Aleksander i Jolanta Kwaśniewscy, "Viva!" grudzień 2001
Fot. Jacek Poremba
Z archiwum

61. urodziny Aleksandra Kwaśniewskiego. Były prezydent o samotności władzy, o zazdrości o żonę i żalu, że ma... córkę

15 listopada 2015 13:22
Aleksander i Jolanta Kwaśniewscy, "Viva!" grudzień 2001
Fot. Jacek Poremba

Dziś 61 lat kończy Aleksander Kwaśniewski - jedyny polski prezydent, któremu udało się rządzić przez dwie kadencje.  To on ratyfikował akcesję Polski do NATO i za jego rządów zostaliśmy państwem członkowskim Unii Europejskiej. 

 

W 2004 roku  w wywiadzie z okazji 50. urodzin powiedział dziennikarce "Vivy!": 

Uważam, że przeszłością nie należy się nadmiernie zajmować. Żyję przede wszystkim tym, co ma być, co mogę jeszcze dobrego zrobić - dla siebie, ale przede wszystkim dla innych.

Życzymy mu, żeby udało mu się zrobić jeszcze wiele dobrego. I z okazji jego święta przypominamy głośny wywiad, którego udzielił "Vivie!" w roku 2000, w szczególnym momencie - gdy już w pierwszej turze wyborów został wybrany na prezydenta po raz drugi. Opowiedział w nim m.in. o samotności władzy, o życiu w złotej klatce, o tym, że królowie są mniej szczęśliwi, a także o zazdrości o żonę i dlaczego mu żal, że ma... córkę.

 

 

– Prezydent Jelcyn napisał książkę wspomnieniową, inni prezydenci też piszą. A Pan?      

To przychodzi z czasem. Gdy rozpoczynałem działalność polityczną, to byłem przeciwny pisaniu memuarów. Przecież szczerze i prawdziwie napisać nie można, a jeżeli miałoby to być pisanie „na okrągło”, to nie ma to większego sensu. Teraz rośnie we mnie chęć napisania własnej, subiektywnej wersji historii, tego, co przeżyłem. Myślę, że taka książka mogłaby być ciekawa i do napisania, i do przeczytania. 

 

Aleksander Kwaśniewski,
Fot. Paweł Żak/PORTFOLIO

Aleksander Kwaśniewski w "Vivie!" w grudniu 2000 r.

 


– Występuje u Pana talent pisarski? 
W jakiejś postaci występuje. 


– W jakiej? 
W wystarczającej, żeby zachęcić czytelnika do czytania. 


– Druga kadencja może być spokojniejsza. Znajdzie Pan czas na pisanie? 
Wątpię. Prawdziwy urlop prezydenta w przyrodzie nie istnieje. Mogę się przenieść z jednego miejsca na drugie, chodzić w kąpielówkach, ale to nie zwalnia mnie z obowiązków. Muszę w terminie podpisać ustawy, muszę zrobić to, co do mnie należy. Nie mogę tego na nikogo scedować. Taka jest między innymi różnica między mną a premierem czy marszałkiem sejmu. Ten pierwszy ma dwóch zastępców, a drugi kilku. 
I ja, i wszyscy moi koledzy, którzy w świecie pełnią podobne funkcje, mamy poczucie, że ponosząc jednoosobową odpowiedzialność żyjemy w złotej klatce. Jeździmy po ulicach tylko pod eskortą. Nawet nie możemy sami kierować samochodem. Jeżeli pojawiamy się gdzieś, to to miejsce też przecież nie jest takie zupełnie przypadkowe. Staram się leczyć z tego ograniczenia kontaktami ze znajomymi, przyjaciółmi. Od czasu do czasu wyjść z pałacu i znaleźć się w miejscu, które wpadło do głowy w ostatniej chwili. To nie jest normalne życie. Inny przykład: dla polityka na najwyższych szczeblach najtrudniejsze pytania to są takie: ile kosztuje chleb, piwo, kostka masła?


