WYWIADY VIVY!

Michał Rusinek: „To przez Szymborską przestały mnie śmieszyć dowcipy”

„Zacząłem cenić anegdoty i dostrzegać anegdotyczne sytuacje wokół siebie”

Aleksandra Kwaśniewska 5 kwietnia 2020 06:44

W ramach cyklu Archiwum VIVY!: wywiady przypominamy rozmowę Aleksandry Kwaśniewskiej z Michałem Rusinkiem. Wywiad ukazał się w marcu 2018 roku w magazynie VIVA!.

Magazyn VIVA! Michał Rusinek wywiad

Z Wisławą Szymborską był zaprzyjaźniony, choć nigdy nie przeszli na „ty”. Połączyło ich podobne poczucie humoru i pewna „staroświeckość”. Czym zajmował się jako sekretarz noblistki? Dlaczego nie lubił przyrządzanych przez nią drinków? Czego dowiedział się z „Sennika Egipskiego”? I czemu sądzi, że dziś rozum jest w odwrocie? Michał Rusinek w intrygującej rozmowie z Aleksandrą Kwaśniewską.

Pamiętasz, kiedy obudziło się w Tobie zainteresowanie językiem?

Dla dobra spójności całej narracji powinienem powiedzieć, że pierwszym słowem, którego się nauczyłem, nie było „mama” ani „tata”, ale „przydawka”. No, niestety, nie. Legenda rodzinna głosi, że moim pierwszym słowem było „kurwa”, ponieważ wtedy mieszkaliśmy w bloku, który był akurat tynkowany. Panowie na rusztowaniu najczęściej powtarzali to właśnie słowo, a ja spędzałem dużo czasu w wózku na balkonie. Być może to tylko legenda. Każdy przecież wie, jak trudno w pewnym wieku wymawia się „r”. Na moje językowe zainteresowania pewnie trochę wpłynęły układy rodzinne. Pamiętam, że mój stryj uczył mnie różnych dziwnych rymowanek, które później okazały się rymowankami na przykład Edwarda Leara albo innych poetów nonsensistów. Humor językowy, a nie sytuacyjny, był zapewne jednym z pierwszych, z jakim się zetknąłem. To chyba nietypowe, bo wówczas tego typu literatury było stosunkowo niewiele. 

Nigdy nie miałeś takich typowo chłopięcych ciągot w stylu macho? Nie widziałeś się w roli strażaka albo policjanta?

Kiedyś chciałem być kierowcą wielkiej ciężarówki. Ale nie wiem, czy aby nie pociągała mnie w tym taka samotność długodystansowca. Do tej pory czuję przyspieszone bicie serca na widok wielkich ciężarówek, zwłaszcza amerykańskich. 

Czy wiesz, jakie Twoje atrybuty spowodowały, że zostałeś polecony Wisławie Szymborskiej?

Po pierwsze, znałem język angielski. Po drugie, posiadałem modem, czyli właściwie jedyne urządzenie, za pomocą którego można się było wówczas połączyć z internetem. Po trzecie, co chyba jednak okazało się najważniejsze, praktycznie nie było kontrkandydatów na to stanowisko. Właściwie był tylko jeden, ale on był profesjonalnym dyplomatą, więc zażądał biura i sekretarki. I to Szymborską przestraszyło. Ona sobie wyobraziła, że ta sekretarka też zażąda sekretarki i zrobi się z tego cała korporacja. Ja takich żądań nie miałem, tylko podłączyłem wspomniany modem i w 1996 roku wysłałem sześć, może osiem maili.

Ponoć obiecująca była Twoja staroświeckość w obyciu.

Staroświeckością bym tego nie nazwał. Raczej pewnym dystansem i poczuciem humoru, który wówczas był pani Wisławie potrzebny. Takim, który mógł ją trochę osłonić przed tą naprawdę traumatyczną sytuacją, w której się znalazła.

Michał Rusinek, Viva! 2018
Fot. Bartek Wieczore/LAF AM

„Tragedii sztokholmskiej”?

Tak. To określenie na jej Nobla wymyślił jej przyjaciel, poeta Bronisław Maj. Oczywiście są gorsze tragedie od otrzymania miliona dolarów, ale jej Nobel naprawdę skomplikował życie. Po pierwsze, ona wcale nie potrzebowała tych pieniędzy. A po drugie, ta nagroda wiązała się dla niej z wyrwaniem z dosyć wygodnego życia: na takim poziomie, który ją satysfakcjonował i przede wszystkim pozwalał jej pracować. Tymczasem Szymborska na cztery lata zamilkła, nie pisała wierszy. 

Czyli to nie wynikało z zajętości, tylko z blokady psychicznej?

