ARCHIWUM VIVY!

Waldemar Pokromski: „Sześć filmów, do których robiłem charakteryzację, nominowano do Oscara”

„Miałem po prostu szczęście pracować z wielkimi reżyserami”

Elżbieta Pawełek 31 marca 2020 06:23

W ramach cyklu Archiwum VIVY!: wywiady przypominamy rozmowę Elżbiety Pawełem z Waldemarem Pokromskim. Wywiad ukazał się w grudniu 2017 roku w magazynie VIVA!.

Magazyn VIVA! wywiad Waldemar Pokromski

Każdego może zmienić nie do poznania, bo efekty specjalne to jego żywioł. Kiedyś chciał być malarzem, ale trafił do filmu. „Lista Schindlera” otworzyła mu drzwi do światowej kariery. Dziś aktorzy powierzają mu największe sekrety, więc czuje się trochę jak ich spowiednik. Z Waldemarem Pokromskim, legendarnym charakteryzatorem gwiazd, któremu wszystko w życiu wyszło, rozmawia Elżbieta Pawełek.

Pomyślałam, że przyjdzie Pan ucharakteryzowany na Jamesa Bonda…

Przykro mi, że panią rozczarowałem.

Nie jestem rozczarowana, raczej zaskoczona. Kompletnie się Pan nie zmienia, jak gwiazdy w serialach amerykańskich. Czy to efekt jakiejś charakteryzacji?

Skądże, ale jest powiedzenie: „Jak cię widzą, tak cię piszą”. Mój wygląd mówi o moim zawodzie, więc staram się o siebie dbać. Uprawiam sporty, jestem dużo w ruchu. Czasem stoję na planie filmowym przez 15 godzin na śniegu, jak to mi się zdarzyło w ostatnim filmie Terrence’a Mali-
cka, co wymaga żelaznej kondycji.

Ale jest Pan jedynym Polakiem mającym na koncie tak dużo oscarowych produkcji.

Miałem po prostu szczęście pracować z wielkimi reżyserami. Sześć filmów, do których robiłem charakteryzację, nominowano do Oscara, a trzy z nich go dostały, w tym „Lista Schindlera”, „Pianista” i „Fałszerze”.

Kiedy dostaje Pan propozycję filmu, to wybrzydza na scenariusz, jak przystało na światową gwiazdę?

Zaczyna się od tego, że pytam o obsadę i reżysera. Od tego uzależniam decyzję. Pracowałem w tylu filmach po to, żeby teraz móc wybierać.

Waldemar Pokromski, VIVA! grudzień 2017
Fot. Robert Wolański

Myślałam, że jak scenariusz ma dużo scen batalistycznych, to Pan odpuszcza. Trzeba się narobić, mnóstwo farby pójdzie. A w filmie psychologicznym cała robota kończy się przypudrowaniem nosa aktorce.

Rzeczywiście, szukam teraz filmów spokojniejszych. Chyba że scenariusz jest bardzo ciekawy lub reżyserem jest sam Michael Haneke.

Niektórzy mówią, że to potwór. Na planie krzyczy, wyrzuca ludzi…

Nie wiem, może ja wpływam na ludzi uspokajająco. Jakoś daję sobie radę z tymi potworami (śmiech). Pracuję z nim już od 15 lat. Ale nie wolno się go bać, bo jak u kogoś wyczuje strach, człowiek jest stracony. Pamiętam, że w „Funny Games U.S.” próby z krwią, która miała się pojawić na rękach zabitego chłopca, trwały dwa tygodnie. Ściągnęliśmy czerwone farby z całego świata, a Haneke wciąż był niezadowolony. Ostatnim rzutem na taśmę sprowadziliśmy z rzeźni o poranku świeżą byczą krew i dopiero wtedy powiedział, że jest OK.

Waldemar Pokromski, VIVA! grudzień 2017
Fot. Robert Wolański

To jednak nie ma Pan łatwo z reżyserami?

W filmie w ogóle nie jest łatwo. Ludziom się wydaje, że chodzi się po czerwonym dywanie i wszystko jest glamour. To mit, bo musimy stawić się na planie, kiedy inni jeszcze smacznie śpią. W najnowszym filmie Pawła Pawlikowskiego, który niebawem zagości na ekranach, zaczynaliśmy zdjęcia o czwartej, żeby złapać pierwsze światło. A mój zawód wymaga dyplomacji. Stoję pomiędzy reżyserem, aktorami i producentem. I wszyscy muszą być zadowoleni. Nie zawsze się to udaje, bo reżyser chce aktorkę postarzyć, a ona prosi: „Waldemar, nie przesadzaj. Zrób tak, żebym wyglądała staro, ale pięknie”. I muszę balansować. Czasem słyszy się o aktorach niestworzone rzeczy, a potem okazuje się, że to potulne baranki. Myślę, że bierze się to z zaufania. Jeśli wiedzą, że pracują z profesjonalistami i sami do nich należą,  gotowi są dla filmu dużo poświęcić.

