był na jej koncercie, zaśpiewała „Masz takie oczy zielone” ze specjalną dedykacją dla Gustawa Holoubka. Bardzo się wtedy wzruszył. Ta piosenka to arcydzieło.

Gustaw Cię ukształtował nie tylko jako człowieka ale i jako aktorkę?

Pod jego wpływem przestałam być taka ostra, zasadnicza, dzieląca świat na czarny i biały. Zawsze miałam poczucie humoru, więc tego nie musiał mnie uczyć. Dziś sądzę że przy Gustawie rozkwitałam, pławiąc się w ogromnym ogniu miłości, jego pobłażliwości i tolerancji. Ale to nie znaczy, że byłam taką świętoszką przy mężu.

Wyobrażam sobie, jakie miałaś powodzenie u chłopaków.

Skłamałabym, gdybym zaprzeczyła. Lubiłam sobie poflirtować, strzelić okiem. Gustaw nigdy nie okazywał zazdrości, choć czasem widziałam w jego oczach zazdrosny błysk. Zresztą ja również byłam o niego zazdrosna, chociaż nigdy nie pozwoliłam sobie na jakąś scenę czy uwagę, nie pozwalaliśmy sobie na to, żeby się kłócić o byle co.

Guciu, nigdy nie przestałam cię kochać.

A jeżeli już się czasem przemówiliśmy to natychmiast któreś z nas obracała to w żart. Umieliśmy też powiedzieć sobie przepraszam. Nigdy w życiu nie poczułam się obrażona. Nie okłamywaliśmy się, zresztą Gucio zapomniałby, gdyby coś skłamał. Był bardzo roztargniony.

Lubiłaś grać w przedstawieniach, które reżyserował?

Lubiłam, ale nie obsadzał mnie zbyt często. Dużo więcej grałam u innych reżyserów.

Nie byłaś więc klasyczną panią dyrektorową.

Nigdy nią nie byłam. Gustaw dawał szansę grania młodym, utalentowanym dziewczynom a ja nie byłam o nie zazdrosna, bo też je bardzo lubiłam. One mnie także. Zapamiętałam, że jak sama byłam młodą aktorką, to te starsze ode mnie potrafiły być bardzo niemiłe. Nie wiem ,czemu były złośliwe. Ale doskonale to wyczuwałam. Oczywiście były też cudowne panie, z Danutą Szaflarską na czele, którą poznałam, gdy miałam czternaście lat i wystąpiłam pierwszy raz w telewizji w teatrze dla młodzieży.

Cały czas masz w sobie coś bardzo młodego, taką wiarę, że wszystko będzie dobrze.

To prawda, nawet gdy odwiedzałam Gucia w szpitalu na jego ostatnim, najtrudniejszym etapie życia, ani przez chwilę nie dopuszczałam do siebie myśli, że Gustaw może umrzeć.

Uważałaś, że jest nieśmiertelny?

Bałabym się słowa nieśmiertelność, ale uważałam, że skoro wyszedł z tylu opresji zdrowotnych, to i tym razem także z niej wyjdzie i wróci do domu. Ordynator powiedział: Tylko dom może go uratować. I uratował jeszcze na pół roku. A może także moja determinacja, żeby go nie traktować jak ciężko chorego. On już prawie nie wstawał z łóżka, a ja zmusiłam go do chodzenia po schodach i on te schody pokonywał. Jeden, dwa, potem całe półpiętro.

Dziesięć lat temu na czterdziestą rocznicę zdjęcia „Dziadów” sam zszedł z drugiego piętra, pojechaliśmy do Teatru Narodowego i wytrzymał tam ponad pięć godzin. Najpierw uroczystości a potem na bankiecie. Siedział wygodnie na kanapie, a ludzie do niego podchodzili, rozmawiali, robili sobie z nim zdjęcia. W „Vivie” też macie reportaż z tamtego wieczoru. Potem wrócił na nasze drugie piętro, usiadł w kuchni i poprosił o coś dobrego. Usmażyłam mu jajecznicę, podsmażyłam kartofelki. Był zachwycony, uwielbiał takie jedzenie.

Co byś powiedziała Gustawowi, gdybyś go dzisiaj spotkała?

Powiedziałabym: Guciu, nigdy nie przestałam cię kochać. A jeżeli czasem było z mojej strony coś nie tak, to wszystko odpokutowałam. Byłeś i jesteś dla mnie najważniejszy.

Rozmawiała: Krystyna Pytlakowska

Gustaw Holoubek i Magdalena Zawadzka i ich syn, Jan Holoubek w 1979 i 1998 roku
Fot. Archiwum rodzinne/Jan Holoubek

Wideo

Byli małżeństwem przez 3 lata. Oto historia miłości Agnieszki i Piotra Woźniak-Staraków

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

ANNA I TOMASZ SEKIELSCY – znany dziennikarz mówi o żonie, że jest jak… „żona mafiozo”. Dlaczego? BERENICE MARLOHE – kim by została, gdyby nie rola dziewczyny Bonda? MEGHAN i HARRY w osobistej krucjacie przeciwko brytyjskiej monarchii. REMIGIUSZ MRÓZ o tym, jak zarobił pierwszy milion, gdzie szuka natchnienia i o końcu miłości.