ZE ŚWIATA SPORTU

"Na życie zabrakło mi czasu". Anita Włodarczyk o cenie sportowego sukcesu

Konrad Szczęsny 13 października 2016 17:20
Anita Włodarczyk
Fot. East News

Anita Włodarczyk na tegorocznej Olimpiadzie Rio de Janerio wywalczyła dla Polski złoty medal w rzucie młotem. W najnowszym wywiadzie dla Twojego Stylu mówi szczerze o sporcie, samotności i duchu walki.

 

Twój Styl: Ile dni w roku spędzasz poza domem?

 

Anita Włodarczyk: Niedawno policzyłam, 258. Kilka lat temu kupiłam w Warszawie mieszkanie, o jakim marzyłam. Jasne, przestronne, z balkonu widzę most Siekierkowski i panoramę miasta. Ale nie mam czasu nacieszyć się nim. Gdy tylko wrócę, za dwa, trzy dni znów wyjeżdżam na obóz, zgrupowanie, zawody. Na kilka tygodni albo miesięcy. Na ścianie w przedpokoju powiesiłam mapę, na której pinezkami zaznaczam miejsca, które widziałam. Nie byłam jeszcze tylko w Australii.

 

Okazuje się, że poza sukcesami, dla sportsmenki niezwykle istotne jest wsparcie rodziców. Pomagają jej oni w codziennych obowiązkach.

 

Po igrzyskach w Rio przyjechali rodzice. Posprzątali, poprasowali, mama szykowała obiady. Byłam wykończona sezonem, organizm nie mógł przystosować się do strefy czasowej. Ale gdy wracam ze zgrupowań albo z obozów, wszystko robię sama. I choć może wyda ci się to śmieszne, lubię zwykłe, przyziemne czynności. Sprzątanie, wyjście na bazarek po warzywa i kwiaty, gotowanie obiadu.

 

A czy przestrzega specjalnej diety? Czego musi unikać?

 

Alkoholu i potraw, po których nie czuję się dobrze, ale poza tym nie odmawiam sobie niczego. Jem mięso, owoce, słodycze, choć te z umiarem. Z moim sportowym psychologiem ustaliliśmy, że jeśli chodzi za mną czekolada, mam zjeść kilka kostek, zamiast się zadręczać, że nie mogę. Na zgrupowaniach za granicą tęsknię za polską kuchnią. Kucharki z ośrodka w Cetniewie, gdy dowiedziały się, że w Rio narzekałam na niesmaczne jedzenie, na lotnisku powitały mnie paczką kotletów de volaille z nadzieniem serowo-ziemniaczanym. Kiedy jestem w domu, robię sobie karkówkę z warzywami na parze albo schabowe. Jednak najlepsze smaży mi mama.

 

Mistrzyni olimpijska lubi podkreślać, że miejsce, w którym obecnie się znajduje, to zasługa jej rodziców.

 

Powtarzali, że mam iść swoją drogą i się nie poddawać. Wychowali mnie na twardzielkę. Gdy wracałam obolała z treningów, mama robiła mi okłady, ale nigdy nie mówiła: "oj, dziecko odpuść sobie, po co tak się męczyć". Wypytywała, z czym mam problem, co udało się poprawić. Wiem, że pod tym względem rodzice byli wyjątkowi, bo wielu znajomych narzekało, że gdy wracają ze zgrupowania, nikt ich nawet nie zapyta, jak poszło. Ja miałam wsparcie. Również finansowe. Bez niego nie dałabym rady, bo na AWF-ie dostawałam 300 złotych stypendium za osiągnięcia sportowe. Za mało, żeby się utrzymać, trenować. Moje koleżanki rezygnowały ze sportu, po zajęciach musiały chodzić do pracy. Przetrwałam dzięki mamie i tacie. Pomagali, jak mogli, choć nigdy im się nie przelewało.

 

Sportsmenka podkreśla jednak, że jej dom w Rawiczu był pełen miłości i ciepła.

 

Dość tradycyjny. Mama zajmowała się mną i o sześć lat starszym bratem, tata był prezesem klubu speedrowerowego. Rodzice zawsze się śmiali, że powinnam być chłopcem. Wolałam połazić po drzewach albo pograć w piłkę niż skakać z dziewczynami na skakance. Lalkę miałam tylko jedną. Tata przywiózł mi ją z Niemiec, ale rzadko się nią bawiłam, bo większą frajdę dawało mi gadanie z bratem przez walkie-talkie. Byłam wysoka, dobrze zbudowana, z takimi warunkami lepiej odnajdywałam się w męskim świecie. Przyswajałam jego reguły. Nie beczałam, gdy ktoś mi dokuczał, z bratem toczyłam nieustające boje o to, kto pozmywa naczynia. Pamiętam, jak w drugiej klasie podstawówki przewróciłam na chodnik chłopaków, którzy mnie przezywali. Innego, o dwa lata starszego, zamknęłam w kontenerze na śmieci. Skończyło się wizytą jego rodziców w moim domu. Ale to były incydenty. Nie prowokowałam bójek, broniłam się tylko, gdy ktoś mnie zaatakował. Dobrze się uczyłam. Interesowała mnie geografia - zwłaszcza polityczna mapa świata, którą mogłam oglądać godzinami. Marzyłam o podróżach. To sprawiło, że wszystkie stolice, większe miasta i rzeki znałam na pamięć. Moją pasją była też ortografia. Uwielbiałam telewizyjne programy profesora Miodka, a w szkole pisałam bezbłędnie najtrudniejsze dyktanda. Ale to sport był numerem jeden.