Jak Karolina Gruszka, która zagrała Marię Skłodowską-Curie i nie zawahała się wskoczyć do zimnego Bałtyku w samej bieliźnie?

To była słynna scena w wodzie, gdzie zaczął się jej romans z Paulem Langevinem, francuskim fizykiem. Wszyscy staliśmy w zimowych kurtkach, kiedy Karolina zanurzała się w morzu. Ale przygotowaliśmy dla niej komorę podgrzewaną na plaży, do tego rum z herbatą.

Waldemar Pokromski, VIVA! grudzień 2017
Fot. Robert Wolański

Mówiło się, że podobieństwo do Marii Curie było tak uderzające, że Gruszka mogłaby ją zagrać bez charakteryzacji?

No tak, tylko trzeba było jeszcze nadać twarzy charakter, zmienić kolor włosów, bo Skłodowska była blondynką, a Karolina miała burzę czerwonych włosów. Musieliśmy też sprawić, żeby nie była rumiana. Wiemy, że Skłodowską zżerał rak, jej dłonie krwawiły, od eksperymentów z radem miała popaloną skórę. To wszystko musieliśmy odtworzyć. Starałem się, żeby było jak najbardziej prawdziwie, ale i tak słyszałem zarzuty, że wyszła zbyt piękna. W filmach wolimy jednak oglądać ładne twarze. Chyba że aktorka gra zniszczoną przez nałóg alkoholiczkę czy kobietę bitą przez kochanka, co wymaga mocniejszej charakteryzacji.

Przy jakich filmach miał Pan najwięcej pracy?

Robiłem kiedyś film o Marii Callas. Charakteryzowałam aktorkę przez kilkanaście godzin, bo trzeba było jej dodać 40 kilogramów. Pamiętam też niekończące się próby w „Pachnidle”, gdzie główny bohater, owładnięty ideą stworzenia idealnego zapachu, stał się seryjnym zabójcą kobiet. Charakteryzacja trwała wiele godzin. Miał wyglądać okropnie, więc musieliśmy go „oszpecić”.  Najtrudniejsza okazała się jednak scena orgii z udziałem 800 statystów,  którym zmywały się tatuaże. Zdesperowany wpuściłem w te tłumy charakteryzatorów w kostiumach aktorów, żeby je poprawiali. Trwało to cztery dni – tak długo kręcono tę scenę.

Czy technika cyfrowa pomaga w pracy?

Przyśpiesza filmowanie. Ale kamera cyfrowa jest tak dokładna, że prześwietla skórę, niemal widać mięśnie. Zakłada się wówczas filtry, żeby nie oszpecić aktora.

Waldemar Pokromski, VIVA! grudzień 2017
Fot. Robert Wolański

A operator krzyczy wtedy, żeby pudrować, pudrować…

Ale puder nie wszystkim pomaga, wchodzi w zmarszczki i postarza. Dlatego jestem zawsze za „makeup without makeup”, charakteryzacją bez charakteryzacji. Czym delikatniej, tym lepiej. 

Były sytuacje, że aktor nie chciał się umalować?

To zdarzyło się Catherine Deneuve. Robiliśmy z nią klip muzyczny, kiedy jeszcze pracowałem dla reklamy, między innymi dla Camela i Ferrero Rocher. Nabyłem mnóstwo kosmetyków Chanel i Armani, żeby niczego nie zabrakło, a Catherine usiadła na fotelu i nie patrząc na nie, poprosiła: „Waldemar, przypudruj mi tylko nos i daj trochę tuszu na rzęsy”. Na tym się skończyła cała charakteryzacja, do której przygotowania trwały tydzień. To samo było z Frankiem Sinatrą czy Deanem Martinem, który miał wystąpić na koncercie galowym z okazji wybrania Ronalda Reagana na prezydenta. Dean miał tylko jedno życzenie: żebym przypudrował mu nos czerwony od alkoholu.

Jedni aktorzy wchodzą w rolę gładko, inni w tym celu stosują sprytne sztuczki. Na pewno niejedno Pan widział?

Pamiętam aktora z bałałajką, który przed charakteryzacją odegrał swój ulubiony utwór „Star Trek”. Nawet zrobiliśmy sobie z nią zdjęcie. Pracowałem też z aktorką, która zaczynała charakteryzację od włożenia twarzy do umywalki z lodem, żeby napiąć skórę. Każdy ma swój sposób, żeby odnaleźć się w roli.

Kto najbardziej Pana zaskoczył?

Dustin Hoffman podczas kręcenia „Pachnidła”. Mówiło się o nim, że jest kapryśny, krzyczy i wydziwia. A czasem tylko sporo przeklinał i nie lubił czekać. Wchodził na plan, kiedy wszystko było już przygotowane. Był zawsze pełen humoru, uśmiechnięty, zadowolony z życia.