– Czego najbardziej szkoda z utraconej prywatności? 
Wszystkiego. Urząd prezydenta to jej całkowita utrata. Każdego dnia, od rana do wieczora, oglądają mnie, oceniają. Wszystkie moje ruchy muszą być jasne i czytelne, odbywają się z udziałem wielu osób. Nie ma żadnego tematu, także rodzinnego, który nie byłby publiczny: córka robi maturę, córka idzie na studia itd. Któregoś dnia nasz pies ugryzł żołnierza w ogrodzie i już jest pierwsza strona gazety z tytułem „Bestia z pałacu”. Tytuł moją sukę zachwycił, mnie mniej. 

 

Aleksander Kwaśniewski,
Fot. Paweł Żak/PORTFOLIO

Aleksander Kwaśniewski w "Vivie!" w grudniu 2000 r.

 


– Trochę prywatności jednak Panu zostaje. Wieczorem wchodzi Pan do siebie, do prezydenckich apartamentów, siada przy stole z żoną, z córką i mówi: „Słuchajcie, dzisiaj to musiałem tyle ustaw podpisać, tylu ministrów przyjąć, 100 orderów wręczyć”. 
Nie, nie! Moja żona jeszcze w czasach przedprezydenckich narzekała bardzo, że późno wracam do domu. Odpowiadałem jej: „Czy ty mnie sobie wyobrażasz, że przychodzę o godzinie 16., zdejmuję jakieś ubranie, nakładam szlafrok, kapcie, siadam przed telewizorem, oglądam wszystkie programy informacyjne i urągam politykom, jacy to oni nierozsądni, niemądrzy, niedojrzali itd.?” Odpowiedziała: „Nie, tego sobie nie wyobrażam”. Dlatego staram się, żeby nasze życie intymne było odseparowane od polityki. Nie przychodzę do domu dzielić się swoimi kłopotami, żalami. Spotykamy się wieczorem, zazwyczaj dość późno, i mówimy o sprawach domowych, o muzyce, o filmie, o sporcie. Udało mi się na przykład zrobić z córki – bo nie mam syna, a córkę – wielkiego znawcę sportu. Poza tym jest świetna w sprawach filmu, muzyki, choć w tym ostatnim wspólny język znajduje z Jolą, która też świetnie zna się na muzyce. 


– W Pana głosie zabrzmiał żal, że ma Pan tylko córkę... 
Bo mi trochę żal. 


– Chciałby Pan mieć więcej dzieci? 
Dziś żałuję, że nie mam ich więcej. Trudno, tak się ułożyły okoliczności. Trzeba pamiętać, że moja córka urodziła się w najgorszym momencie, jaki można sobie wyobrazić. To był luty 1981 roku: mleko w proszku było na książeczkę zdrowia dziecka, ser żółty odbierało się na książeczkę zdrowia dziecka, a o pampersach nikt jeszcze nie słyszał. Mieszkaliśmy w kawalerce na Ursynowie, bez mebli, więc mój ojciec pomógł nam kupić meble... ogrodowe. Świetnie spełniały swoją rolę. Z normalnych rzeczy mieliśmy łóżko dziecinne i dla siebie materac. To nie były warunki do rodzenia i wychowywania wielu dzieci. Później żona zaczęła pracować i okazało się, że ta praca ją wciąga. A później… coraz trudniej było się na to zdecydować. Później coraz większa córka mówiła, że ona chętnie miałaby braciszka, byle starszego. A to było już niemożliwe. 


– A adopcja? 
Wtedy nie stać nas było na tego rodzaju decyzje. No cóż, ale dziś wiem też na pewno, że szczęściem dla polityka jest to, że ma córkę. 

 

– Dlaczego? 
Między synem a ojcem występuje zawsze naturalna konkurencja. Między córką a ojcem nie jest ona taka ostra. Co ma zrobić syn, którego ojciec jest prezydentem? Cesarzem zostać trudno. Królem też. Nawet zostać prezydentem.
Syn polityka wpada w psychiczne tarapaty. Chce zwyciężać, choćby w innej konkurencji, na przykład szybciej jeździć samochodem, mieć więcej kobiet, umieć więcej wypić, a na koniec stać się specjalistą od narkotyków. Niestety, jest dużo przykładów na to, że młodzi ludzie w cieniu tego silnego ojca nie dają sobie rady ze swoim życiem. 

