WYWIADY VIVY!

Katarzyna Dowbor: „Uważam, że należy walczyć, dopóki mamy energię i coś do powiedzenia”

„Gdy żyję z kimś w związku, nie wchodzę w żaden inny”

Krystyna Pytlakowska 1 kwietnia 2020 06:24

W ramach cyklu Archiwum VIVY!: wywiady przypominamy rozmowę Krystyny Pytlakowskiej z Katarzyną Dowbor. Wywiad ukazał się w styczniu 2018 roku w magazynie VIVA!.

Magazyn VIVA! wywiad Katarzyna Dowbor

Kiedy wielu sądziło, że już na dobre pożegnała się z telewizją, wróciła z programem „Nasz nowy dom”. To wielki sukces, kolejny w jej życiu. Wciąż piękna mówi, że nie przywiązuje już wagi do wyglądu. Teraz najważniejsze jest, ilu ludziom może pomóc. A jaka jest, gdy wyłączają się kamery? O nowym domu, starych miłościach, dzieciach, zwierzętach i o tym, dlaczego dziś łatwiej jej zrozumieć innych, Katarzyna Dowbor opowiada Krystynie Pytlakowskiej.

Uparta jesteś!

Jestem, mam to po mamie. Ale pytasz à propos czego?

Mam na myśli Twój program o urządzaniu domów. Kiedy wielu sądziło, że już na dobre pożegnałaś się z telewizją, pojawiasz się, tym razem w Polsacie, a Twój program odnosi sukces. Nigdy się nie poddajesz?

Nigdy, jeżeli sprawa jest tego warta. Uważam, że należy walczyć, dopóki mamy energię i coś do powiedzenia.

Musiałaś walczyć?

Po prostu wzięłam udział w castingu i wygrałam go. Przymierzano do tego programu kilkanaście osób, a ja byłam najstarsza. Ale zdecydowano się na mnie, bo miało tu znaczenie moje doświadczenie życiowe.

I ciepło, jakie masz w sobie. Twoi rozmówcy nie peszą się przy Tobie. Czują Twoją życzliwość… 

Traktują mnie po prostu jak dobrą znajomą.

 Bo cały czas jesteś znaną Kasią Dowbor.

Tak, z jednym okiem większym z powodu tarczycy (śmiech), w grubej czapce, płaszczu i kaloszach. A nie celebrytką ze ścianki. Ale nie przywiązuję wagi do tego, jak wyglądam. Kiedyś może to i było dla mnie ważne, ale z wiekiem zmieniają się priorytety. Ten program nagrywany jest w ruchu, nie można się tu ustawić lepszym profilem. Prawdę mówiąc, nie ma to dla mnie znaczenia. Teraz najbardziej liczy się, ilu osobom możemy pomóc. Prowadzę ten program od czterech lat. Kilkuset osobom daliśmy większy komfort życia i wiarę w siebie. Ci ludzie byli już zrezygnowani, przytłoczeni problemami. W wyremontowanych domach, z łazienkami, nowoczesnymi kuchniami odżyli. A ja mam poczucie, że razem z całą ekipą robię coś pożytecznego. To wielka przyjemność.

A przy okazji, Ty też zamieszkałaś w nowym domu. Pod wpływem tego programu postanowiłaś zmienić swoje życie?

Nie, ja zawsze zmieniałam domy, jak pamiętasz.

Zmieniasz domy, bo nie zmieniasz kochanków?

Coś trzeba robić (śmiech). Poza tym w każdym z tych poprzednich domów coś mi nie odpowiadało, a ten jest właściwie idealny. Miłość do domu to też jedno z uczuć, które mi ciągle towarzyszy. I w dodatku mieszkam teraz przy ulicy Śliweczek i Gruszeczek. Już tylko za to można ten dom pokochać.

 No i zeszłyśmy na miłość… Jak zwykle.

Bo miłość to przepiękne, fantastyczne uczucie. Dla mnie miłość jest bardzo ważna, podzieliłabym ją jednak na etapy. Inaczej się kocha, gdy człowiek jest bardzo młody i ma w życiu inne priorytety, a inaczej, kiedy jest już dojrzały. Kiedyś, gdy nie mogłam mieć tego jedynego i wymarzonego, czułam się po prostu gorsza. Teraz mojego stanu cywilnego nie traktuję jako wyróżnik. Co innego jest dla mnie ważne, a nie to, czy mam, czy nie mam faceta.

