„Odkryłem mamę na nowo”

Beata Nowicka 9 marca 2020 05:51

W ramach cyklu Archiwum VIVY!: wywiady przypominamy rozmowę Beaty Nowickiej z Szymonem Majewskim.  Wywiad ukazał się w lutym 2020 roku w magazynie VIVA!.

Magazyn VIVA! wywiad z Szymonem Majewskim

Dożywotni maminsynek. Na jego „MaminSzymku” w Och-Teatrze ludzie śmieją się, a potem lecą im łzy. Albo śmieją się i płaczą jednocześnie. Nam opowiada o tym, gdzie dla siebie „pochował” mamę, co znalazł w jej torebce po siedmiu latach, dlaczego poszedł na terapię, kiedy płacze, za co strofuje go córka Zosia i jak „wybił się na niepodległość w wieku 50 lat”.

Wciąż nosisz przy sobie zdjęcie mamy? 

Nie. Mam w domu jedno czarno-białe zdjęcie z 1967 roku, na którym mama mnie karmi. Przypomina „Macierzyństwo” Wyspiańskiego. Kiedy przygotowywałem się do monologu o mamie, robiłem zdjęcia zdjęciom: mamy, dziadka Ignacego i moim z dzieciństwa, które teraz są wyświetlane w tle. Kiedy mówię, że byłem chudy, pojawia się zdjęcie z wakacji w Ulanowie nad Tanwią, gdzie ta moja chudość była największa.

„On nie ma mięśni. On jest chudy. Kościotrup” – cytat z „MaminSzymka”. Zdumiała mnie intensywność Twoich uczuć i emocji w tym monologu, a przecież mama nie żyje od 13 lat.

Zmarła 14 stycznia. Przez długi czas wkurzałem się na siebie, że za rzadko jestem na grobie mamy, ale pojawianie się na cmentarzu było dla mnie potwierdzeniem tego, że jej naprawdę nie ma. Ostatecznym unaocznieniem jej nieobecności. Nie chciałem przyjąć do wiadomości, że mama spoczywa pod tą płytą. Za każdym razem, kiedy moja żona Magda pytała: „To gdzie mama teraz jest?”, odpowiadałem, że tam, gdzie jeździliśmy razem na wakacje.  

I pojechałeś tam?

Chciałem ją „pochować” na swój sposób. Zabrałem kilka jej rzeczy i chyba po roku, razem z rodziną i Jaśkiem, partnerem mamy, pojechaliśmy do Ulanowa i na Zwolaki nad Tanwią. Mama uwielbiała to miejsce, te piękne polany, pola, ulanowski las. Jej moherowy kapelusik zawiesiłem wysoko na sośnie w Dolinie Wilczego Kła – tak to miejsce nazwał dziadek, a ja lubiłem, bo wydawało mi się takie indiańskie, jak z „Winnetou” Karola Maya albo z westernów. Kapelusz wciąż tam jest, ptaki uwiły sobie w nim gniazdo. Okulary mamy przyczepiłem na drzewie nad Tanwią, żeby mogła patrzeć na rzekę, którą tak kochała, i na most między Zwolakami a Dąbrówką, z którego oglądała zachód słońca. Jej zegarek, który jeszcze chodził, przypiąłem do pnia innego drzewa, żeby odmierzał czas Księżycowej Polanie – to kolejna nazwa dziadka. Kalendarzyk z terminami schowałem w słoiku i zakopałem. 

Zawsze miałeś nieposkromioną wyobraźnię… Zazdroszczę Ci. 

Tego może już nie powinienem ci mówić – w tej chwili i ekolodzy, ale też ja sam zlinczowałbym się za to – że wtedy jeszcze spuściłem buty mamy do rzeki i one popłynęły Tanwią do Wisły, a potem ruszyły w świat… To był dla mnie właściwy pogrzeb. Teraz, kiedy myślę o mamie, widzę miejsca, które kochała.