 

Aleksander i Jolanta Kwaśniewscy,
Fot. Jacek Poremba

Aleksander i Jolanta Kwaśniewscy w sesji dla "Vivy!" w grudniu 2001 roku

 


– Ale z drugiej strony w mężczyźnie, ojcu, kiedy córka staje się już kobietą i zaczynają się pojawiać choćby potencjalni adoratorzy, rodzi się taka myśl: rywal chce przyjść i zabrać moją cudowną dziewczynkę. Nie przeżywa Pan takich rozterek? 
Jeszcze tego nie odczuwam. Choć pamiętam, że kiedy ja starałem się o moją obecną żonę, to przeżywałem wielkie trudności. Pamiętam mojego teścia, który straszliwie to wszystko komplikował, moralizował, utrudniał. Myślałem wtedy sobie: „Ojej, jak ja będę się kiedyś tak zachowywał w stosunku do własnej córki, to znaczy, że zwariowałem”. Ale teraz, po 23 latach, weryfikuję tamten swój osąd. Co zrobić, wszyscy dojrzewamy, niech będzie, wszyscy się starzejemy. 

 

– Mówił Pan, że być może przyjdzie taki moment, w którym, podobnie jak Pana teść, zacznie Pan się niepokoić o los swojej córki, a może nawet będzie o nią zazdrosny. A czy jest Pan zazdrosny o swoją żonę? 
Tak. Ale mam do niej pełne zaufanie, nie mam powodów do szczególnej zazdrości. Nie jestem też zazdrosny o jej popularność. 


– Nie o to chodzi. Sporą część dnia spędzacie osobno. Pani Prezydentowa spotyka się z elokwentnymi, bogatymi, inteligentnymi i przystojnymi mężczyznami. Czy to Pana nie niepokoi? 
Nie, nie niepokoi. Odwrotnie, mam poczucie, że nasze małżeństwo właśnie przeżywa w tej chwili najlepszy okres. Myśmy nigdy nie byli tak blisko ze sobą. Wcześniej zazwyczaj ona robiła swoje, ja robiłem swoje. Nigdy w naszym życiu nie było tak, że większość ważnych rzeczy robimy wspólnie. Każdą wizytę, większość dużych przedsięwzięć, w których uczestniczymy, przeżywamy razem. My nigdy nie byliśmy tak zakochani w sobie, jak teraz. 


– Czyli Polacy, wybierając Pana na drugą kadencję, bardzo wsparli Pańskie małżeństwo? 
Na pewno. To też jest specyfika miejsca, w którym się znaleźliśmy. Samotność związana ze sprawowaniem tego urzędu, choćby ze względu na odpowiedzialność, jednak musi być jakoś kompensowana. I taką naturalną, najlepszą formułą jest dobre, kochające się małżeństwo. 

 

Aleksander Kwaśniewski z żoną i córką
Fot. Damazy Kwiatkowski/Kancelaria Prezydenta

Aleksander Kwaśniewski z żoną i córką Olą podczas pierwszej Wigilii w Pałacu Prezydenckim

 

 

– Kawalerowi trudniej byłoby być prezydentem? 
Absolutnie. Oprócz tego, o czym już mówiłem, trudnością byłyby też względy protokolarne. Samotny prezydent powoduje dziesiątki kłopotów – jakaś kobieta musi mu towarzyszyć. Na przykład prezydent Islandii jest wdowcem (Ólafur Ragnar Grímsson nadal pełni tę funkcję - przyp.red.), więc towarzyszy mu córka. Poprzedniemu prezydentowi Litwy (mowa o Algirdasie Brazauskasie - przyp.red.) towarzyszyły na zmianę dwie córki – bliźniaczki. Były tak podobne, że nie sposób było wiedzieć, z którą się ma do czynienia. Jedna była lekarzem, a druga naukowcem. Więc ja zaczynałem: „A ty wracz?” Ona na to: „Wracz”. No, jak „wracz”, to już wiemy, z kim mamy do czynienia. A z kompletnym kawalerem nie wiadomo co zrobić. W protokole dyplomatycznym nie ma formuły narzeczonych, pań serca, przyjaciółek, konkubin. Szczególnie przez tradycyjne pary, na przykład królewskie, to nie jest akceptowane. Poza tym kawaler-prezydent kończy ciężki dzień pracy, wchodzi do swoich apartamentów i jest sam jak palec w ogromnych pokojach. Pamiętam pierwsze swoje doświadczenia. Żona mi mówi, żebym przyniósł coś do picia. W końcu przyniosłem, ale zapytała mnie, czemu trwało to tak strasznie długo. Powiedziałem wtedy: „Kochanie, jak mi mówisz: »Pójdź zrobić coś do picia«, to jakbyś w starym mieszkaniu powiedziała mi: »Pójdź do garażu«”. 

