URODZINY GWIAZD

Ewa Chodakowska o mężu: „To moja największa inspiracja”

Trenerka obchodzi dziś 38. urodziny!

redakcja VIVA! 24 lutego 2020 14:03

Sympatii tłumów Ewie Chodakowskiej może pozazdrościć niejedna gwiazda! Najpopularniejsza trenerka Polek już kilka razy gościła na łamach VIVY! i za każdym razem wzbudzała nie lada zainteresowanie. Czy pamiętacie sesję, na której wystąpiła w objęciach - wtedy jeszcze - narzeczonego Lefterisa Kavoukisa? Było naprawdę gorąco! Dziś trenerka obchodzi swoje 38. urodziny. Z tej okazji przypominamy jej pierwszy wywiad dla naszego magazynu z 2013 roku. Jak opowiadała Aleksandrze Kwaśniewskiej o początkach kariery i miłości?

Jak myślisz, co masz w sobie takiego, że Polki zareagowały na Ciebie tak pozytywnie?

To, co robię, jest moją ogromną miłością, pasją, dzięki której fruwam na co dzień. Budzę się i zasypiam szczęśliwa. Kiedy mieszkałam w Grecji i prowadziłam swoje studio fitness, pracowałam z klientkami różnych narodowości i odmiennych mentalności. Wszystkie były zachwycone tym, co wspólnie robimy. Pomyślałam, że skoro zmotywowałam i uszczęśliwiam towarzystwo multikulturowe, to może powinnam też taką minirewolucję zrobić w naszym kraju. Wtedy założyłam profil na Facebooku. Moje posty zawierały prosty przekaz: Jak zacząć, jak wytrwać i jak czerpać przyjemność z aktywności fizycznej. Obiecywałam, że pomogę, że będę motywować i że będę na każde zawołanie. Chciałam, żeby tylko spróbowały. Zależało mi, żeby kobiety zaczęły postrzegać sport jako formę rozpieszczania ciała i umysłu. Dziewczyny zaczęły pisać, a ja odpisywałam. Wysyłałam programy treningowe i czekałam na efekty. Te były zdumiewające! Byłam zasypywana wiadomościami przepełnionymi entuzjazmem oraz widocznymi metamorfozami: „Wiesz, Ewka, to działa, przekonałaś największego lenia do pracy nad sobą!”. „Moje ciało się zmieniło, co więcej, świetnie się czuję sama ze sobą, polubiłam siebie”. Dostałam skrzydeł! Nabrałam poczucia, że to, co robię, ma sens. Moim dodatkowym wyzwaniem i silnym bodźcem do działań były również wiadomości od kobiet nieszczęśliwych, które straciły nadzieję na lepsze jutro, przestały w siebie wierzyć. Potrzebujące rozmowy i atencji, wołały o pomoc, marzyły o zmianie nie tylko ciała, ale samych siebie i swojego życia. Zapewniałam je, że tym razem się uda, musiały tylko uwierzyć, że i one zasłużyły na szczęście, mają do niego prawo. Te kobiety mi zaufały.

Zawsze miałaś w sobie potrzebę dawania?

Tak. Od zawsze. Bardzo dużo dostałam od swojej rodziny, dlatego „podaję dalej”. Dawanie sprawia mi przyjemność. Poczucie, że otaczam się ludźmi szczęśliwymi, i mnie czyni szczęśliwą. Odkąd pamiętam, ludzie otwierali się przede mną, siadałam i słuchałam. Kochałam ten moment, kiedy na twarzy rozmówcy rysowała się nadzieja, słyszałam słowa wdzięczności i miałam poczucie, że ta rozmowa na coś się zdała. Czułam się potrzebna. To dlatego wybrałam tę profesję. Kiedy poznałam swojego narzeczonego, znanego w Grecji trenera, przyglądając się jego pracy, zrozumiałam, że ten zawód łączy moje dwie największe pasje: motywowanie ludzi do zmian na lepsze i aktywność fizyczną. Takie proste.

Brzmi prosto, ale droga z Twoich rodzinnych Bieszczad do Grecji była bardzo kręta.

To prawda. Urodziłam się w najpiękniejszym mieście na Ziemi – Sanoku. Moja rodzina to bogactwo miłości. Rodzice zawsze wpajali mi najważniejsze wartości – szanuj ludzi, pomagaj, traktuj innych tak, jak byś sama chciała być traktowana, nie oczerniaj, nie zazdrość. Moje rodzeństwo – dwie siostry i  brat – to moi najlepsi przyjaciele. Dużo starsi ode mnie, są moim wsparciem i często głosem rozsądku (śmiech). Życie w Sanoku nauczyło mnie zauważać drugiego człowieka. Tam czas zwalnia. Jeździ się na działkę, do pszczół, spaceruje, rozmawia się z ludźmi. Nikt nie mija cię na ulicy anonimowo. Czujesz się bezpiecznie.

To dlaczego stamtąd wyjechałaś?

