WYWIADY VIVY!

Ania Dąbrowska: „Jestem antynarcyzem, ale obawiam się, że to też jest jakaś forma narcyzmu”

„Różnica między mną kiedyś a mną dzisiaj jest taka, że wreszcie myślę bardziej o sobie”

Beata Nowicka 14 kwietnia 2020 06:35

W ramach cyklu Archiwum VIVY!: wywiady przypominamy rozmowę Beaty Nowickiej z Anią Dąbrowską. Wywiad ukazał się w marcu 2016 roku w magazynie VIVA!.

Magazyn VIVA! wywiad Ania Dąbrowska

Mistrzyni melancholii. Przez te cztery lata, kiedy kazała czekać na swoją nowa płytę, zmieniła się, dorosła. Rozstała się z partnerem, ale wciąż śpiewa o miłości, bo relacja między mężczyzną a kobietą inspiruje ją najbardziej. Już się nie buntuje. Uczy się planować przyszłość i oszczędzać pieniądze. Rozmawiać z synem o śmierci i z córką o... cyckach. „Mam jedno życie i czasu nie cofnę. Mogę tylko nie popełnić tych samych błędów”, mówi Ania Dąbrowska w intymnej rozmowie z Beatą Nowicką.

Wiele lat temu, kiedy rozmawiałyśmy po raz pierwszy, śpiewałaś „Smutek mam we krwi”. Dziś Twoja najnowsza płyta „Dla naiwnych marzycieli” wywołuje we mnie łagodną melancholię. Śpiewasz o miłości – trudnej, wybaczaniu – niełatwym i marzeniach podszytych lękiem i nadzieją jednocześnie.

Dla mnie to rodzaj romantyzmu. Nieobarczony goryczą, depresją. Miłość, relacja między kobietą i mężczyzną to przeżycia piękne, wdzięczne, lubię o nich pisać, bo najbardziej mnie inspirują. Pewnie sama jestem po prostu naiwnym marzycielem.

„Tyle siły w sobie masz, od nowa jeszcze raz zaczniesz” – śpiewasz.

Mam taki etap w życiu, że znowu chciałabym uwierzyć w miłość. Jestem znowu singlem. Powoli budzi się we mnie nadzieja. Być może naiwna nadzieja, bo przecież nie jestem już nastolatką, żeby dać się ponieść uczuciom na zasadzie skoku w ogień, jakbym nie wiedziała, że to parzy. Znam jasne i ciemne strony miłości, ale człowiek bywa całe życie na tyle głupi, że w każdym wieku chętnie się zakocha (śmiech).

Byłaś bardzo naiwną nastolatką?

Myślę, że byłam standardowo naiwną nastolatką. Może trochę bardziej buntowniczą i nastawioną na nie. Byłam wyczulona na wszelkie próby kontroli, narzucania mi swojej woli, wpychania mnie w schematy, gotowe role. Nie chodziłam na kompromisy. Chciałam być niezależna. Już wtedy miałam zacięcie feministyczne, zwłaszcza jak wchodziłam w związki i ktoś próbował mi tłumaczyć, jakie są nasze – moja i jego – role społeczne. Byłam uczulona na takie formy manipulacji. Kiedy facet mówił: „Słuchaj, ale przecież ty jesteś dziewczyną, kobietą, będziesz musiała ugotować, posprzątać, zająć się dziećmi…”, ja odpowiadałam: „Wiesz co, to do tej roli musisz sobie znaleźć inną partnerkę. Ja na pewno taka nie będę”.

Anna Dąbrowska, VIVA! 6/2016
Fot. Zuza Krajewska/LAF AM

Jak Twoja bezkompromisowość przetrwała w starciu z rzeczywistością?

Odpuściłam trochę, ale na pewno nie odbyło się to na zasadzie ujeżdżania konia, że mnie w końcu złamali i poddałam się uciskowi. Wszystko potoczyło się naturalnie. Nikt mi dzieci nie narzucał, sama je chciałam. Ale kiedy po raz pierwszy zostałam matką, miałam bardzo silne poczucie niesprawiedliwości, że to ja muszę zostać w domu i być na każde zawołanie. Wcześniej mój czas należał wyłącznie do mnie. To była terapia szokowa. Myśl, że świat…

…już nigdy nie będzie wyglądał tak jak kiedyś.