 

– Wielokrotnie wspomina Pan o samotności sprawowania władzy. Czy w życiu osobistym bywa Pan też samotny? 
Kiedy dochodzi do decyzji bardzo ważnych, dotyczących państwa czy własnego losu, to jest się z tym samemu. Zbyt wygodnie, a nawet nieuczciwie byłoby podzielić się tą odpowiedzialnością. Musiałbym potem powiedzieć: „Kandyduję, bo żona mi kazała, bo stryj powiedział, bo koledzy...” Trzeba w pewnym momencie przystanąć na długim spacerze i zadać sobie pytanie: „Robić to czy nie robić?”. I samemu sobie odpowiedzieć. 


– Czy zdarzyło się Panu nie spać z powodu jakichś perturbacji politycznych? 
Jasne, że tak. Sen jest funkcją stresu, który przeżywam. To są takie noce, kiedy ten polityczny film kręci mi się w głowie cały czas. Już mam wrażenie – we śnie – że podjąłem decyzję. Po chwili śni mi się, że to zła decyzja. Budzę się zdenerwowany, spocony. Na szczęście okazuje się, że to tylko sen. 


– A premier Buzek (Jerzy Buzek, szef rządu w latach 1997-2001 - przyp.red.) śnił się Panu? 
Zapewne. Śnią mi się bohaterowie różnych ważnych wydarzeń, toczymy jakąś debatę, toczą się rozmowy. Stwierdziłem też, że kiedy w ciągu dnia uczestniczyłem w ważnym wydarzeniu międzynarodowym, to we śnie rozmawiam po angielsku, po niemiecku. To jest dość zabawne. 
Każdy polityk, który przejmuje się swoją pracą, musi znaleźć się w podobnej sytuacji. Jak ktoś mówi, że zasypia jak kamień, to albo kłamie, albo w ogóle nic go nie obchodzi to, co robi. 

 

– A wracając do życia w tej pozłacanej klatce... 
Złotej. To jest naprawdę urząd o ogromnym znaczeniu. Może nawet nie tyle znaczeniu ustawodawczym, stricte konstytucyjnym, ale jako punkt odniesienia dla Polaków i dla zagranicy. To stąd płyną albo sygnały o spokoju, stabilności, normalności, albo o niepokoju, rozchwianiu. Być prezydentem to naprawdę najwyższy honor w Państwie Polskim i stąd żadna pozłacana, tylko złota. 

 

Aleksander Kwaśniewski,
Fot. Sławomir Kamiński

Aleksander Kwaśniewski w "Vivie!" w listopadzie 2004 roku

 

 

– Panie Prezydencie, spotyka Pan polityków, głowy państw z wyboru demokratycznego i równocześnie spotyka Pan równie ważnych ludzi z „wyboru boskiego” – książęta, królów. Oni się czymś różnią? 
Różnią się. W moim przekonaniu są to ludzie mniej szczęśliwi. 

 

– Ci z „boskiego rozdania”? 
Tak. Sprawowanie mandatu z woli narodu daje niesamowitą siłę i poczucie własnej wartości, sensu tego, co się robi. Monarchia, podobnie jak dyktatura, tego nie ma. Poza tym system demokratyczny pokazuje jakiś początek i koniec. Nie jest wyrokiem na całe życie. W tym jest głęboka mądrość. 

 

– Czyli nie ma czego zazdrościć królom? 
Nie, nie, absolutnie. To pokazują setki lat różnych monarchii, jak to jest trudne. Nie chcę tu popełnić żadnej gafy dyplomatycznej, ale przecież ten system jest niesamowicie wyniszczający kontakty ludzkie. Następca czeka na śmierć rodzica. A jak wiadomo wydłuża się średnia wieku na świecie. Czy można nie wpaść w niecierpliwość?

