TYLKO U NAS!

Helena Norowicz: „Otrzymałam drugie życie. Miałam wylew podczaszkowy...”

„Nie zdawałam sobie sprawy, że coś złego się dzieje”

ALINA MROWIŃSKA 17 kwietnia 2019 15:55
Magazyn VIVA! Helena Norowicz
Fot. Mateusz Stankiewicz/SAMESAME

Gwiazdą najnowszego numeru magazynu VIVA! jest Helena Norowicz. Miała 70 lat, nadal potrafiła zrobić szpagat, ale odeszła z teatru na emeryturę. Zajęła się ogródkiem, hodowlą kwiatów, zwykłym życiem. Aż któregoś dnia dostała propozycję od duetu projektantów Bohoboco. I wróciła na wybieg. „Cudowne jest, że ludzie mnie zaakceptowali”, mówi Helena Norowicz, 84-letnia modelka i aktorka, w wyjątkowej rozmowie z Aliną Mrowińską. Tylko u nas zdradza, dlaczego jeszcze dwa lata temu nie czuła się na swój wiek i co pokomplikowało jej ostatnie lata.

Magazyn VIVA! Helena Norowicz o wieku

W najnowszym, kwietniowym numerze magazynu VIVA! mieliśmy okazję spotkać się z wyjątkową gwiazdą, Heleną Norowicz. Jak dziś wygląda jej życie? Dlaczego zdecydowała się na modeling i jak rozpoczęła się jej kariera u boku Bohoboco? Zapraszamy do lektury! 

Pół roku temu skończyła Pani 84 lata. Czuje Pani swój wiek?

Jeszcze dwa lata temu nie czułam, ale niestety, nie tak dawno przydarzyły mi się bardzo nieprzyjemne historie. Złamałam nogę, a wcześniej miałam wylew podczaszkowy. Natychmiast z ostrego dyżuru po zrobieniu tomografii trafiłam na stół operacyjny. Proszę zobaczyć, włosy zakrywają, ale mam tu dwa duże wgłębienia w czaszce. To zresztą była zabawna historia, kiedy golili mi głowę, prosiłam, żeby zostawili trochę włosów, bo grałam wtedy w Teatrze Syrena w Dogville

Wylew wydarzył się nagle?

Nie, pewnie mogłam wcześniej pójść do lekarza, tylko nie zdawałam sobie sprawy, że coś złego się dzieje. Operację miałam 1 kwietnia, a na początku lutego byłam w Bieszczadach na zdjęciach do Watahy. Przyjechałam późno, o czwartej w nocy poszłam spać, a już o szóstej musiałam być na planie. Grałam chorą na alzheimera, fizycznie strasznie zmaltretowaną, więc im gorzej wyglądałam, tym było lepiej dla roli. W końcowej scenie moja bohaterka prawie siada na łóżku i dramatycznie potrząsa swoją córką, bo wydaje jej się, że to rywalka, której kiedyś zabrała męża.

Reżyser mówił: „Dobrze, niech te włosy tak fruwają, mocniej głową, mocniej”. Powtarzałam chyba z kilkanaście razy. I myślę, że wtedy nastąpiły jakieś pęknięcia naczynek, które doprowadziły do wylewu. Miałam zawroty głowy, czasem problemy z poczuciem równowagi, które kładłam na karb zmęczenia. Pewnego dnia poszliśmy z mężem na spacer, w jakimś momencie wyprzedziłam go, wróciliśmy do domu, a on od razu mówi: „Dzwonię po pogotowie, nie podoba mi się, jak ty chodzisz”. Jeszcze tego samego dnia byłam operowana.

Jak się Pani czuła po operacji?

Operował mnie Kamil Krystkiewicz, młody, utalentowany lekarz, któremu zawdzięczam moją sprawność. Nie miałam żadnego niedowładu, szybko dochodziłam do siebie. A kilka miesięcy później złamałam nogę. To długa, przykra historia. Lato zawsze spędzamy z mężem na działce niedaleko Żyrardowa. Którejś nocy zaczęli się do nas dobijać dwaj młodzi ludzie, chyba po dopalaczach. Krzyczeli, że chcą chleba. Mąż wyszedł na werandę i powiedział, że nie mamy chleba. Byliśmy już spakowani do wyjazdu rano do Warszawy, bo miałam następnego dnia zdjęcia.