Była wówczas nie tyle bardziej zajęta, ile zajęta innymi sprawami, do których nie była przyzwyczajona. Moim głównym zadaniem było odrzucanie różnych propozycji. Najczęściej używana sztanca, którą wtedy wysyłałem, brzmiała: „Dziękuję za zaproszenie, niestety, brak czasu nie pozwoli mi z niego skorzystać”.

Jak patrzyłam na Twoje zdjęcia z tamtego okresu…

No, ja bym się nie zatrudnił…

Wyglądasz tam jak nastolatek. Nie miałeś obaw, żeby wziąć na siebie odpowiedzialność za noblistkę?

Miałem, ale ja też mam taki charakter, jak dama z pewnego dowcipu: zapytana, czy umie grać na fortepianie, odpowiedziała: „Nie wiem, nie próbowałam”. Potraktowałem to jak jakiś rodzaj przygody. Sądziłem też, że uda mi się tę pracę wykonywać niejako anonimowo, ale szybko się okazało, że powinienem również funkcjonować jako swego rodzaju rzecznik prasowy. Zacząłem więc mieć „gębę”, co do tej pory bywa powodem oskarżania mnie o tak zwany lans.

A skąd się u Ciebie wzięła ta staroświeckość? Byłeś tak wychowywany?

Wychowywałem się wśród dorosłych i nie bardzo mnie interesowali moi równolatkowie. Kiedy po czwartej klasie wyjechałem na kolonie, przychodziły do mnie takie stare dryblasy, żeby się pożalić albo żeby poprosić o życiową radę. Okropnie mnie to śmieszyło, bo oni uważali mnie za kogoś starszego, chociaż byłem od nich dużo młodszy. 

Przebywałeś wśród dorosłych z własnego wyboru?

Tak. Bardziej mnie bawili koledzy i koleżanki mojej babci w Zakopanem. Sporo czasu u niej spędzałem, w starym domu na tak zwanych Parcelach Urzędniczych. Siedziałem pod stołem, kiedy oni grali w brydża. Chyba mnie traktowano poważnie. Naprawdę długo się wręcz przyjaźniłem z równolatkami moich dziadków. Oni mieli po prostu bardzo ciekawe życiorysy i bardzo ciekawe historie, o wiele ciekawsze od tych małolatów w moim wieku. 

Nie miałeś więc poczucia osamotnienia w swojej grupie rówieśniczej?

Wprost przeciwnie. Raczej ciągle mnie wybierali na jakiegoś cholernego przewodniczącego klasy.

Wracając do „gęby”, gdzieś powiedziałeś, że każde wystąpienie publiczne mógłbyś zaczynać od: „Wiem, że tu jestem dzięki Szymborskiej”, w skrócie „WżtjdzSz”.

Tak, bo bardzo trudno sobie wyobrazić, co by było gdyby. Pewnie byłbym bardziej skupiony na pracy uniwersyteckiej i pewnie nie byłbym znany.

Większą odpowiedzialność czułeś wtedy, kiedy byłeś jej osobistym sekretarzem, czy teraz, kiedy jej nie ma, a Ty odpowiadasz za jej fundację?

Oczywiście teraz. Szymborska samodzielnie podejmowała większość decyzji. Tylko na niektóre uzgodnione z nią uprzednio sprawy odpowiadałem sam, nie zawracając jej głowy. Mogłem co najwyżej próbować ją do czegoś przekonać. Po jej śmierci, zgodnie z testamentem, trzeba było zrobić rzecz szalenie trudną, to znaczy stworzyć instytucję imienia osoby, która żywiła niechęć do jakichkolwiek ram instytucjonalnych.

Michał Rusinek, VIVA! luty 2018
Fot. Bartek Wieczorek/LAF AM

Profesor Teresa Walas mówiła, że poleciła Cię Wisławie Szymborskiej, uznając, że jesteś szarmancki, więc nie będziesz próbował się z nią „koleżkować”.

Ja się naukowo nie zajmuję poezją, więc było jasne, że nie będę piekł dwóch pieczeni na jednym ogniu, nie będę tego traktował jako dostęp do źródła mojej kariery naukowej. I rzeczywiście tak to było. Kiedy ukazał się mój doktorat, udzieliłem na jego temat wywiadu do lokalnej „Gazety Wyborczej”. Szymborska to przeczytała i powiedziała: „Czytałam. Nudne. Już nawet wolę, jak pan mówi o mnie”.

Ale czy faktycznie nie zakolegowaliście się?