Każda matka to rozumie. Z drugim dzieckiem już się tak nie cackasz. Wiesz, co cię czeka. Ta świadomość sprawia, że od początku jest w tym większa radość. Mam oczywiście nadzieję, że byłam na tyle dojrzała, że nie dałam mojemu pierwszemu dziecku odczuć, że coś jest nie tak. I nie wylewałam na niego swojego żalu i frustracji. Przy Meli tej frustracji było po prostu dużo mniej. Wszystko przebiegło sprawniej, lepiej i szybciej. Mela ma prawie trzy lata. „Nie jest lekko. I tobie też nie będzie”, mówię mojej córce (śmiech).

A co Melka na to?

„Ja też chcę być już dorosła”. Chciałaby z mamą wychodzić do pracy. Gadamy ze sobą nieustannie. Myślę, że dzięki temu jest twardsza. Spisuję jej teksty. Ostatnio powiedziała: „Ja wiem, trzeba być sprawiedliwym dla ludzi, nie wolno brzydko o nich mówić, ale ten człowiek – tu pokazała na swojego brata – ten człowiek zabrał mi samolot” (śmiech). Stasiek ma pięć i pół roku, interesuje się poważnymi zjawiskami. Kiedy umarła jego prababcia, pytał: „Czym jest śmierć? Czy dziadek też umrze, a ty, mamo, umrzesz? A ja umrę?”.

Odpowiedziałaś?

Tak. „Ja umrę, dziadek umrze i ty również, ale ty masz jeszcze bardzo, dużo czasu, synku”. Staś przemyślał to sobie i powiedział: „Ja to umrę dopiero za tysiąc lat”. Był szczęśliwy, bo szybko rozwikłał zagadkę.

Mela nie brała udziału w tej dyskusji?

Mela jest księżniczką. Rano nie włoży tej sukienki, bo musi mieć koniecznie tamtą. Staje przed lustrem i się przegląda – buty na obcasie, długie włosy – i pytania: „A dlaczego nie mam cycków? Kiedy mi urosną?”. Tłumaczę jej: „Słuchaj, będziesz miała cycki, będziesz dorosła, ale ja już nigdy nie będę dzieckiem. I to jest najgorsze” (śmiech).

Jesteś ironiczno-czuła w tych rozmowach.

Myślę, że jestem łagodnym rodzicem, ale oczekuję szacunku. Jak mi coś przeszkadza w zachowaniu dziecka, nie manipuluję nim, tylko tłumaczę i oczekuję, że ono to zrozumie. Ale pozwalam dzieciom na dużo wolności. Wychodzę z założenia, że dziecko nie chce zrobić sobie krzywdy. Nie bronię dzieci na siłę jakby świat był jednym wielkim niebezpieczeństwem. Wkraczam tylko wtedy, kiedy jest to naprawdę konieczne. Chciałabym, żeby moje dzieci były sobą, nie nauczyły się udawania, bo to zostaje na całe życie.

Anna Dąbrowska, VIVA! 6/2016
Fot. Zuza Krajewska/LAF AM

W Twoich piosenkach nie ma ani słowa o dzieciach.

Nie ma.

Podoba mi się ta umiejętność odgradzania terytoriów, zachowywania kawałka wolnej od dzieci przestrzeni tylko dla siebie. I mężczyzny.

Dopiero niedawno zrozumiałam, że mężczyźni nie zdają sobie sprawy, że dziecko jest dla kobiety formą zmiany tożsamości. Musimy tę tożsamość zbudować od nowa. A każdy rozłam tożsamości boli, bo nagle nie jesteśmy już tą samą osobą.

Ale paradoksalnie dzieci dają kobiecie również poczucie wolności.

To prawda. Gdybym nie miała dzieci, ciążyłoby mi to, że ich nie mam, a tak mogę się wyluzować. Jestem trochę facetem. Mama mówi: „Jak kobieta ma dzieci, to mężczyźni patrzą na nią inaczej. Ma u nich mniejsze szanse”. Uważam, że to jest małomiasteczkowe podejście. Pokłosie przeszłości, kiedy wchodzenie w związki z kimś, kto jest po rozwodzie i ma dzieci, było mezaliansem. Jeśli facet pragnie wyłącznie kobiety bez dzieci, to znaczy, że jest bezwartościowym gościem.

Łatwiej jest być singlem po dwudziestce czy po trzydziestce?

Kiedy byłam sama i miałam 20 lat, mogłam robić, co chciałam, na przykład kupić bilet do Tokio i wsiąść do samolotu. Teraz nie mogę, bo mam dzieci, obowiązki, muszę sama płacić rachunki, sama zarobić na te rachunki i ciąży na mnie dużo większa odpowiedzialność. Ale teraz jestem singlem bardziej świadomie. Wiem, co się z tym wiąże, nie mam złudzeń. Wchodzenie w nowy związek nie jest już obarczone presją: no dobrze, to teraz musimy zbudować związek na wieki, nie można się pomylić, weźmiemy ślub. Nie pielęgnuję takich oczekiwań. Zauważyłam, że jestem bardziej tolerancyjna dla ludzi. Przede wszystkim dla płci przeciwnej.