Pierwszą osobą, której pokazałeś tekst monologu, była Krystyna Janda. Powiedziała mi: „Dzisiaj to jest niepopularne, żeby ktoś zwracał się do matki i mówił o niej z taką miłością, a jednocześnie z taką świadomością, jakim był dla niej problemem wychowawczym”. Wzruszyłeś ją. 

Tak naprawdę moim ostatecznym pożegnaniem z mamą jest właśnie ten monolog. Nie chcę nazwać tego rozliczeniem, bo rozliczenie kojarzy mi się z oskarżeniem, a to jest bardziej zakończenie relacji matka–syn od strony psychologicznej. Czyli opowiedzenie, bez oceniania, o skomplikowanym, neurotycznym związku nadpobudliwego chłopaka z nadopiekuńczą matką w PRL. Mama była technikiem analitykiem w punkcie krwiodawstwa i samotną matką wychowującą syna z wielką pomocą dziadka. Myślę sobie, że na starcie znalazła się w bardzo trudnej sytuacji, ponieważ takie kobiety były wtedy do zaszczucia, jeżeli nie miałaś silnej piąchy, tudzież łokci i, nazwijmy to, „taksówkarskiej” energii. Zresztą, pisząc ten monolog, zmieniłem  myślenie o mamie. Przez lata uważałem, że była ofiarą. 

Czyją?

Nieudanego związku, systemu, czasów. Oglądając ją płaczącą wiele razy, widziałem jej niemoc, słabość. Myślałem: Dlaczego ona nie jest bardziej cwana, zaradna? Pamiętam, że często zazdrościłem kolegom – co było straszne i okropne – matki dyrektorki szpitala czy matki znanej gastrolog. Wydawało mi się, że one są mocnymi kobietami sukcesu, a u nas w domu było umęczenie i bieda. 

Myliłeś się. A może po prostu wreszcie dojrzałeś do tego, żeby zrozumieć. 

Odkryłem mamę na nowo. Znalazłem wiele wątków, kiedy ona była bardzo silna, potrafiła postawić się systemowi, zawalczyć. W ogóle ten monolog jest o moim wielkim zdziwieniu. Łzy mi się lały w wielu momentach, kiedy nad nim pracowałem. Tego w „MaminSzymku” nie ma, ale znalazłem dokumenty pokazujące, że w latach 70. w szpitalu, gdzie pracowała w punkcie krwiodawstwa, wybuchła afera mobbingowa, w którą zamieszany był kierownik, szef mamy. Dziewczyny były przerażone, a moja mama, choć szykanowana, pisała pisma do dyrekcji, stanęła przed komisją i doprowadziła do zwolnienia tego faceta. Była pionierką walki z mobbingiem. Zrozumiałem, że mama nie była słaba, tylko delikatna, to zupełnie co innego. Całe życie toczyła niesamowitą walkę, której ja wtedy nie zauważałem. 

Ponad 10 lat zbierałeś siły, żeby publicznie opowiedzieć o mamie. Długo.

Powiem to chyba pierwszy raz, ale do tego, żeby stworzyć ten monolog, tak naprawdę ośmieliła mnie psychoterapia, na którą chodziłem i wciąż chodzę. I moja terapeutka. 

Poszedłeś na terapię po śmierci mamy?

Tak. W pewnym momencie coś pękło. Z jednej strony była presja show-biznesu, ten kolorowy Szymon, którego wszyscy znali, a z drugiej choroba i umieranie mamy. Nie mogłem poradzić sobie z tym, że kiedy mama odchodziła…

…Ty byłeś u szczytu sławy i zajmowałeś się rozśmieszaniem ludzi.

Nie byłem w stanie tego znieść. Trudno w świetle reflektorów przeżyć stratę tak bliskiej osoby. 

Na „MaminSzymku” w Och-Teatrze ludzie śmieją się i płaczą. A potem biją Ci brawo na stojąco. 