Katarzyna Dowbor, Maria Dowbor-Baczyńska
Fot. Zdjęcia Agnieszka Kulesza i Łukasz Pik

Nie przeszło Ci przez myśl, żeby nawiązać romansik dla ubarwienia rzeczywistości? Albo żeby dostać dobry program?

Nie, bo nigdy nie musiałam walczyć o programy przez łóżko. A poza tym jak miałam męża, to po co mi romans. Jestem niepoprawną monogamistką. Gdy żyję z kimś w związku, nie wchodzę w żaden inny. 

Od kilku lat jednak jesteś singielką. Łatwo się z tym pogodzić?

Jaka singielka? Mam córkę, wnuki, psy, konie. I bardzo ich wszystkich kocham. Wiesz, że jestem kochliwa (śmiech).

Byłaś zakochana we wszystkich swoich mężach?

We wszystkich mężach i niemężach. Jeżeli z kimś byłam, to tylko dlatego, że się w nim zakochałam. Nie zdarzało mi się związać z kimś koniunkturalnie i wyjść za niego tylko dlatego, że ma pełne konto w banku i że łatwiej byłoby mi z nim żyć. Każdy mój związek był miłością, ale teraz, gdy dobiegam sześćdziesiątki, patrzę na tę miłość inaczej. Kiedyś to było śmieszne gówniarstwo, dziś nie chce mi się wierzyć, że ja – kobieta inteligentna, wykształcona – potrafiłam robić sceny zazdrości, kłócić się o duperele, że on na kogoś spojrzał czy rozmawiał. Wstydzę się za siebie z tamtych czasów. Przychodzi w życiu taki moment, że kocha się dojrzale, wykorzystując swoją mądrość życiową, doświadczenia, stawia się też na równych prawach różne rodzaje miłości – do dzieci, zwierząt, do całego świata.

Do miejsca pracy również? Porównujesz czasem telewizję kiedyś i teraz? Nadal jest to jaskinia zła?

Dla mnie nigdy nie była. Po prostu tam pracowałam, nie wdając się w żadne plotki, intrygi i romansiki. Jestem absolutną przeciwniczką klepania po tyłku i innych agresywnych zachowań tak zwanych kolegów. Uważam, że facet, który robi takie rzeczy, nie wyrósł jeszcze z wieku szkolnego i krótkich spodenek. To w szkole łapali mnie za warkocze, chcąc pokazać, że im się podobam, albo przypinali je pinezką do ławki. I to nie było miłe. Wymyślałam im od głupków i gówniarzy i waliłam książką po głowie. Ale kiedy trafiłam do telewizji, byłam już narzeczoną, a potem żoną znanego dziennikarza. Bardzo znanego też z porywczości. Wielu ludzi się go po prostu bało.

Mówisz o Januszu Atlasie.

Janusz bardzo często przesadzał i potrafił się awanturować. Pamiętam aferę na balu, gdy ktoś poprosił mnie do tańca. Tego sobie mąż nie życzył i była afera. Koledzy z telewizji bali się i traktowali mnie z dystansem. Ale po latach dowiedziałam się od jednego z nich, bardzo znanego i wpływowego, że miałam szczęście, bo gdybym nie była żoną Atlasa, to miałabym z nim do czynienia. Byłam w szoku. Do głowy mi wtedy nie przyszło, że działam na czyjąś wyobraźnię i fantazje erotyczne. 

Katarzyna Dowbor, VIVA! styczeń 2017
Fot. Iza Grzybowska

Koleżanki nigdy Ci się nie zwierzały, że są napastowane i molestowane?

Pewnie w ciemnościach gabinetów działy się różne rzeczy, ale ja nie miałam czasu na słuchanie plotek i ekscytowanie się nimi. Teraz te sprawy wychodzą na jaw, ale nie są przecież czymś nowym, tylko właśnie sytuacjami z przeszłości. Są ujawniane, bo wojna płci przestała być tematem skrywanym. Od zawsze kobiety były upokarzane i traktowane gorzej niż mężczyźni. Natomiast ich zadaniem było trzymanie tego w tajemnicy. 

Wiadomo, kobieta to kucharka i sprzątaczka.