 

– A czy, Pańskim zdaniem, to jakaś inna rasa – królowe i królowie? 
W sensie ludzkim absolutnie nie. To ludzie w kontaktach bezpośrednich nadzwyczaj sympatyczni, dlatego, że nikt z nich nie musi nic udawać. Już dużo gorzej jest po stronie wybranych demokratycznie. Bo część demokratycznie wybranych liderów chce odreagować własne kompleksy, być bardziej znaczącym, piękniejszym, mądrzejszym. 
Monarchowie i książęta tego nie mają. Wszystko jest zapisane w drzewie genealogicznym. Na przykład taka historia z królem Norwegii Haraldem Olafem V. Podczas wizyty króla w Polsce byliśmy razem na kolacji. Rozmawiam z jego żoną, królową Sonią, która – to też ciekawe – nie ma pochodzenia arystokratycznego i w rozmowie okazuje się wykwintną znawczynią win. A jej mąż, król, mówi do mnie: „No to, panie prezydencie, zjedzmy coś”. Ja na to: „Co wasza królewska mość proponuje?” „Śledzie”. Śledzie? „Dobrze”, mówię i pytam: „A czego się napijemy?” Na to król: „Aquvit” (kminkowa wódka). Mamy już tego śledzia, mamy Aquvit. Pytam więc: „A czym wy w Norwegii to popijacie?” A król mi na to: „Tylko piwem”. Niesamowity związek! Król, krew z krwi, ciało z ciała kolejnych pokoleń królów Norwegii, który mówi, że teraz zjemy śledzia, napijemy się wódki i popijemy piwem. A ona, bez królewskich genów – wybitny znawca win. To pokazuje, że monarchowie są całkowicie normalnymi ludźmi. 

 

– I nie ma z nimi nigdy problemów? 
Czasem są... Ot, choćby przy okazji ślubu następcy tronu Belgii z księżniczką Matyldą, z pochodzenia Polką. Dowiedziałem się, że należy tam wystąpić w żakiecie. łatwo powiedzieć „żakiet”, ale nikt z nas w szafie żakietu nie ma. Zaczęliśmy poszukiwania i ustaliliśmy, że żakiet ma być czarny ze sztuczkowymi spodniami. Ale kto to potrafi uszyć? Ktoś skierował mnie do pana Turbasy w Krakowie, jednego z najbardziej uznawanych w Polsce „krawców na miarę”. A ten bardzo sympatyczny starszy pan mówi do mnie: „Panie prezydencie, żakiet nie może być czarny, tylko marengo, zgodnie z angielską szkołą, bo żakiet to pomysł Brytyjczyków, a frak – Francuzów. A do żakietu to musi być koszula biała, perłowa kamizelka jednorzędowa, spodnie takie, buty – żadne lakierki, tylko normalna błyszcząca skóra i jakieś tam rękawiczki, do tego w kolorze”. 
Dobrze. żakiet został uszyty, w przeddzień ślubu przyjeżdżamy do Brukseli, a tu w polskiej ambasadzie coś przebąkują, że powinien być czarny. Mówię: „Trudno, już nic nie zmienię, przecież nie będę pastował żakietu”. Jedziemy do katedry. Moja żona, jak zwykle w takich sprawach bardzo spostrzegawcza, mówi: „Słuchaj, jest dobrze, pan Turbasa miał rację, wszyscy idą jak wojsko w marengo”. Czuję się świetnie, bo wiem, że jestem ubrany jak trzeba. Wszyscy jak jeden mąż ubrani, jak od mistrza z Krakowa. Ale potem, na aperitifie w pałacu królewskim, patrzę... jest jeden dziwny facet. Po pierwsze ma żakiet czarny. Po drugie jakąś lamówkę, której żadne wzory nie przewidywały. Po trzecie nie ma koszuli białej, tylko biały kołnierzyk i koszulę niebieską w paski. Po czwarte nie ma krawata srebrnego, tylko modry. Po piąte ma kamizelkę na dwa rzędy guzików. No i jeszcze na sam koniec, to po szóste, nie ma normalnych czarnych butów, tylko jakieś takie z przodu lakierki. Patrzę na niego i myślę, że trudno, po prostu znalazł się taki jeden. Gdyby nie fakt... to książę Karol. Do dziś nie rozstrzygnąłem problemu tego żakietu. I nie wiem, jaki jest obecny obowiązujący klasyczny styl brytyjski. 