Ja nazwałbym to nawet jakąś formą zaprzyjaźnienia. Było to dla mnie bardzo ważne, że Szymborska miała do mnie zaufanie. Na początku, kiedy udzielałem jakichś wywiadów, dawałem jej to do przeczytania na wypadek, gdyby miała jakieś uwagi. Ale po jakimś czasie stwierdziła, że mogę mówić, co chcę. Miała świadomość, że żadnej granicy nie przekroczę. To oczywiście powodowało, że włączał mi się wewnętrzny cenzor i każdy wywiad czytałem przed publikacją po kilka razy, ale była to też dla mnie cenna lekcja. Dowodem zaufania było też to, że pani Wisława dawała mi do przepisania świeżo napisane wiersze. 

 Ale na „ty” nie przeszliście?

Nie. Zresztą od razu powiedziała, że tak się nie zdarzy. Natomiast przeszła na „ty” z moimi dziećmi.

Naprawdę?

Tak, bo ona bardzo szybko to proponowała. Ja byłem chyba jedynym wyjątkiem w jej kręgu. Może poza jej odwieczną przyjaciółką, Basią Czałczyńską, z którą – po wielu latach – przeszły z powrotem na „pani”, żeby się jakoś odróżnić. Tak czy owak, ja nadal bardzo tego pilnuję. We wszelkich rozmowach poprawiam „Wisława” na „pani Wisława”. 

Brałeś udział w słynnych loteryjkach?

Tak, oczywiście. Byliśmy z żoną zapraszani na przyjęcia dosyć szybko. A pod koniec każdej kolacji była owa loteryjka i można było wygrać różne rzeczy, zazwyczaj kuriozalne.

Najkoszmarniejsza, jaką wylosowałeś?

Chyba „Sennik Egipski”. Takie wydanie kioskowe, to znaczy złocona okładka, a w środku same mądrości. Jest tam na przykład napisane, że jak ci się śni coś okropnego, to w twoim życiu będzie nadal tak samo. Jeżeli natomiast coś pięknego, to – uwaga – przeprowadzisz się do dużego miasta. Od razu wiadomo, dla kogo jest ten sennik przeznaczony. Moja żona nieomal zawsze wygrywała takie zeszyciki z dowcipami, za złotówkę. Na przykład dowcipy o mumiach. Przeczytałem wszystkie i żaden nie był śmieszny, a to też jest sztuka. Zdarzały się też prezenty trafione: Czesław Miłosz po publikacji „Traktatu teologicznego” wylosował kropidło.

Mówiłeś, że podczas tych kolacyjek była wymagająca wobec rozmówców.

Nie lubiła czegoś, co nazywała pustymi kaloriami, czyli rozmów o niczym. Ucinała je. Bardzo lubiła wspólną rozmowę. Spotkania u niej były zrytualizowane. Najpierw usadzała gości na fotelach w salonie i robiła tak zwanego drinka. Do tej pory myślę o tym z lekkim przerażeniem. Szymborska miała estetyczne podejście do jedzenia, więc zazwyczaj były to płyny ciekawe kolorystycznie, za to mniej ciekawe smakowo. Zdumiewającą namiętnością darzyła na przykład różowe koktajlowe wisienki. Tak czy owak, tam był początek wspólnej rozmowy. Niektórych gości lubiła peszyć, zadając konkretne pytania. Ale też dobierała gości tak, żeby mieli o czym ze sobą rozmawiać, i chyba też tak, żeby ona sama mogła się czegoś dowiedzieć, żeby rozmowa mogła dotyczyć czegoś, co ją akurat interesowało. Bardzo żałuję, że się nie udało zaprosić na taką kolację Woody’ego Allena, choć już niewiele brakowało. Miała już nawet dobrany zestaw gości.

Michał Rusinek, VIVA! luty 2018
Fot. Bartek Wieczorek/LAF AM

Gdzieś powiedziałeś, że tak przyzwyczaiłeś się do przebywania z taką osobą, że teraz ludzie Cię nudzą.

Tak powiedziałem? O rety, nie pamiętam… Nie powinienem był tak mówić. Dziś powiedziałbym, że raczej brakuje mi pewnego sposobu mówienia i konstruowania wypowiedzi. Jeżeli opowiadasz anegdotę, to przecież musi mieć pointę. To przez Szymborską przestały mnie śmieszyć dowcipy, natomiast zacząłem cenić anegdoty i dostrzegać anegdotyczne sytuacje wokół siebie. To przecież nie jest tak, że tylko niektórym osobom przytrafiają się historie anegdotyczne. Po prostu niektórzy je zauważają, a inni nie. Trzeba umieć patrzeć na rzeczywistość pod specjalnym kątem. Mnie szczególnie śmieszą anegdoty, w które zamieszany jest język, stąd wzięły się felietony zamieszczone w książce „Pypcie na języku”.