Dziewczyna z teatru powiedziała mi, że kiedy ludzie wychodzili, słyszała, jak jeden facet mówi do swojej żony: „Nie lubię go, ale to mi się podobało”. Pomyślałem, że to jest najlepsza recenzja mojego monologu. Zrozumiałem, że ja tam przekroczyłem siebie, wyszedłem poza Szymka i Szymona, którego wszyscy znają. Nigdy zresztą nie miałem takich reakcji. Zawsze ludzie się śmiali albo ktoś się nie śmiał, bo nie rozumiał. Pierwszy raz widzę ludzi, którzy się śmieją, a potem lecą im łzy. Albo śmieją się i płaczą jednocześnie. 

Ty też płaczesz.

Mam dwa strasznie trudne momenty, nie jestem w stanie ich przejść… W pierwszym opowiadam o drodze mojej mamy do pracy. Po latach odkryłem, że chodziła na piechotę, bo bała się wsiąść do tramwaju. Miała klaustrofobię, różne lęki. 

„Chodziłaś na piechotę z Ochoty na Żoliborz. Ze Szczęśliwickiej na Rydygiera to godzina i 15 minut. I z powrotem. Razem dwie godziny 30 minut…”, mówisz ze sceny. 

Przez długi czas nie wiedziałem, jakie miała problemy. Zrozumiałem dopiero, kiedy po siedmiu latach od śmierci mamy zajrzałem do jej torebki, w której było bardzo dużo leków przeciwlękowych, antydepresantów. Nie rozmawialiśmy o tym. Mama chciała zachować to dla siebie. Całe życie pilnowała się, żeby nie stwarzać dodatkowych problemów. „Ja sobie poradzę”, mówiła. Chroniła mnie. Domyślałem się, że coś się dzieje, ale nie sądziłem, że to ma aż taki wymiar. Teraz wiem, że to cena, jaką zapłaciła za bycie samotną kobietą, za zmaganie się z życiem, ze swoimi demonami i…

…„synkiem, który był trochę nie do ogarnięcia”. Też z Twojego monologu. 

Ciekawe, że ten monolog niechcący stał się autoterapią, pozwolił mi myśleć o mamie. Przerobiłem to od strony czysto psychologicznej przez trzy miesiące pracy, kiedy przeglądałem zdjęcia, dokumenty, listy mojej mamy, listy mojego ojca do mamy, listy facetów do mamy.  Urodziłem się w 1967 roku. Mama z moim ojcem chodzili prawie siedem lat, potem byli rok małżeństwem i do widzenia. Znalazłem ich bilety z randki w 1962 roku, kiedy wybrali się na film „Jak zabić starszą panią” Mackendricka, w kinie Ochota, w którym ja teraz gram. 

Symboliczne!

On jej pewnie podawał płaszcz na tym korytarzu w 1962, a pięć lat później ja się urodziłem. Kiedy szukałem muzyki z tamtych lat, otworzyłem wrota piekieł. Moja mama bardzo lubiła Czerwone Gitary i Seweryna Krajewskiego. W samochodzie słuchałem tych kawałków i leciały mi łzy. Kiedy zasypiałem, miałem mokrą poduszkę. Niestety, żyjemy w świecie, w którym faceci nie płaczą, z jakichś powodów tak nas wychowano, że musieliśmy być „15-letnimi kapitanami”, jak to mówił dziadek. „Nie ma ojca, powinieneś wszystko ogarnąć”. Płacz jest oznaką słabości, rujnuje mężczyznę w oczach innych. Potem pojawił się lęk, po co ja to robię?! Nie powinienem tego robić! 

Dlaczego?

W psychoterapii jest taki moment, że, opowiadając o mamie, musiałem powiedzieć o jej wadach. Miałem z tym duży problem, bo w naszej kulturze jest nakaz, że o tych, których nie ma, najlepiej w ogóle nie mówić, a jeśli już, to tylko dobrze. Wydawało mi się, że jak powiem o jej nadopiekuńczości, to będzie jak wskazanie na nią palcem – winna. Chciałem, żeby to była opowieść o miłości, a nie próba wyszydzenia. Z drugiej strony jest to opowieść o zwycięstwie. O wychowaniu syna na miarę naszych czasów, tudzież chłopaka, któremu mimo wszystkich przeciwności, stylem pijanego mistrza, nagle na końcu się udaje. 