Dlaczego?

Może dlatego, że przestałam oceniać ludzi. Kiedyś silne było takie myślenie, a pewnie pokutuje do dziś: musisz zdobyć dobrą partię. Czyli facet musi być: wykształcony, z dobrego domu, przystojny, z wpływowym tatusiem i elegancką mamusią. Zauważyłaś, że w polskich komediach romantycznych główny bohater zawsze jest jakimś architektem, prawnikiem, lekarzem, ma ogromne mieszkanie, w bieli, z wielką plazmą na ścianie i fantastycznym widokiem za oknem? To Polakom imponuje najbardziej. Nasze matki chciałyby, żebyśmy takich mężów miały. Dopiero z wiekiem nauczyłam się tolerancji dla ludzi, niezależnie od tego, co robią w życiu, jakie mają wykształcenie, jaki wykonują zawód, kim jest ich tatuś. To nie ma znaczenia. Możesz w wielkim domu u boku tego architekta mieć poczucie bezsensu życia.

Jak zamykałaś rozdział „małżeństwo”, zrobiłaś bilans zysków i strat?

Nie było nam łatwo się rozstać, ale byliśmy zgodni, że chcemy podjąć taką decyzję, więc wszystko przebiegło dość sprawnie. Dogadujemy się, jesteśmy rodzicami. Myślę, że to była słuszna decyzja. Wszystko się uspokoiło. Dzieci znoszą wszystko dużo lepiej, kiedy widzą, że mama i tata, choć nie mieszkają razem, szanują się i potrafią ze sobą spokojnie rozmawiać. Dzieci wszystko czują.

„Znowu ci wybaczam, choć twe słowa nic nie znaczą” – to z Twojej piosenki.

Wszyscy mnie pytają, o kim jest ta piosenka. Nie zdradzę tego. Powiem tylko, że jest to historia kogoś, komu niewiele potrzeba, żeby się zakochać. Ale niestety, najbardziej wzdychamy do tych, którzy nas nie chcą, lekceważą. Wiemy, że to się źle skończy, bo na jakimś poziomie potrafimy trzeźwo myśleć, ale jak człowiek jest zakochany, emocje biorą górę.

Jesteś wymagająca wobec siebie.

Jestem antynarcyzem, ale obawiam się, że to też jest jakaś forma narcyzmu. Inny rodzaj zapatrzenia w siebie, oczekiwanie, że będziesz idealny, perfekcyjny. Nie uwielbiasz siebie, wręcz odwrotnie. Masz do siebie ciągłe pretensje, dostrzegasz niedociągnięcia, słabe punkty, wady. Dorosłość trochę z tego leczy.

Czego jeszcze dorosłość Cię nauczyła?

Nauczyłam się myśleć o tym, co będzie za 10–20 lat. Co chciałabym, żeby tam było. Że powinnam zacząć do tego dążyć. Zbierać siły i planować. Kiedyś zupełnie nie myślałam o przyszłości w taki sposób.

Ale śpiewasz: „zmyśliłam przyszłość”.

To perspektywa kobiety zakochanej: kocham cię i wszystko już sobie zaplanowałam, całe nasze wspólne życie, choć jeszcze go nie ma. I nie będzie, tak naprawdę.

Myślę, że my wszystkie tak robimy. Zakochane budujemy w marzeniach wspólne przyszłe życie. Ja i on.

To prawda. Różnica między mną kiedyś a mną dzisiaj jest taka, że wreszcie myślę bardziej o sobie. Planuję swoją własną przyszłość. Dziesięć lat temu nie wiedziałam, że dzisiejszy dzień będzie wyglądał tak, a nie inaczej.

Czyli, że zostaniesz singielką z dwójką małych dzieci.

Najgorsze jest to, że w każdej dziedzinie – czy to praca, czy miłość – potrafimy uczyć się wyłącznie na własnych błędach. Mam jedno życie, czasu nie cofnę, mogę tylko nie popełniać ponownie tych samych błędów. Ale biorę je na klatę. Są tacy, którzy w kółko popełniają ten sam błąd i chyba to lubią. Zresztą nie wiem, czy pewnych rzeczy jesteśmy w stanie uniknąć, bo zawsze jest ryzyko porażki. Myślę, że nie ma bezpiecznej miłości, bezpiecznych związków. Tej tajemnicy jeszcze nikt nie odkrył…

…jak to zrobić, żeby zawsze się udawało?