Wyobrażam sobie Państwa przerażenie.

Nie odchodzili, mąż wyciągnął pistolet gazowy i zagroził, że jeśli się nie uspokoją, będzie go musiał użyć. Odeszli, ale za chwilę wrócili i zaczęli walić kamieniami w okna werandy. Wszystkie rozwalili. Siedziałam w pokoju i cała się trzęsłam z nerwów. Wezwaliśmy policję. Następnego dnia sama pojechałam do Warszawy, a mąż porządkował dom. Dzień był upalny, miałam takie trochę za duże sandałki, a w obu rękach torby z rzeczami. I wysiadając z pociągu, zaczepiłam o peron. Runęłam z ogromną siłą, ból okropny. Ktoś mi pomógł wstać, jakoś doszłam do taksówki i już z domu zadzwoniłam po pogotowie. Kilka godzin czekałam na SOR-ze zanim się mną zajęli. Kolano strasznie spuchło.

Włożyli mi nogę w gips od palców stopy aż do pachwiny. I wypisali do domu. Do łazienki przemieszczałam się na pupie z nogą w pionie. Przydało się moje wygimnastykowanie. To był dla mnie trudny czas. Dotarło do mnie, że jednak mam swoje lata. Za osiem tygodni miałam grać w Teatrze Polonia w Chłopcach Grochowiaka. Uprosiłam lekarzy, żeby mi zdjęli gips nie po sześciu, ale po pięciu tygodniach (śmiech).

Tęskni Pani za sobą młodą?

Oczywiście, że tak. Im człowiek starszy, tym częściej wraca do dawnych lat. Nagle ni stąd, ni zowąd staje mi przed oczami jakiś obraz, pojawia się refleksja, doznanie. Cudowny czas, kiedy grałam w Teatrze Studio u Józefa Szajny. Jeździliśmy ze spektaklami po całym świecie: Stany Zjednoczone, Australia, Izrael. Chłonęłam wszystkie cuda. Ja, dziecko, które przed wojną mieszkało w leśniczówce dziadka na Litwie, gdzie wszystko było w zasięgu kilku kilometrów. Szkoła, kościół, tory kolejowe, domy koleżanek. Piekliśmy codziennie chleb, pamiętam jeszcze jego smak. Mieliśmy 40 hektarów ziemi, własny las, nowy dom. Uchodziliśmy za kułaków.

Byliśmy na liście do wywózki na Sybir. Uratowała nas inwazja Niemców na Związek Radziecki. W 1946 roku rodzice zdecydowali się wyjechać z piątką córek do Polski. Przed Bożym Narodzeniem musieliśmy opuścić nasz dom. Wiedzieliśmy, że jedziemy w nieznane i że nigdy tu nie wrócimy… Jechaliśmy w bydlęcym wagonie przez trzy miesiące. Po przekroczeniu granicy z Polską na każdym dworcu czekali na nas ludzie z Państwowego Urzędu Repatriacyjnego z chlebem, zupami, konserwami. Dotarliśmy do Koszalina i tam poszłam do szkoły.

Kilka razy w Pani życiu ogromną rolę odegrał przypadek, jak wtedy kiedy spóźniła się Pani na egzamin na AWF. 

Dziś mówię, że to jeden z najszczęśliwszy przypadków w moim życiu. Kiedy przyszło zawiadomienie o egzaminach, akurat byłam na spartakiadzie młodzieży we Wrocławiu. Sport zawsze był mi bardzo bliski, biegałam, grałam w siatkówkę. Wróciłam do domu, mama daje mi list i czytam, że egzamin na AWF odbył się tydzień temu (śmiech). Pojechałam na rok do siostry do Wrocławia. Zaczęłam chodzić do teatru. I kiedyś w holu zobaczyłam informację o naborze do szkoły teatralnej w Łodzi. To zawsze było moje ciche marzenie. Pamiętam, jak oglądałam w kolorowych pismach zdjęcia Grety Garbo, Marleny Dietrich, takich pięknych, wspaniałych i bałam się, że się do tego nie nadaję. 