Jan Malawski, Twój kolega i producent „MaminSzymka”, zdradził mi, że panicznie bałeś się tego występu. 

Schudłem, ciągle ryczałem, byłem przerażony. Miesiąc przed premierą powiedziałem Krystynie: „Boję się, że się nie uda. Będzie blackout, łzy, a potem powiem, że nie dam rady”. Naprawdę byłem tego pewien. A Krystyna na to: „No i co? To zejdziesz ze sceny, napijesz się zimnej wody i wyjdziesz z powrotem”. Oswoiłem się z tym nieco, ale wciąż mam problem. Kiedy wychodzę i mówię: „Hej, mamo, to ja, Szymon. Pamiętasz, że…”, za każdym razem mam ściśnięte gardło. Dla mnie to jest takie przeżycie, jakbym się rozebrał i wyszedł nago. 

Jan powiedział mi też, że próba generalna była próbą ogniową. Występowałeś przed Krystyną Jandą dzień po śmierci jej mamy.   

Tak, dowiedziałem się o tym rano. Zadzwoniłem do Janka: „Jak mam teraz wyjść do Krystyny i opowiadać o swojej matce?!”. Bałem się panicznie, błagałem go, żebyśmy to przełożyli, ale usłyszałem, że premiera jest za pięć dni i nie ma mowy. Byłem sparaliżowany. Podjeżdżam pod teatr, parkuję, parkuje Krystyna. Idzie w moją stronę ubrana na czarno, w czarnych okularach, z nekrologiem mamy w ręku, żeby go powiesić w teatrze. Składam jej kondolencje i pytam, czy to ma sens w takich okolicznościach. Ale ona na to, że jest gotowa i chce. Usiadła, razem z nią pięć osób, a ja wyszedłem i… powiedziałem. 

Podobno to był jeden z Twoich najwspanialszych występów. Kiedy kilka dni temu zapytałam panią Krystynę Jandę, co wtedy czuła, usłyszałam: „Szalenie mnie wzruszył. Mogłabym być Szymona mamą”. 

Krystynie zawdzięczam to, że jestem na tej scenie. To ona mi zaproponowała, żebym w Och-Cafe zrobił eksperyment. Tak urodził się  „One mąż show”, czyli monolog o mnie i mojej żonie.

I o tym, że kochasz kobiety.  

Kobiety zawsze były dla mnie najważniejsze. Nie dziwota, wychowywała mnie kobieta, otaczałem się kobietami, wszystkie koleżanki mojej mamy mnie hołubiły. Dla mnie naturalnym środowiskiem było środowisko kobiet, jestem feministą. Lubię towarzystwo facetów, ale towarzystwo facetów odkryłem niedawno, w wieku 45–50 lat, kiedy wyszedłem spod skrzydeł mojej mamy. I trochę, być może, mojej żony. Ona to zresztą pierwsza zauważyła i ostatnio powiedziała: „Szymon wybił się na niepodległość w wieku 50 lat”. Naprawdę tak jest. 

„Synuś, synuś, zawsze synuś, wszystko dla synusia, a co dla ciebie?”, pytasz na scenie mamę. No właśnie, co dla niej, Szymon?

Moja mama zaczęła żyć w momencie, kiedy miałem 24 lata, rozpocząłem pracę w Radiu ZET i wyprowadziłem się z domu. Wiedziałem, że jak zostanę dłużej, to się zamęczymy, ona nie będzie miała życia i ja nie będę miał. Razem z moim kolegą Darkiem Klimczakiem, który był z Łodzi, wynajęliśmy mieszkanie i tak rozpocząłem moje samodzielne życie. Mama wtedy zaczęła układać sobie życie z Jaśkiem w malutkim, 42-metrowym mieszkanku, w którym teraz mieszka moja córka. Na Ochocie. Zresztą „MaminSzymek” jest trochę dla ziomali z Ochoty. Wiem, że na ten monolog przychodzi dużo ochocian, ponieważ opowiadam o konkretnych miejscach, podaję nazwy ulic, wymieniam ciastkarnię, której już nie ma, u Poniewskiego na Grójeckiej. 