To zupełnie tak jak Pan. Lucky man?

Los okazał się dla mnie łaskawy. Ale miło zaskoczył mnie również Max von Sydow, który dla mnie jest jednym z największych aktorów, więc nazywam go lordem. Poleciałem do niego do Sztokholmu na próbną charakteryzację, wszystko odbyło się w jego domu, cały czas bacznie mnie obserwował, kiedy go odmładzałem i postarzałem do filmu „Radetzky March”. Bardzo mało mówił, więc odleciałem, nie wiedząc, co dalej. Chwilę później zadzwonił producent, że Sydow zdecydował się na mnie.

A sam Pan brał udział w castingach?

Raz jeden w życiu, kiedy zaproszono mnie na spotkanie do Olivera Stone’a. To fantastyczny reżyser, bardzo mi na nim zależało, miał wtedy reżyserować „Snowdena”. Zaprosił mnie na obiad, podczas którego nie pytał mnie wcale o film, tylko o moje dzieci i moją rodzinę. I ten casting wygrałem, mając za konkurentów znakomitych fachowców.

Ma Pan żelazne nerwy. Sypia Pan w ogóle, kiedy następnego dnia charakteryzuje tabuny aktorów, przygotowuje efekty specjalne?

Zwykle na planie stawiam się jako pierwszy i schodzę z niego ostatni. Charakteryzując głównych bohaterów, nad wszystkim muszę mieć pieczę. I nie mogę przyjść zaspany czy w złym humorze, bo to jest źle widziane. Ale aktor może i wtedy musimy ratować sytuację. Przychodzi aktorka i płacze, bo zostawił ją narzeczony. Trzeba ją pocieszyć, że to nie koniec świata, że nie był dla niej najlepszym kandydatem. Charakteryzator musi być trochę psychologiem i trochę spowiednikiem. Mógłbym o tym napisać całą książkę (śmiech).

Ma Pan to już w planach?

Już proponowała mi to jedna z niemieckich gazet. Zarobiłbym dobrze, ale źle bym na tym wyszedł, bo obowiązuje mnie etyka i dyskrecja. Najczęściej dzielę się takimi informacjami z żoną, więc wszystko zostaje w rodzinie.

Waldemar Pokromski, VIVA! grudzień 2017
Fot. Robert Wolański

W środowisku filmowym ma Pan nienaganną opinię, najwyraźniej aktorzy Pana kochają…

Mam to szczęście być lubianym, dzięki czemu lżej mi się pracuje. I to jest mój cały luksus, że nie patrzę na złe miny. Czasem po zakończeniu zdjęć aktorki ślą mi listy z podziękowaniem. To fajne, chociaż według żony bywam za miły dla innych (śmiech). Myślę jednak, że faceci są bardziej wrażliwi od kobiet. Ich wielką bolączką są włosy. Wtedy pocieszam, że jak włosów jest za mało, to żaden problem, bo kiedy grają młodych i starych, tu się odejmie, tam doda i będą wyglądali wspaniale. Wówczas oddychają z ulgą. A wszystkim tłumaczę: „Jesteście aktorami, nie myślcie, co macie na głowie, od tego są charakteryzatorzy”.

Czy to prawda, że z planu „Listy Schindlera” chciał Pan dać nogę?

To był mój pierwszy wielki film. A chciałem odejść, bo zaczęliśmy kręcić o trzeciej nad ranem, od tych największych scen, jak Żydzi idą do getta. Kiedy już pozbawialiśmy ich charakteryzacji, odklejając brody, wchodzili statyści na kolejny dzień. To trwało kilka dni i pomyślałem, że chyba nie muszę tego filmu robić. Ale za namową żony zostałem i wyszło mi to na dobre. Zapraszano mnie potem nawet do łatwiejszych filmów tylko dlatego, że pracowałem ze Spielbergiem.

Jakie charakteryzacje dały Panu najwięcej satysfakcji?

Na pewno „Pachnidło” i wszystko, co zrobiłem dla Aleksandra Sokurowa. Myślę tu zwłaszcza o „Fauście” nagrodzonym Złotym Lwem w Wenecji. W tym filmie musiałem zmienić nie tylko twarz bohatera, ale jego ciało, dodając mu 100 kilogramów. To był jeden z większych moich efektów specjalnych. A oprócz tego szczytem i ukoronowaniem pracy będzie film, który właśnie zrobiłem z Małgorzatą Szumowską. Sam tytuł „Face” mówi za siebie – rzecz o pierwszej transplantacji twarzy.

Dziś jest Pan w Polsce, za chwilę będzie gdzieś na Hawajach czy w Tokio. Żeby tak pracować, to trzeba trochę lubić cygańskie życie…

Ono jest cygańskie i już się do niego przyzwyczaiłem. Ale to gniazdo, do którego się wraca, jest bardzo potrzebne.