Dostała się Pani za pierwszym razem.

Jechałam tramwajem na wstępne przesłuchania do Teatru Polskiego we Wrocławiu. Nosiłam wtedy gruby warkocz do pupy. Siedziałam skupiona, lekko zdenerwowana, na nic nie zwracałam uwagi. A tym samym tramwajem jechała pani prorektor Janina Mieczyńska, wspaniała tancerka, która była w komisji. Uśmiechnęła się, kiedy weszłam na egzamin i powiedziała: „A ja cię cały czas obserwowałam, pomyślałam, że takie dziewczyny powinny zdawać do szkoły teatralnej”. Znowu przypadek. 

To bardziej przypadek czy przeznaczenie w naszym życiu?

Wierzę, że przypadki miały nas spotkać. Że gdzieś tam jakaś siła wyższa o tym zadecydowała. Pewnie Bóg nie ma czasu, żeby każdemu określać jego los, ale… Kiedyś, byłam jeszcze na studiach, przyśniły mi się dwie wielkie aktorki – Irena Solska i Stanisława Wysocka. Wzięły mnie za rękę, narysowały na dłoni taki malutki kwadracik i powiedziały: „Kiedyś przybędziesz do Warszawy” (śmiech). I tak się stało. 

Ma Pani prorocze sny?

Nie, tylko ten jeden. Nie tak dawno przyśniła mi się zabawna historia. Byłam w domu na wsi, zaprosiłam kolegów. I przyszedł taki okrąglutki, malutki człowieczek, którego nie znałam. Zdziwiła mnie trochę jego obecność, spytałam: „Przepraszam, ale czy my się znamy?”. A on tak patrzy na mnie uważnie i mówi: „Co, nie poznajesz mnie? Czy mam się rozebrać?”. No kompletnie nie mogę tego z nikim skojarzyć (śmiech). 

A wracając do przypadku albo przeznaczenia, to propozycja od Bohoboco też była nieoczekiwana.

Absolutnie. Zaczęło się od Oli Popławskiej, z którą grałam w filmie Ederly Piotra Dumały. Chciała przygotować jakąś sztukę teatralną i zapytała mnie o zdjęcia. Żadnych aktualnych nie miałam. Ola sama mi zrobiła i powiesiła na swojej stronie internetowej. I odezwało się Bohoboco. Moda zawsze była mi bliska. W czasach młodości nic ciekawego w sklepach nie było, dlatego namiętnie chodziłam na ciuchy. Miałam fantastycznego krawca w teatrze.

Raz kupiłam dwie kurtki – skórzaną srebrną i czarną zamszową, poprułam i pan Miecio zrobił mi płaszcz maksi. Wspaniałą skórzaną bananową spódnicę też miałam z dwóch przerobionych. Na początku lat 70. pojechaliśmy z teatrem Szajny do Paryża. Nosiłam traperską spódnicę z irchy. Usiadłyśmy z koleżanką na schodach do Bazyliki Sacré-Coeur i podeszła do nas jakaś dziewczyna, zapytała, skąd jesteśmy i skąd mam taką piękną spódnicę. Mówię, że z Polski. A ona: „To takie rzeczy są w Polsce?”. Ja na to: „W każdym sklepie” (śmiech). 

Cały wywiad z Heleną Norowicz znajdziecie w najnowszym numerze magazynu VIVA!  

Magazyn VIVA! Helena Norowicz sesja
Fot. Mateusz Stankiewicz/SAMESAME

okładka lekka, Barbara Kurdej-Szatan, Basia Kurdej-Szatan z mamą i córką, Viva! 8/2019
Fot. AGNIESZKA KULESZA & ŁUKASZ PIK/DAS AGENCY

Wideo

Poznaj historię miłości Agnieszki Woźniak-Starak i jej męża Piotra!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Magda Mołek o pięknym, ale i trudnym macierzyństwie, a także Katarzyna Grochola z mężem o swoim tajnym ślubie…