 

Aleksander Kwaśniewski,
Fot. Witold Krassowski

Aleksander Kwaśniewski w "Vivie!" w marcu 2006 roku

 

 

– W dzieciństwie czytał Pan baśnie z królami, książętami? 
Jak każdy. 


– To byli Pańscy bohaterowie? 
Nie, byłem republikaninem. 


– A z jaką postacią literacką się Pan utożsamiał? 
W młodości wielkie wrażenie robili na mnie „Chłopcy z Placu Broni” i – co by nie mówić – „Timur i jego drużyna”. Każdy z nas chciał być Timurem. Później postaci z Sienkiewicza. Ale to, co mnie wyróżniało w klasie, to była estyma dla Prusa. Uważam Prusa za pisarza wybitnego, choć moi kumple uważali go za ostatniego nudziarza. Nie lubiłem tylko Izabeli Łęckiej – zbyt cynicznie traktowała uczucia mężczyzny.

 

– A poezja? Czy Prezydent sam kiedyś pisał wiersze? 
Pisałem, ale były to raczej wiersze satyryczne. 


– Romantycznych nie? 
Nie, właśnie nie. Nie wiem, czemu, ale uczucia romantyczne, miłosne, które wyrażałem szczególnie do mojej żony, to raczej była proza, taki wiersz biały. 


– Ogląda Pan polskie produkcje filmowe? 
Staram się je oglądać na wideo. Na przykład obejrzałem z wielkim zainteresowaniem „Dług”, także dlatego, że jest związany z autentyczną sprawą ewentualnego ułaskawienia czy przynajmniej zmniejszenia kary dla pierwowzorów bohaterów filmu. Z radością zawsze oglądam filmy robione przez Juliusza Machulskiego, z którym jestem od lat zaznajomiony. 

 

– A polskie seriale w telewizji? 
Tu jestem całkowicie bezradny, ale mam takie wewnętrzne usprawiedliwienie, że skoro nie mogę oglądać każdego odcinka, to muszę zrezygnować z nich całkowicie. Chociaż... czasami, jak mamy wolne, włączamy telewizor, na przykład na „Klan”. To samo dotyczy „Złotopolskich”. No i cieszę się, że występują w nich dobrzy aktorzy. To ogromnie różni nasze seriale od tych wszystkich południowoamerykańskich.
O! A wczoraj obejrzałem „Zaklinacza deszczu” Coppoli, do którego w ogóle mam nabożny stosunek. Naprawdę dobry film. Historia młodego adwokata broniącego prawa matki, której syn umarł na białaczkę, wobec kompanii ubezpieczeniowej. Bardzo zresztą dla Polski ciekawy z dwóch względów. Po pierwsze, żeby patrzeć na ręce towarzystwom ubezpieczeniowym. Po drugie, że mówi sporo prawdy. Dzisiaj podjąłem dyskusję z moim przyjacielem Ryszardem Kaliszem na temat adwokatów. Takie filmy warto oglądać. 

 

Aleksander i Jolanta Kwaśniewscy,
Fot. Jacek Poremba

Aleksander i Jolanta Kwaśniewscy w sesji dla "Vivy!" w grudniu 2001 roku

 

 

– Czy jest Pan mądry? 
To jest złe pytanie. 

 

– Brnijmy w to jednak. Czy jest Pan mądry? 
Tak. Brzmi to oczywiście nieskromnie i źle. Nie wiem, jak to oceniają inni. Polska, niestety, żyje w pewnym terrorze: wyjątkowo nieelegancko jest mówić o sobie dobrze. 

 

– Pan jednak zdobył się na szczerość i powiedział nam, że jest mądry. 
Nie można poddawać się terrorowi. 

 

– Dobrze Pan znosi żarty na swój temat? 
Jeżeli są z wdziękiem, to tak. Nie bolą mnie przezwiska: Kwas, Kwach itd. albo żarty z mojej wagi. Akceptuję siebie i uważam, że mężczyzna, który zbyt wiele zastanawia się nad własną urodą, traci cechy męskie. 


– Nic nie chciałby Pan zmienić? 
Oczywiście, że nie, bo i tak jest to niemożliwe. Nie będę robił żadnych operacji plastycznych. 