Rozumiem, że żonie nie było łatwo zaakceptować taki styl życia?

Ale dzięki temu, że nie było łatwo, to teraz jest coraz lepiej (śmiech). Na szczęście oboje pracujemy w filmie, więc się rozumiemy. Poznaliśmy się na planie filmowym, więc od początku wiedzieliśmy, w co wchodzimy. Tylko Aldona bardziej się poświęciła wychowaniu dzieci i prowadzeniu firmy.

Ale stworzyliście wspólnie Pokromski Studio?

Założyliśmy je z żoną 25 lat temu, a potem dołączył Mikołaj, nasz syn. Jak był dzieckiem, zabieraliśmy go na plan, żeby sobie dorobił. Nie chciałem, żeby poświęcił się filmowi. Ale został producentem filmowym, zrobił między innymi film o Marii Curie. To megatrudny zawód, bo producent boryka się ze wszystkim, a nigdy nie zna efektu. Na końcu zaś wszystko ocenia widz. Jedynie Dagmara, moja córka, wyłamała się z filmu, choć też nie całkiem, bo jest scenografem w reklamach. Z tym że reklamę robi się w dwa tygodnie, a film zabiera nam kawał życia. Z Oliverem Stone’em kręciliśmy „Snowdena” przez pół roku, jeżdżąc dookoła świata.

Chyba bardzo się wtedy tęskni za domem i bliskimi?

Tęskni się, ale staramy się wtedy do siebie dojeżdżać. Oni przyjeżdżają do mnie na plan, a ja wracam do domu, jak tylko jestem wolny. Musimy tak robić, bo inaczej po co mieć rodzinę. 

Odniósł Pan wielki sukces, ale na początku chciał Pan być malarzem.

Ale nie dostałem się na ASP. Wyjechałem do Niemiec i z marszu dostałem pracę w teatrze, a potem w filmie. To był okres, kiedy w NRD kręcono dużo zagranicznych produkcji. Myślałem o studiach w Dreznie na wydziale charakteryzacji. Nawet je zacząłem, ale przyszedł do mnie szef charakteryzacji studia DEFA, dzisiaj Babelsberg, i mówi: „Zostajesz tutaj”. A ja: „Jak to?”. On: „Przecież już jesteś charakteryzatorem”. W tym zawodzie praktyka odgrywa największą rolę. Ale trochę talentu też trzeba mieć, rękę malarską, wyczucie światła.

 I znać się na muzyce?

To też nie zaszkodzi. Lubię podczas pracy puszczać sobie muzykę, bo to uspokaja. Ale chyba nie była w typie Josepha Gordona-Levitta, odtwórcy Snowdena, bo mnie zapytał: „Waldemar, czy myślisz, że prawdziwy Snowden słuchałby czegoś takiego?”. Na co ja dyplomatycznie: „Ale na pewno słuchałby adagio Belliniego”. On: „Myślę, że tak” i było już dobrze do końca.

Skąd ta wielka umiejętność nawiązywania kontaktu z ludźmi?

Może mam ją w genach, moi rodzice też tacy byli, choć w rodzinie nie przejawiano skłonności artystycznych. Jedynie ciotka okazała się zdolną kostiumografką i szyła stroje jeszcze dla Niny Andrycz i Mieczysławy Ćwiklińskiej.

 Ale sława była od początku pisana chłopakowi ze Sławy Śląskiej?

Po raz pierwszy w życiu, dzięki pani, skojarzyłem to z tą nazwę. Nigdy tak nie myślałem, choć ta Sława Śląska jest pod Wrocławiem. 

Gdyby miał Pan zacząć od początku, to chciałby Pan coś w swoim życiu zmienić?

Chyba zacząłbym tak samo. I z tą samą partnerką, która pozwoliła mi robić to, co kocham najbardziej. Ale jak powiedział pewien filozof, jeśli robi się coś z przyjemnością, to nie jest praca. Praca jest wówczas, jak robi się coś, czego się nie lubi. W tym sensie ciągle mam wakacje. To się nazywa mieć szczęście. 

Wideo

Wiosna 2020 - design, kulinarne inspiracje, podróże bez wychodzenia z domu!

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

„Pandemia nie zmieniła mojego życia, to ja sama je zmieniłam…”, mówi AGNIESZKA MACIĄG. Kraśko, Olejnik, Rodowicz, Rusinek, Szczygieł, Wojciechowska… o emocjach i rodzinnych relacjach w izolacji domowej. JACEK SANTORSKI radzi, jak nie zwariować w czasie pandemii. Zmierzch zachodniej cywilizacji? Beata Pawlikowska w egzystencjalnych rozważaniach w dobie koronawirusa.