No właśnie. I chyba nie ma sensu się napinać i bronić przed tym. Życie i tak zweryfikuje, czy facet nadaje się na partnera. Nie zastanawiam się, czy będę sama już do końca życia czy nie. Nie robię takich planów, nie zmyślam sobie przyszłości. Czekam na to, co się wydarzy. Jestem w swoim życiu, moje życie wygląda teraz tak. I tyle.

Ania Dąbrowska
Fot. Zuza Krajewska/LAF AM

Strach łapie Cię czasem za gardło?

Tak, bo ciągle muszę gdzieś, komuś za coś zapłacić. Bardzo wcześnie zaczęłam sama zarabiać, ale dopiero odkąd mam dzieci, uczę się obchodzić z pieniędzmi jak dorosła. Uczę się je szanować. Wcześniej wszystko wydawałam na bzdety.

Czyli na co?

Na przykład na ciuchy, na kosmetyki, na fryzjera, na siebie… Teraz nie wydaję. To, co mogę zrobić sama, staram się robić sama i po prostu oszczędzam pieniądze. Takie są czasy. Jestem zła na siebie, na system, nawet na moją mamę. Powiedziałam jej niedawno: „Mamo, dlaczego nie nauczyłaś mnie, jak traktować pieniądze?”. Mama na to: „Teraz masz pretensje, że ci nie mówiłam, a jak ci wtedy zwracałam uwagę, że wydajesz na bzdury, mówiłaś, żebym się nie wtrącała”. Samo życie. Zapytałam wczoraj syna: „A wiesz, że jak będziesz duży, będziesz musiał zarabiać pieniądze. Co będziesz robił, jak dorośniesz?”. Zastanowił się i odpowiedział: „Będę brał pieniądze z bankomatu”. Uważam, że w szkołach powinno uczyć się dzieci podstaw ekonomii i finansów.

Z taką wiedzą łatwiej poradziliby sobie w dorosłym życiu.

Wierzę w to. Sama dopiero teraz stałam się mniej rozrzutna. Dopadło mnie takie melancholijne myślenie, może to jest wejście w kolejny etap dorosłości, że ciąży na mnie odpowiedzialność nie tylko za siebie, ale też za świat. Świat jest tak niesprawiedliwy: ktoś kupuje sukienkę Dolce i Gabbana za 10 tysięcy, a w Paryżu ludzie umierają na ulicy. Zaczęłam dostrzegać takie zderzenia. Nie mam już funu, że kupię sobie fajny ciuch i będę w nim super wyglądać, tylko ogarnia mnie rodzaj zażenowania, wstydu. Już nie potrafię tak bezkarnie cieszyć się rzeczami.

Co robisz dla siebie z przyjemnością?

Staram się pracować. Mam coraz mniej energii, więc szukam momentów, kiedy się pojawia. Samotne macierzyństwo dużo mnie kosztuje. Dzieci potrzebują ciągłej uwagi. Przy najnowszej płycie miałam chwile, kiedy nie widziałam końca, ciągle coś jeszcze chciałam poprawić, a goniły mnie terminy. Pragnęłam ją skończyć, ciążyła mi w jakimś sensie, szczególnie że nagrywałam ją po prawie czteroletniej przerwie. Do momentu, kiedy nie wyszła, miałam stres, jak zostanie przyjęta. Dobrze czy źle? Z echem czy bez echa…? Ale kiedy wypuściłam ją z rąk, jest mi lepiej. Nie spalam się już, zajmuję się innymi rzeczami. To tak jak z życiem – im dłużej tkwisz w jednym miejscu, tym trudniej jest zrobić krok do przodu.

Dziś jesteś bardziej „naiwna” czy bardziej „marzycielska”?

Zawsze byłam i naiwna, i marzycielem, ale z wiekiem chyba jestem bardziej marzycielem niż naiwna. Przed marzeniami się nie bronię, ale przed rzeczami, które mogą mnie zranić przez moją naiwność, bronię się coraz mocniej.

Wideo

Wiosna 2020 - design, kulinarne inspiracje, podróże bez wychodzenia z domu!

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

„Pandemia nie zmieniła mojego życia, to ja sama je zmieniłam…”, mówi AGNIESZKA MACIĄG. Kraśko, Olejnik, Rodowicz, Rusinek, Szczygieł, Wojciechowska… o emocjach i rodzinnych relacjach w izolacji domowej. JACEK SANTORSKI radzi, jak nie zwariować w czasie pandemii. Zmierzch zachodniej cywilizacji? Beata Pawlikowska w egzystencjalnych rozważaniach w dobie koronawirusa.