TYLKO U NAS!

Jej obrazy można kupić w galeriach na całym świecie! Jak wygląda życie Ewy Bathelier?

„Kobieta silna i walcząca może być jednocześnie kruchą baletnicą”, mówi

Olga Figaszewska 29 grudnia 2018 06:55
Ewa Bathelier, Viva! 26/2018
Fot. Piotr Stokłosa

Pracuje z galeriami na całym świecie: w Europie, USA, Ameryce Południowej, Australii jako „Francuska polskiego pochodzenia”. Beacie Nowickiej opowiedziała o swoim niezwykle barwnym życiu. Urodziła się w Warszawie, tu na UW skończyła… medycynę, ale od dziecka uwielbiała rysować, wszyscy zachwycali się jej rysunkami. Obydwoje rodzice Ewy Bathelier byli lekarzami, dziadek również, poza tym w tej barwnej rodzinie przewijali się muzycy, adwokaci, aktorki. Tradycje, jakie jej przekazywali rodzice, szczególnie matka, która pochodziła z arystokratycznej linii Siła-Nowickich, działały na jej wyobraźnię.

Była jedynaczką, całe dnie siedziała w domu z nianią. Takie typowe dziecko samotnie spędzające czas. Sama szukała sobie ciekawych zajęć, na przykład wyciągała z półek ciężkie albumy z malarstwem, godzinami wpatrywała się w obrazy Witkacego i Matejki. Studiowała każdy szczegół, każde pociągnięcie pędzlem, ułożenie światła, kolorów. Nawet narzędzia medyczne ojca, który był chirurgiem, wydawały się jej fascynujące. Do dziś pamięta sztuczne kolana, ręce, które ojciec dostawał z zagranicy, a ona z tego konstruowała swoje „rzeźby”. Pod stołem budowała scenę teatralną i wystawiała spektakle. Cały czas coś tworzyła. Była bardzo kreatywna.

Przyjaciele nie mówili Pani: „Ewa, rzuć medycynę, zajmij się sztuką?

Nie, takich rozmów nie prowadziłam. Koncentrowałam się na medycynie, bo to jednak były ciężkie studia, ale w wolnych chwilach cały czas rysowałam. Po pierwszym roku, jako biedna studentka z Polski zgłosiłam się do organizacji katolickiej z Paryża, która pośredniczyła w szukaniu pracy dla opiekunek we francuskich rodzinach. Przez zupełny zbieg okoliczności trafiłam fantastycznie do domu młodego księcia de Montaigu. Książę miał troje dzieci, a ja nie miałam zielonego pojęcia o dzieciach, ale jakoś się nimi zajmowałam.

Po raz pierwszy w życiu zobaczyłam przepiękne mieszkanie w najbardziej luksusowej, XVI dzielnicy Paryża urządzone z niesamowitym smakiem i z artystycznym zacięciem. Książę interesował się sztuką, więc meble pochodziły od najlepszych desingerów świata, a ogromny hol był wytapetowany plakatami najważniejszych paryskich wystaw. Byłam tym zafascynowana. Jednocześnie książę z żoną wprowadzili mnie w świat society paryskiej. To było zupełnie niesamowite, że przez przypadek znalazłam się w tym środowisku. Parę lat później zakochałam się we Francuzie i wyjechałam z Polski. Wyszłam za mąż i już zostałam we Francji.

Przyjeżdża Pani do Francji i buduje wszystko od nowa. Miała Pani wyrzuty sumienia, że porzuca medycynę czy wreszcie poczuła się Pani wolna?

Tak naprawdę na początku próbowałam odnaleźć się w roli lekarza, rozpoczęłam nostryfikację dyplomu, zrobiłam staże w szpitalu, chociaż już wtedy byłam coraz bardziej przekonana, że to nie jest to. Że jednak pasjonuje mnie sztuka, uwielbiam malować, rysować, lubię architekturę, lubię wszystko, co jest związane z estetyką, także modę. Kiedy dowiedziałam się, że mój dyplom nie będzie we Francji w pełni honorowany, uznałam że to jest znak, zrządzenie losu, które pozwala mi na wybór innej drogi, bez poczucia winy. Byłam bardzo zdeterminowana, żeby realizować się w tym innym świecie.

Mąż Panią wspierał?

Mój mąż był bardzo zajęty inną, zupełnie nieartystyczną profesją, ponieważ jako inżynierem często wyjeżdżał służbowo. Poza tym twórczość, to było coś, co dotyczyło tylko mnie i chciałam realizować ją sama. Więc nikt mi w tym ani nie pomagał, ani nie przeszkadzał. Jednak w tamtym okresie przede wszystkim byłam mamą, potem artystką. Miałam troje małych dzieci, które raczkowały między moimi nogami, kiedy ja pracowałam.

Rano rozkładałam w pracowni swój warsztat: sztalugi, farby i obrazy, a po południu szybko składałam z powrotem i biegłam do szkoły po dzieci. Momenty, kiedy stawałam przed płótnem były magiczne, nigdy nie wiedziałam, co namaluję, to była niemal mistyczna podróż. Czysta przyjemność. Muszę przyznać, że ten okres mojej twórczości, kiedy dzieci były małe był niesamowity. Wymagał ode mnie ogromnej energii i determinacji, żeby wszystko pogodzić. Zrozumie to każda kobieta, która ma dzieci i jednocześnie chce czegoś dokonać w życiu.