I rodząca dzieci. Ale zrobiłyśmy się silne i teraz mówimy o tym, co nas boli. Nie jestem walczącą feministką. Czy nie uważasz jednak, że to niesprawiedliwe, gdy mówią: „Ona zabrała komuś męża, ona weszła między małżeństwo”. A przecież decydowały o tym dwie osoby. Nie można faceta zapakować do teczki i sobie zabrać. Od wieków mieliśmy zakodowane, że zawsze winna jest kobieta, sprawczyni wszelkiego zła. A on to biedny mały chłopczyk, bezradny misiu. To się jednak bardzo teraz zmieniło. Mężczyźni zaczęli się bać, bo my nauczyłyśmy się głośno krzyczeć. Ja sama po sobie widzę te zmiany.  Byłam trochę inną żoną mojego pierwszego męża Piotra. Potem inną jako partnerka Janusza.

Z którym się rozstałaś chyba głównie dlatego, że bywał damskim bokserem?

Ale zaraz potem wyszłam za mąż za Grzesia, dziennikarza sportowego.

Co to znaczy kochać?

Jeśli się kogoś kocha, to trzeba być wobec niego bardzo lojalnym i uczciwym i… nie zdradzać jego sekretów. 

Dlatego nie porozmawiamy o ojcu Twojej córki Marysi?

Właśnie. Ja jestem lojalna wobec niego i jego rodziny i po prostu nie chcę o tym opowiadać. Mogę tylko powiedzieć, że Marysia go uwielbia, a on ją. Są do siebie szalenie podobni zewnętrznie i wewnętrznie. Ona wybiera się w tym roku na studia. Popatrz, robi już maturę.

A co chce studiować?

Aplikowała na uczelnię w Londynie, na kierunek o sztucznej inteligencji – kognitywistykę. Dostała się.

Przed Tobą kolejna zmiana – Marysia wyjedzie, zostaniesz sama…

Nigdy nie sądziłam, że będę tak przeżywać ten wyjazd. Sądziłam, że mam tyle zajęć, nie grozi mi więc syndrom opustoszałego gniazda. Gdy Maciek – mój starszy syn – wyprowadzał się z domu, byłam nawet zadowolona, że zmierza ku samodzielności. Ale byłam wtedy dużo młodsza. Z wiekiem chyba zrobiłam się nadopiekuńczą matką. Może taka jest kolej rzeczy? Może znalazłam się na takim etapie życia, kiedy o wiele bardziej przejmuję się bliskimi? I jestem dla nich o wiele bardziej wyrozumiała.

Wyczuwam, że z ojcem Marysi łączą Cię dobre relacje?

Przyjaźnimy się i to jest naprawdę świetne. Ja go lubię, szanuję.

Przyjaźń jest ważniejsza od miłości?

O wiele trwalsza. Opiera się na innych fundamentach niż seks. Gdybym miała tę mądrość, którą mam teraz, kilka razy w swoich wielkich miłościach postąpiłabym inaczej.

Jak?

Nie zacietrzewiałabym się aż tak.

Katarzyna Dowbor, VIVA! styczeń 2018, NEWS MOBILE
Fot. Iza Grzybowska

I nie pakowałabyś od razu walizki?

Przeczekałabym, zastanowiłabym się, przemyślałabym parę spraw. Pytasz, co to jest miłość? Teraz miłość dla mnie to poczucie, że możemy na siebie wzajemnie liczyć. Kiedyś tego nie doceniałam.

Bo wtedy najważniejsza była cielesność?

Tak, te motyle w brzuchu. Dwadzieścia lat temu, gdyby mnie zdradził, zabiłabym (śmiech). A teraz pomyślałabym o tym, ile jest w tym mojej winy. Gdyby człowiek miał tę dawną urodę i młodość, a do tego mądrość taką jak teraz, byłby ideałem. Ale niestety, coś
za coś.

Nie narzekaj, wyglądasz świetnie.

Dobra, dobra, nie komplementuj mnie, bo przecież widuję siebie w telewizji. W każdym razie teraz łatwiej mi zrozumieć innych. Młody człowiek, który jeszcze nie miał w życiu żadnej porażki, uważa, że wie wszystko. Jeżeli ktoś jest biedny, to czemu nie weźmie się do roboty? Jak jest chory, to niech się wyleczy. A ja z wiekiem ludzi rozumiem, bo też dużo przeszłam. Też w życiu traciłam i zyskiwałam.

 A co Ty straciłaś? Wszystko Ci się układało.

Na przykład miłości i poczucie bezpieczeństwa. Jednak mężczyzna sprawia, że kobieta czuje się bezpieczniej.