Nie potrafiłam jeszcze docenić magii tego miejsca. Dzisiaj za nim tęsknię i chętnie wracam, ale wtedy nie mogłam się doczekać, kiedy skończę liceum i wyjadę na studia. Tak też zrobiłam i bardzo długo szukałam swojego miejsca. Mieszkałam w Warszawie, w Poznaniu, w Londynie, w Atenach i wciąż nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Rodzice mieli pełną świadomość tego, że mają córkę, która jest niespokojnym duchem. Zdarzało mi się słyszeć: „Dziecko, co z ciebie wyrośnie?”. Analogicznie do piosenki o Kulfonie (śmiech). Tym bardziej, że podejmowałam się różnych kierunków studiów. Moim faworytem od zawsze był AWF, niestety, wizja bycia trenerką zdawała się mało ambitna. Wiedziałam, że stać mnie na więcej! Czułam, że muszę sobie coś udowodnić i zabrać się za dziedzinę, która będzie wymagała ode mnie kreatywności, która będzie dla mnie wyzwaniem. Na fali trendu wybrałam stosunki międzynarodowe. Po pierwszym roku przerwałam studia, będąc już pewna, że to nie to. Zrozumiałam, że muszę eksplorować zainteresowania, aż w końcu znajdę swoją drogę. Żeby nie marnować czasu, zdecydowałam się doszlifować język obcy. Wylądowałam w Londynie w szkole językowej. To był chyba najcięższy okres w moim życiu, bo po raz pierwszy czułam się naprawdę obca. Bezpieczeństwo „sanockiego świata” nabrało innego wymiaru. Po dwóch latach wróciłam do Polski zgaszona, wciąż nie odnajdując tego, czego szukałam.

A czego dokładnie szukałaś?

Miłości. Takiej bezwarunkowej miłości do tego, co robię. Poczucia, że moja praca jest pasją, przyjemnością, która nigdy nie zmęczy.

I w Grecji znalazłaś w końcu receptę na szczęście.

Tak. Pierwszy raz poleciałam tam po powrocie z Londynu, bo deficyt słońca mocno dał mi się we znaki. Kiedy wróciłam, rodzina namówiła mnie, żebym pojechała do Grecji raz jeszcze „naładować akumulatory”. Wcześniej mieszkały tam moje siostry, tata uwielbiał spędzać tam wakacje. Pomyślałam, że może warto w końcu skupić się na tym, co naprawdę lubię. Znalazłam w Atenach akademię pilates i poleciałam ją ukończyć. To był ten moment, kiedy zrozumiałam, jak bliska jest mi aktywność fizyczna. Po raz pierwszy czułam się jak ryba w wodzie, chłonęłam każde słowo, trenowałam po kilka godzin dziennie. Niestety, wciąż nie widziałam siebie w roli trenera. Obraz tej profesji kojarzył mi się z pracą nad ciałem, a mnie gdzieś brakowało w tym wszystkim człowieka. Nauka na akademii trwała rok. Wróciłam do Polski i zdecydowałam, że czas „dokarmić” duszę. Chodziłam na wystawy, do teatru, zaczęłam interesować się sztuką. Wymyśliłam sobie, że to okres mojego odrodzenia. Wybrałam drogę fotografii i studia w Wyższej Szkole Filmowej. Każdy dzień intrygował i przynosił coś ekscytującego, ale czułam, że wypruwam się emocjonalnie. Dawałam z siebie wszystko i całkiem nieźle mi to szło, ale ogromnym kosztem. Byłam taką elektrownią, do której każdy chciał się przytulić: „Ewka, potrzebuję twojej energii”. Eksploatowałam mocno swoje pokłady, dlatego po roku znów wyleciałam na wakacje do Grecji. Tam poznałam swojego partnera i już nie wróciłam. Moje życie samo napisało scenariusz, a ja dałam się tylko ponieść.

Jak poznałaś swojego narzeczonego?

Mój znajomy na jednej z wysp prowadził beach bar. Prosto z portu, nie zważając na zmęczenie, wparowałam na plażę. Była piąta rano, miejsce wciąż tętniło życiem, a powietrze pachniało beztroską. Pierwszą osobą, na jaką wpadłam, był brat właściciela lokalu, mój Lefteris. Od tamtej pory pojawiał się na mojej drodze wielokrotnie, ale poza przyjacielskim „cześć” nie podejmowaliśmy żadnej rozmowy. Zafascynowana wyspą, biegałam z aparatem w ręce i, nie zważając na kompletny brak talentu, fotografowałam dosłownie wszystko. Aż któregoś dnia zrobiłam przypadkiem zdjęcie właśnie Lefterisowi. Spojrzałam na wyświetlacz i po raz pierwszy pomyślałam: Jaki fajny facet. Podeszłam do niego, mówiąc: „Złapałam cię”, i czas jakby stanął w miejscu. Nie mogliśmy przestać rozmawiać. Poczułam, że spotkałam swojego człowieka. Lefteris to moja największa inspiracja. Człowiek o ogromnym sercu, nieskończonej cierpliwości, dojrzały i mądry. Mój osobisty anioł stróż. Nie mogłam uwierzyć, że jest trenerem personalnym. Patrzyłam na niego i wiedziałam, że chcę być właśnie taka jak on. Pomagać, wspierać, inspirować. Tym razem podjęłam naukę w college’u sportowym z pełną świadomością przyszłej profesji.