Co szczególnie wyróżnia Pani twórczość z tamtego okresu?

Wtedy malowałam nagie kobiety, które były jakby cieniami, kobiecymi sylwetkami zagubionymi na dużych przestrzeniach tła, które nazywałam ogrodami albo pustyniami. To był czas, kiedy pracowałam intensywnie nad kolorem, używałam wielu pigmentów naturalnych i stabilizatorów do pigmentów, jak metale, złoto, chrom. Mieszałam je w sposób szalony i jednocześnie wdychałam, co było bardzo niebezpieczne, o czym nie miałam wówczas pojęcia. One działały na mój mózg i sprawiały, że czułam się jak pod wpływem narkotyków. Byłam trochę zwariowana. Oczywiście jak się dowiedziałam, że to jest szkodliwe, zmieniłam technikę. A potem przeprowadziłam się do Strasburga, gdzie mieszkam do dzisiaj. W Strasburgu mam piękną, olbrzymią pracownię z prawdziwego zdarzenia, piętnaście minut od centrum, z widokiem na Wogezy. Mam tu prawdziwy komfort.

Bardzo szybko zaczęła Pani odnosić sukcesy: pierwsze wystawy zagraniczne, współpraca z prestiżową galerią w dzielnicy Saint Germain w Paryżu. Ale przełom w Pani twórczości nastąpił w 1995 roku.

Wtedy dostałam dziwną i zaskakującą dla mnie propozycję zrobienia scenografii i kostiumów do produkcji sztuk Samuela Becketta. Złożył mi ją jego znany asystent – później również reżyser teatralny - Walter Asmus, który zobaczył gdzieś moje obrazy i zaproponował mi współpracę. Powiedział, że chciałby żebym ja, jako artystka, zrobiła scenografię i kostiumy do sztuki „Tu i tam” Becketta wystawianej w Teatrze Starym w Krakowie. Na początku nie wiedziałam, jak się za to zabrać. Ostatecznie zrobiłam te kostiumy tak, jakbym malowała obraz. Stworzyłam suknie z płótna, wtedy malowałam na płótnie lnianym, to były suknie - obrazy. Zrobiłam kapelusze i nawet buty, które pomalowałam jak obrazy, a później w pracowni teatru krawcy je zszyli. Całość na scenie wyszła przepięknie. Walterowi bardzo się podobało, a sztuka była grana na różnych światowych festiwalach, m.in. na prestiżowym „Beckett in Berlin 2000”. Te suknie tak zadziałały na moją wyobraźnię artystyczną i nawet na mój warsztat artystyczny, że

 ... zaczęła Pani malować suknie. Dzisiaj to Pani znak firmowy. O czym Pani marzy jako artystka.

Właśnie dostałam wiadomość, że będę prezentowana na międzynarodowych targach sztuki Art Miami, które co roku są organizowane na początku grudnia na Florydzie. Bierze w nich udział ponad 200 najważniejszych galerii z całego świata, przyjeżdżają najbardziej wpływowi kolekcjonerzy, galernicy, kuratorzy, krytycy sztuki. Możliwość pokazania swoich dzieł na Art Basel Miami to dla każdego artysty konsekracja. To jest tydzień poświęcony sztuce na najwyższym, światowym poziomie w niezwykłej atmosferze nieustannej celebracji w całym mieście.

Mimo, że często bywam na różnych art Faurs, w Miami nigdy nie czuję się zblazowana. Marzę o tym, żeby połączyć malarstwo z filmami, bo to wydaje mi się bardzo ciekawe. Interesuje mnie też moda. Moim ukochanym kreatorem jest Armani, już moja mama go lubiła, a ja go podziwiam, bo Armani jest nie tylko fashion designerem, ale przede wszystkim twórcą. Podobnie jak Yves Saint Laurent czy Dior stworzył swój styl, który wydaje mi się ponadczasowy i bardzo kobiecy. Zresztą sama projektuję malowane suknie, które noszę. Chciałabym zrobić całą kolekcję i pokazać ją w Polsce.

Gdzie w Polsce można zobaczyć Pani obrazy?

W warszawskiej galerii Sarapata Art Gallery na ulicy Nowogrodzkiej. Dyrektor tej galerii zobaczył moje obrazy podczas pobytu we Francji i był pod tak dużym wrażeniem, że zaproponował mi wystawę. Wernisaż był niezwykły, setki gości... Nadałam tej wystawie tytuł „Zbroje i misiurki”, tytuł instynktownie odnoszący się do walki, siły i parady, bo przecież suknia jest tym właśnie. 

Ewa Bathelier, Viva! 26/2018
Fot. Piotr Stokłosa

Wideo

Czy to już koniec matowych pomadek

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Po raz pierwszy Joanna Krupa z mamą! Rozmawiają o kobiecości, mężczyznach i… mężach!