Nawet taki jak Atlas?

Nawet taki, bo jako mężatka byłam inaczej postrzegana przez resztę świata. Jeżeli jesteś czyjąś żoną, to bardziej cię szanują. I to mnie boli. Jeżeli kobieta mówi, że jest sama z wyboru, nie wierzę jej do końca.

Bo nie ma samotności z wyboru?

Moim zdaniem nie ma. Zawsze można tę samotność jakoś obudować, powiedzieć: jestem samotna, bo tak wybrałam.

Byłaś samotna dłużej niż miesiąc?

Nie.

 A teraz?

Jeśli jest praca, dzieci, psy i konie, to gdzie tu miejsce na samotność.

Ale z koniem nie pójdziesz na kolację przy świecach.

To prawda, ale zamiast kolacji przy świecach możemy spędzić uroczy wieczór w stajni, sprzątając ją (śmiech). Zresztą mężczyźni są coraz mniej romantyczni i zapominają o takich przyjemnościach. A o superlaskę trzeba walczyć, chodzić koło niej.  

O Ciebie walczyli?

Walczyli, próbowali uprawiać to samo hobby, jeździć konno, pokochać psy i koty. Słabo im to wychodziło. 

Ale liczą się dobre chęci. A Ty nauczyłaś się czegoś dla faceta?

W liceum poznałam chłopaka, który był siatkarzem. Ja też poszłam więc do klubu grać w siatkówkę, żeby mu zaimponować. Nauczyłam się grać, a o chłopaku zapomniałam. Natomiast Grzesiek nigdy nie nauczył się jeździć konno, chociaż próbował, ale kochał psy. To ja podarowałam mu pierwszego psa. Ważne jest, żeby ludzi łączyły podobne pasje, bo miłość to nie tylko seks. Seks nie może być jedyną podstawą związku. 

Seks nie jest dla Ciebie ważny?

Zawsze był bardzo ważny, ale to jest tylko fizjologia, która dodaje nam endorfin. Seks na pewno przedłuża nam życie i daje dużo radości, ale nie może być tak, że gdy ludzie przez miesiąc się nie kochają, to związek przestaje istnieć. Podstawą związku są rozmowy i to, czy się ludzie lubią. Myślę, że teraz już nie chciałabym związku z facetem, który dyktowałby mi, co mam robić i którego musiałabym pytać, czy mogę wziąć kolejnego kota.

A gdybyś znalazła mężczyznę, który nie stawiałby Ci warunków. Mogłabyś żyć z nim pod jednym dachem?

Mogłabym absolutnie. Przecież ja od 18. roku życia byłam ciągle czyjąś żoną. Nie mam problemu z tym, żeby ktoś ze mną mieszkał. Natomiast z wiekiem zrobiłam się bardziej wybredna. I to nie płaski brzuch jest decydującym elementem, bo sama przecież nie mam tej figury, jaką miałam. Decyduje głowa i to, co w niej jest. Niezwykle ważne dla mnie to poczucie humoru i tolerancja. Teraz jestem o wiele bardziej tolerancyjna, wiele wybaczam. Uważam, że bardzo złagodniałam. Właściwie dopiero teraz dojrzałam do tego, żeby być partnerką. Teraz byłabym żoną idealną. Ale z drugiej strony stałam się jeszcze bardziej niezależna.

Być może znajdziesz partnera, który zasłużyłby na Ciebie, a jeśli nie masz takiej potrzeby, to dlatego, że Twoje życie i bez mężczyzny jest barwne.

Bo tak właśnie jest. Tyle pasjonujących rzeczy jest na świecie. Tyle przed nami podróży, historii, zdarzeń. Właśnie jadę do Węgrowa i zastanawiam się, co nas tam czeka… Najbardziej pasjonująca jest niewiadoma. 

Wideo

Wiosna 2020 - design, kulinarne inspiracje, podróże bez wychodzenia z domu!

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

„Pandemia nie zmieniła mojego życia, to ja sama je zmieniłam…”, mówi AGNIESZKA MACIĄG. Kraśko, Olejnik, Rodowicz, Rusinek, Szczygieł, Wojciechowska… o emocjach i rodzinnych relacjach w izolacji domowej. JACEK SANTORSKI radzi, jak nie zwariować w czasie pandemii. Zmierzch zachodniej cywilizacji? Beata Pawlikowska w egzystencjalnych rozważaniach w dobie koronawirusa.