„Ojciec, co odszedł – bajadera. Syn, który nie je – eklerka…”. 

…wieńcówka dziadka – wuzetka. Awantura w domu – rurki dwie”. Moja mama zajadała stresy ciastkami od Poniewskiego. Ludzie do mnie przychodzą i mówią, że pamiętają tę ciastkarnię. 

Kiedy mama zmarła, nie byłeś w stanie wejść do jej mieszkania. 

Bywał tam Jasiek, partner mamy, który teraz mieszka w Stanach, ale czasami przyjeżdżał, a poza tym mieszkanie stało puste. Po siedmiu latach w końcu wszedłem i zacząłem przeglądać jej rzeczy. W dokumentach znalazłem polisę, zgodnie z którą po śmierci mamy powinienem dostać pięć tysięcy złotych. Uzbierała pięć tysięcy złotych! Uświadomiłem sobie, że odejmowała sobie od ust, żeby tę polisę opłacać. Miała 800 złotych emerytury. Pamiętam, że siedziałem nad tymi blankietami i łzy mi leciały. Szlochałem jak bóbr:  „Mamo, kurwa, po co? Ledwo miałaś te 800 złotych emerytury i jeszcze z tego 50 złotych miesięcznie dla mnie?!”. Nigdy nie dostałem tych pieniędzy. Poszedłem do ubezpieczyciela, ale powiedzieli, że za późno. Pisałem nawet podania, ze względu na moją mamę, na pamięć o niej. Nic z tego. 

 Co jeszcze tam znalazłeś?

Ubrania, które przekazałem do szpitala psychiatrycznego. Mam znajomą w jednym z takich szpitali, która mi opowiadała, że często lądują tam ludzie w pidżamie albo T-shircie i majtkach, rodzina się nimi nie interesuje, więc nie mają ubrań. Zaniosłem jej pięć worków ciuchów mojej mamy. Potem miałem wariacką wizję, jak z Woody Allena, że moja żona dostaje nagle zapaści albo depresji, bo ma mnie dosyć i ja odwiedzam moją żonę, która wychodzi do mnie w garsonce i moherowym berecie mojej mamy (śmiech).

Tak mnie rozśmieszyłeś… Zawsze mnie czymś zaskoczysz. Mama śni Ci się jeszcze?

Tak, bardzo często. 

Kiedy zmarła, miałeś 40 lat. 

Poczułem się osierocony. Miałem w sobie mnóstwo złości, bo uważałem, że popełniono błąd, miałem pretensje do lekarzy, wydawało mi się, że można było mamie podarować więcej lat życia. Z drugiej strony byłem z rodziny lekarzy, brat mamy był profesorem medycyny, mieliśmy duże zaufanie do służby zdrowia. Mama zawsze była takim pokornym pacjentem, nie wymagała dużo. Teraz uważam, że pięć lat wcześniej, po operacji, powinna od razu dostać naświetlania i nie jest to tylko moje zdanie, ale przede wszystkim opinia lekarzy. Niestety, ten, który wtedy leczył mamę, podszedł do tego zbyt niefrasobliwie. Długo do siebie miałem ogromne pretensje. Mogłem kogoś uruchomić, coś zrobić, ale co? Pamiętam, jak poszedłem na konsultację do przyjaciela rodziny, profesora Tadeusza Zielińskiego. Pracował w Instytucie Onkologicznym na Ochocie, na Wawelskiej. Nie dał mi dużych nadziei, niestety. Szedłem po tym szpitalnym korytarzu, Szymon Majewski showman szedł, mijałem poważnie chorych ludzi i zaczepił mnie facet z kroplówką: „Panie Szymonie, pan tutaj?!”. Był szczerze zaskoczony. Tak jakby to, co robię, moje wygłupy, rozśmieszanie innych zaimpregnowało mnie przeciw ciężkiej chorobie. Najgorsze jest to, że ja tak czasami myślę.