 

Polecamy też: „Dzięki uprawianiu sportu doceniasz bardziej każdą rzecz”. Najwięksi sportowcy na okładkach VIVY!

 

Dlaczego zaczęła trenować rzut młotem?

 

Długo szukałam dla siebie miejsca w sporcie. Jako sześciolatka zaczęłam jeździć na speedrowerze. To rower bez hamulców, którym pędzisz po torze żużlowym. Najpierw byłam jedynie maskotką klubu. Brałam udział w prezentacji zawodników. Jechałam przed nimi na małym rowerku BMX z flagą naszego miasta. Z chłopakami zaczęłam się ścigać jako dziewięciolatka. Gdy się przewróciłam, jak to ja, zaciskałam zęby i jechałam dalej. Nie płakałam. Miałam 13 lat, gdy wystartowałam z męską reprezentacją w speedrowerowych mistrzostwach Europy juniorów. Byłam tam jedyną dziewczyną. Wygraliśmy! W Rawiczu był klub lekkoatletyczny. Zapisałam się do niego jako szesnastolatka. Usłyszałam, że ze względu na budowę ciała mogę próbować tylko w konkurencjach rzutowych. Zaczęłam treningi, po szkole ćwiczyłam cztery razy w tygodniu na łączce przed szpitalem w Rawiczu. Trener był odważny, ze pozwolił mi rzucać bez siatki.

 

Jak jednak sama przyznaje, sukcesy wiązały się z wyrzeczeniami na polu osobistym.

 

Na życie zabrakło czasu. Musiałam godzić zajęcia z coraz częstszymi treningami, wyjazdami na obozy, zawody, zgrupowania. Zdarzało się, że na uczelni nie było mnie trzy tygodnie, wracałam na tydzień, podczas którego nadrabiałam zaległości, i znów musiałam jechać. Czasem prosiłam wykładowcę, żeby na przykład pozwolił mi skrócić zajęcia z pływalni, bo muszę mieć siłę, by wieczorem porzucać. Z każdym rokiem było coraz trudniej. W studenckie czwartki, gdy znajomi szli na imprezę, zostawałam w akademiku, żeby się uczyć albo wyspać przez zgrupowaniem. Nieraz było mi żal, myślałam: "Kurczę, oni się bawią, a ja?".

 

Jednak, jak sama przyznaje, pokusy nigdy nie wygrywały z dyscypliną.

 

Taką mam konstrukcję psychiczną. Wiem, do czego dążę, i nic nie jest w stanie zawrócić mnie z drogi. Wyrzeczenia? Powtarzałam sobie, że wyniki w sporcie mi je wynagrodzą. Pewnie byłoby trudniej, gdybym dłużej musiała czekać na sukcesy, ale przełom przyszedł szybko. Na igrzyskach w Pekinie zajęłam szóste miejsce. Miałam 23 lata. Wtedy po raz pierwszy uwierzyłam, że mam szansę na medal, i zaczęłam przygotowania do mistrzostw świata w Berlinie. Trenowałam bez taryfy ulgowej. Na obozach dwa razy dziennie. Nie miały znaczenia gorsze dni, wiedziałam, że muszę dać z siebie wszystko. W Berlinie rzuciłam odległość 77,96 m, zdobyłam złoto i pobiłam rekord świata.

 

Anita Włodarczyk podkreśla jednak, że sukces nie przewrócił jej w głowie.

 

Trener, rodzice zawsze mi powtarzali: "Twoim celem jest wiele zwycięstw, a nie tylko jedno". Obserwowałam, jak sukcesy sportowe zmieniły niektórych kolegów. Zaniedbywali treningi, zaczynali żyć rozrzutnie, imprezować. Wiedziałam, że muszę uważać. Zwłaszcza że w 2009 roku przyjechałam do Warszawy. Mój nowy trener związany był z klubem Skra. To był trudny moment, bo nigdy wcześniej nie mieszkałam tak daleko od domu. Zaopiekowali się mną rodzice Kamili Skolimowskiej, z którą zakolegowałyśmy się krótko przed jej śmiercią. Zawsze mogłam do nich wpaść, żeby się wygadać, a pani Teresa robiła mi obiad. Od pana Roberta dostałam rękawicę, w której trenowała Kamila. Zdobyłam w niej wszystkie medale. Do dziś jest moim talizmanem. Przeszła renowację, więc jeszcze trochę wytrzyma.

 

Polecamy też: „Nie mówcie o nas, że jesteśmy dzielni”. Polacy zdobyli rekordową liczbę 39 medali na Paraolimpiadzie w Rio

Wideo

Podjęliśmy wyzwanie #1TBChallenge!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Izabela Janachowska o cudzie macierzyństwa i synku Christopherze, Dominika Tajner w pierwszym wywiadzie po rozstaniu z Michałem Wiśniewskim oraz Krystyna Demska-Olbrychska i Daniel Olbrychski o przepisie na udane małżeństwo.