Dużo zajmujesz się literaturą dziecięcą, zarówno jeśli chodzi o przekłady, jak i propozycje własne. Zastanawiam się, czy to jest efekt słabości do dzieci w ogóle, czy kwestia chęci pielęgnowania tego elementu dziecięcego w sobie?

Podejrzewam, że przede wszystkim to drugie. Pomysł pisania dla dzieci narodził się, jak to się często zdarza, kiedy moje dzieci były na takim etapie, że trzeba im było coś opowiadać. Ale jest za to także odpowiedzialna Szymborska. Kiedyś przyszedł do niej redaktor naczelny wydawnictwa Znak, prosząc, by przetłumaczyła wybór wierszy A.A. Milne’a dla dzieci. Odmówiła, bo ani nie znała angielskiego, ani nie pisała do tej pory dla dzieci. Na co redaktor rozejrzał się po pokoju, w którym oprócz nich byłem tylko ja, i zapytał bez większego entuzjazmu: „To może ty?”. I tak zachęcony zacząłem tłumaczyć jedne z najpiękniejszych wierszy dla dzieci, jakie kiedykolwiek napisano. To była wielka przyjemność, ogromna odpowiedzialność i wspaniała szkoła pisania. Dobrze jest mieć taki punkt na horyzoncie, do którego się dąży, nawet jeśli się wie, że to punkt nieosiągalny. Zawsze myślałem, że kiedy będę duży, będę chciał być taki jak pan Milne. 

 I jesteś?

Jeszcze nie jestem duży. Kiedy przetłumaczyłem „Piotrusia Pana” Barriego, to zdałem sobie sprawę, że ja właściwie mam ten tytułowy syndrom. Nie bardzo mam ochotę dorastać. Może jeśli nie zostanę Milne’em, to chociaż będę wspomnianym kierowcą wielkiej ciężarówki?

Skoro jesteśmy przy przyszłości: czy to jest tak, że język tylko odzwierciedla zmiany społeczne, czy też je zwiastuje?

Zawsze trochę zwiastuje. Jest taka książka Thomasa Kuhna „Struktura rewolucji naukowych”. Jej autor twierdzi, w skrócie mówiąc, że przed każdą rewolucją naukową dochodzi do rewolucji językowej. Do języka nauki wchodzą takie pojęcia, które do tej pory jako nienaukowe nie były dopuszczane. Coś musi się w języku „poluzować” i wtedy może dojść do zmian poza językiem. Oczywiście to samo dotyczy zmian społecznych. Często jest tak, że coś, co jest uważane za niedopuszczalne, niestosowne, nagle zaczyna się pojawiać w dyskursie publicznym. I to zwykle oznacza, że za chwilę pojawi się przyzwolenie na jakieś czyny: do tej pory uważane za wybryki, a teraz za – na przykład – przejawy umiłowania ojczyzny.

 A więc jakbyś miał prognozować najbliższą przyszłość na podstawie dzisiejszego języka…

Język publiczny w ostatnich dwóch latach bardzo się zmienił. Po pierwsze, w dyskursie publicznym metafory sportowe zastąpione zostały metaforami wojennymi: my nie toczymy ze sobą sporu, nie rywalizujemy ze sobą, tylko toczymy walkę, w której nie chodzi o konsensus, ale o zniszczenie przeciwnika. Znika tolerancja dla poglądów innych ludzi. Znów wrócili „oni” w opozycji do „nas”. Lepszy i gorszy sort. Patrioci i targowiczanie. I nic pośrodku. Po drugie, następuje dziś wyraźny odwrót od języka rozumu, od racjonalności. Decyzje opieramy na internetowych pseudomądrościach, a naszym polskim myśleniem o świecie rządzi jakiś współczesny mit, pseudoreligia, której rytuały co miesiąc odprawiamy w dwóch sporych miastach, powtarzając, że jesteśmy „coraz bliżej prawdy”. Tyle że w micie nigdy nie chodzi o prawdę. W micie chodzi o podtrzymywanie mitu wbrew prawdzie, wbrew logice, wbrew rozumowi. Rozum jest w odwrocie.  

Wideo

Wiosna 2020 - design, kulinarne inspiracje, podróże bez wychodzenia z domu!

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

„Pandemia nie zmieniła mojego życia, to ja sama je zmieniłam…”, mówi AGNIESZKA MACIĄG. Kraśko, Olejnik, Rodowicz, Rusinek, Szczygieł, Wojciechowska… o emocjach i rodzinnych relacjach w izolacji domowej. JACEK SANTORSKI radzi, jak nie zwariować w czasie pandemii. Zmierzch zachodniej cywilizacji? Beata Pawlikowska w egzystencjalnych rozważaniach w dobie koronawirusa.