– Czy zmienia się Pański sposób reagowania na kampanijny stres? 
Ja się zmieniam. Mam więcej poczucia własnej siły, wartości i wiem lepiej, co ludzie o mnie myślą. W tej kampanii oczywiście ataki też były, ale one już mniej bolą. Trening czyni mistrza i przeżycie iluś takich sytuacji powoduje, że człowiek się uodparnia. Przez pięć lat prezydentury objechałem kilkaset miejscowości w Polsce, spotkałem się z kilkoma milionami ludzi. Odczuwałem życzliwość, sympatię, gotowość do rozmowy, wsparcie. Jestem przekonany, że jestem unikatowym w Polsce politykiem – nikt po pięciu latach sprawowania tak ważnego urzędu nie ma takich doświadczeń i takiego poparcia. To daje niesamowite poczucie satysfakcji, ale i siły. 


– Nie brał Pan pod uwagę możliwości, że może przegrać? 
Nie mogłem przegrać. 

 

Aleksander Kwaśniewski,

Aleksander Kwaśniewski w bibliotece prezydenckiej, "Viva!" grudzień 2000


 

– Niebywała pewność siebie. Skąd ona? 
To było naprawdę pięć lat dobrze wykonywanej, ciężkiej pracy. Znowu brzmi to nieskromnie, ale trudno, to prawda. Było tylko pytanie, czy wygram w pierwszej, czy drugiej turze. Postawiłem sobie za cel pierwszą rundę. 

 

– Ma Pan jakiś sposób, żeby mu woda sodowa do głowy nie uderzyła? 
Niezawodny. Po prostu trzeba stać twardo na ziemi i nie dać się uwieść żadnym pochlebcom, nigdy nie wpaść w przesadę. Nigdy nie uwierzyć, że człowiek jest tak zły, jak mówią o nim krytycy, ale nigdy też nie jest tak dobry, jak mówią o nim pochlebcy.

 

– Sentencja bardzo piękna, ale wygrał Pan te wybory bardzo łatwo i jest Pan narażony na uderzenie wody sodowej.
Są ludzie, którzy są bardziej stabilni. I są ludzie mniej stabilni. Ja jestem bardzo stabilny.
15 lat mojej działalności publicznej pokazało, że nie grozi mi tego rodzaju dolegliwość. Że po prostu robię to, co trzeba, co należy, nie zabiegam o przesadną popularność. Bardzo precyzyjnie dozuję swoją obecność w telewizji, w radiu, wszędzie.

 

– A powrót do SLD i ponowne przywództwo tej partii?
Proszę tym nie straszyć Leszka Millera, który świetnie sobie radzi, choć wiem, że to ulubione zajęcie dziennikarzy. Nie ma o tym w ogóle mowy. A co będzie w przyszłości – nie wiem. Raczej nie wyobrażam sobie powrotu do działalności stricte partyjnej.


– Po prezydenturze może wróci Pan do jakichś młodzieńczych marzeń? Kim Pan chciał być? 
Architektem. Jednak w czasach, kiedy chciałem zdawać na architekturę, obowiązywała zasada, że architekt musi umieć pięknie rysować, a tej manualnej umiejętności nie mam. Przepadło. Może teraz, w życiu prywatnym, tę pasję odgrzeję i zaprojektuję nasz poprezydencki dom? 

 

Rozmawiali:
Katarzyna Olkowicz, Jacek Rakowiecki, Piotr Najsztub

 

Wideo

Zobaczcie 12 najgorętszych trendów na wiosnę 2020!

Akcje

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

„Ciąża Małgosi to ukoronowanie tego, o co walczyliśmy”, mówi RADOSŁAW MAJDAN i nie ukrywa, że z powodu epidemii on i jego żona są pełni obaw. LESZEK MILLER z wnuczką MONIKĄ o tym, jak dziś wygląda ich życie po bolesnej stracie syna i ojca. Legendarny aktor WITOLD SADOWY niedawno skończył sto lat i zdobył się na niezwykle szczere wyznanie. „Widziałam, jak czai się śmierć” – ELISABETH REVOL wspomina ostatnie chwile z TOMKIEM MACKIEWICZEM podczas wspinaczki na Nanga Parbat.