Jak przyjęła Cię grecka rodzina?

Z otwartymi ramionami. Rodzice Lefterisa pokochali mnie, nazwali swoją córką. Problem pojawił się dopiero, kiedy postanowiłam wrócić do Polski, zostawiając Lefterisa w Atenach. Usłyszałam wtedy od jego mamy, że kobieta, która kocha swojego mężczyznę, nigdy nie wyjeżdża. Moje tłumaczenia na nic się zdały. Tylko czas mógł pokazać, że nasze rozstanie nie wynika z braku miłości, lecz z potrzeby podążania własną drogą. Po ostatniej rozmowie z ojcem Lefteris podszedł do mnie i powiedział: „Mój tata kazał ci przekazać, że jest z ciebie bardzo dumny. W kółko powtarzał, że Mała wiedziała, czego chce, i wiedziała, co robi”. Udało się.

Myślisz, że Twój sukces to zasługa skutecznego planu treningowego czy Twojej zdolności przekonywania?

Ewa Chodakowska: Myślę, że to kwestia holistycznego podejścia do człowieka. W mojej metodzie treningowej nie chodzi tylko o ciało. Musisz mieć kogoś, kto cię zmotywuje, pociągnie za rękę, kto powie ci: „Wytrzymaj jeszcze! Tobie też się uda!”.

Nauczyłaś się tego na własnym przykładzie?

Nigdy nie borykałam się z problemem nadwagi. Trenuję od zawsze. Nie odczułam na swojej skórze, jak to jest walczyć o samoakceptację, ale doskonale wiem, jak istotne jest czuć się dobrze w swoim ciele. Kiedyś sama byłam zagubioną osobą, która szukała na siebie pomysłu, szczęścia, partnera, celu. Trzeba uwierzyć w swój potencjał. Przecież każda z nas ma w sobie wewnętrzną, potężną moc, która pomaga przezwyciężać słabości. Tę moc można wydobyć przez trening fizyczny. W trakcie treningu przychodzi moment kryzysowy. Umysł mówi „dość”. Kiedy przezwyciężasz ten moment, okazuje się, że ty możesz więcej, niż podpowiada ci twój umysł. Rośniesz nie tylko w siłę fizyczną, ale też mentalną. Trening rodzi satysfakcję, że zrobiłaś coś dla siebie, że przeskoczyłaś na kolejną poprzeczką. Po miesiącu widzisz pierwsze efekty, one motywują cię do dalszego działania i motywują kolejne osoby w twoim zasięgu. Nabierasz świadomości, że ten trening jest przede wszystkim dla dobrego samopoczucia. Czujesz się dobrze sama ze sobą, niwelujesz stresy, resetujesz negatywne emocje, podnosisz poziom endorfin. To wszystko daje ci poczucie, że dzisiaj jesteś lepsza od tej, którą byłaś wczoraj.

Jakim cudem zdziałałaś tyle w ciągu roku, będąc zupełnie świeża na rynku?

Wróciłam do Polski, weszłam dosłownie z ulicy do magazynu „Shape” i przedstawiłam się naczelnej. Przez godzinę nie przestawałam gadać. Chciałam zrobić serię treningów, które można byłoby publikować co miesiąc. Ówczesna naczelna patrzyła na mnie z zaciekawieniem i zaproponowała mi, żeby nagrać ten materiał, a nie bawić się w ćwiczenia na kartce. Kupowała jeszcze kota w worku, bo tak naprawdę nie wiedziała o mnie nic. Nie miałam wtedy jeszcze swojej strony na Facebooku, więc powiedziałam jej, że założę swój fanpage i w ciągu kilku dni uzbieram pięć tysięcy „polubień”. I tak się stało. Oprócz tego obiecałam, że ich fanpage, który liczył wtedy dokładnie 237 osób, w przeciągu dwóch dni będzie miał dwa tysiące. I to też jej udowodniłam. Moja płyta stała się bestsellerem już w pierwszym miesiącu.

Wideo

Zobaczcie 12 najgorętszych trendów na wiosnę 2020!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

BEATA TADLA: „Obiecaliśmy sobie z Rafałem, że nie będziemy opowiadać o naszym związku w mediach. Rafał nie jest osobą publiczną”. Dlaczego SZYMON MAJEWSKI mówi o sobie: „dożywotni maminsynek”? Aneta Hickinbotham produkowała głośną „Ostatnią rodzinę”, nominowane do Oscara „Boże Ciało” i pracowała przy filmie „Troja”. Dlaczego została producentką, a nie… lekarzem? A także oscarowe zaskoczenia i karnawałowe szaleństwo w Rio.