Czekałam, aż to powiesz. W ogóle mnie to nie dziwi. 

To jest mój sposób na radzenie sobie z problemami, rozpędzaniem demonów. Zresztą o to ma do mnie pretensję córka, pewnie też mój syn i żona, że ja czasami w chwilach napięcia, stresu, impasu próbuję wyjść z tego obronną ręką poprzez poczucie humoru, głupi żart, który czasami jest niestosowny, ale mnie trochę chroni.

W związku z tym masz wrażenie, że ich też chronisz? 

Tak, że, rozśmieszając, ukoję ich ból. Ale córka mówi do mnie: „Tato, nie. Teraz nie chcę poczucia humoru, ponieważ jesteśmy w złym nastroju. Uśpiliśmy ukochanego psa, więc dlaczego się wydurniasz”. Zosia ma 26 lat i powtarza: „Tato, nie puścisz mi już kolejki i nie dasz nowej laleczki. Ja chcę w ten sposób przeżywać żal i proszę, ty też tak spróbuj”. A ja, niestety… 

…próbujesz zaczarowywać rzeczywistość. 

I to jest może moja wada. Ten monolog sprawił, że zacząłem więcej myśleć o relacjach z moimi dzieciakami i o tym, co mogę zrobić, żeby było lepiej. Jako ojciec pracujący w show-biznesie wielokrotnie byłem nieobecny. Zastanawiam się, co ja spartoliłem w naszych relacjach? Wyobrażam sobie moją Zosię albo Antka, którzy opowiadają o swoim ojcu. Ciekawe, w jakim kontekście? 

1/5
Szymon Majewski, Viva! 4/2020
Copyright @ bartek wieczorek/laf am
1/5

„Dla mnie naturalnym środowiskiem było środowisko kobiet, jestem feministą. Lubię towarzystwo facetów, ale towarzystwo facetów odkryłem niedawno, w wieku 45–50 lat, kiedy wyszedłem spod skrzydeł mojej mamy”.

2/5
Szymon Majewski, Viva! 4/2020
Copyright @ bartek wieczorek/laf am
2/5

„Oswoiłem się z tym nieco, ale wciąż mam problem. Kiedy wychodzę i mówię: „Hej, mamo, to ja, Szymon. Pamiętasz, że…”, za każdym razem mam ściśnięte gardło. Dla mnie to jest takie przeżycie, jakbym się rozebrał i wyszedł nago”

3/5
Szymon Majewski, Viva! 4/2020
Copyright @ bartek wieczorek/laf am
3/5

„Miałem z tym duży problem, bo w naszej kulturze jest nakaz, że o tych, których nie ma, najlepiej w ogóle nie mówić, a jeśli już, to tylko dobrze. Wydawało mi się, że jak powiem o jej nadopiekuńczości, to będzie jak wskazanie na nią palcem – winna”.

4/5
Szymon Majewski, Viva! 4/2020
Copyright @ bartek wieczorek/laf am
4/5

„Ciekawe, że ten monolog niechcący stał się autoterapią, pozwolił mi myśleć o mamie. Przerobiłem to od strony czysto psychologicznej przez trzy miesiące pracy, kiedy przeglądałem zdjęcia, dokumenty, listy mojej mamy, listy mojego ojca do mamy, listy facetów do mamy”.

5/5
Szymon Majewski, Viva! 4/2020
Copyright @ bartek wieczorek/laf am
5/5

„Trudno w świetle reflektorów przeżyć stratę tak bliskiej osoby”

Wideo

Zobaczcie 12 najgorętszych trendów na wiosnę 2020!

Akcje

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

EWA CHODAKOWSKA stara się żyć eko, ale mówi: „Popełnianie błędów to historia mojego życia. Słynny himalaista PIOTR PUSTELNIK długo wierzył, że zmiany klimatyczne są dziełem natury. Mylił się. EWA ZGRABCZYŃSKA, uratowała tygrysy, teraz ma nową misję. GRETA THUNBERG – świat wreszcie uwierzył młodej aktywistce.