TYLKO U NAS

„Chy­ba prze­sta­łam się bać”. Pani profesor od rock'n'rolla, Agnieszka Chylińska kończy 41 lat

Weronika Kostyra 23 maja 2017 11:15

Agnieszka Chylińska kończy dzisiaj 41 lat. Jak się zmieniała? Na początku kariery w zespole O.N.A. prowokowała tatuażami i ostrymi wypowiedziami, ale już wtedy miała swoją łagodną stronę – lubiła piec ciasta i płakała przy czytaniu „Anny Kareniny”. Jaka była kiedyś i czego o niej nie wiemy? Przypominamy jej zdjęcia z czasów, gdy jej wizerunek był bardziej mroczny, a wypowiedzi bardziej kontrowersyjne niż w programie „Mali giganci”. Kiedyś zapowiadała, że koło czter­dziest­ki zostanie profesorem nadzwyczajnym od rock and rolla. Opowiedziała też o swoim wizerunku i o normalnym życiu…

W 2001 roku Piotr Najsztub zapytał ją o to czy zamierza wydorośleć…

Agnieszka Chylińska: Mam nadzieję, że nigdy. Tak jest fajnie.

– Będziesz kuriozalna jako 50-latka z tą osobowością.

Powiem ci jedno. Ja gdzieś tam marzę o domu, o dzieciach, marzę o tym, żeby moje życie dobrze się ułożyło. To marzy Agnieszka, a jako Chylińska martwię się tym, że jak będę mieć dziecko, jak założę rodzinę, to nie będę miała czasu na jakieś szalone życie. Oczywiście wiem, że przy dziecku moje hormony się przestawią i powiem sobie: „Ja już szalonego życia nie potrzebuję”.

To marzenie się spełniło, jest mamą trójki dzieci. Co jeszcze mówiła VIVIE! w wywiadach w 2001 i 2004 roku?

– Mówisz, że jest Agnieszka i jest Chylińska – to rozdwojenie jaźni. Byłaś z tym u lekarza?

Wiadomo, że bycie na scenie, cały ten zawód jest jakąś tam kreacją. Ja natomiast nie potrafię rozdzielić mojego życia prywatnego od życia publicznego. Pod tym względem jestem żółtodziobem. Nie odgrywam Chylińskiej, ja po prostu nią jestem.

Zdziwiłbyś się, jak nie umiem sprostać normalnemu życiu. Tak się zaangażowałam w to życie w kreskówce... Jestem postacią z kreskówki. Marilyn Manson, mój bóg, ma zajebi­ście, bo po kon­cer­cie od­jeż­dża swo­ją czar­ną limuzyną i popycha do swojego zamku z zasiekami. Nikt nie widzi, jak idzie z kotkiem w laczkach albo wyprowadza psa, żeby zrobił siku. A moim problemem jest to, że będąc Chylińską, również jestem Agnieszką, normalną dziewczyną, która idzie do sklepu kupić coś na pomidorową. A w tym momencie ludzie rozliczają mnie z Chylińskiej.

– To świat Cię wpycha w te dwie role?

Sama się wpycham. Jako Agnieszka nie akceptuję Chylińskiej. I odwrotnie, jako Chylińska nie akceptuję Agnieszki. To jest mój problem.

– A może Ciebie prawdziwej po prostu jeszcze nie ma?

Jestem naprawdę, ale dwo­ista. Wi­dzę, jak się za­cho­wu­ję, kie­dy nie ma ka­me­ry, nie ma włą­czo­ne­go ma­gne­to­fo­nu itd. Jed­ne­go dnia idę z ma­mą na za­ku­py, wy­wa­lę śmie­ci, po­ga­dam z ko­leżan­ka­mi o pie­lu­chach, chcę so­bie zro­bić dziec­ko. Już czu­ję, że chy­ba tu­taj je­stem so­bą. Po czym bu­dzę się ra­no i mó­wię so­bie: „Co? Ja­kie dziec­ko? Ja wy­lę­gar­nia? Daj so­bie spo­kój!” Te dwie fa­zy ze so­bą ry­wa­li­zu­ją. Tak sa­mo za­je­bi­ście czu­ję się – ja­ko Chy­liń­ska – na sce­nie, kie­dy 30 ty­się­cy lu­dzi śpie­wa mój tekst i tak sa­mo czu­ję się – ja­ko Agniesz­ka – z Krzyś­kiem w do­mu, oglą­da­jąc li­gę an­giel­ską w kap­ciach. Może rze­czy­wi­ście na­da­ję się do le­karza.

– Trudno jest żyć z kobietą, która tak się zmienia z godziny na godzinę.

Wiesz co, nie chcę ci dowa­lać, ale chy­ba nie znasz ko­biet. Prze­cież wiesz, że cza­sem przyj­dzie tuż przed okre­sem i wkur­wio­na zro­bi ci awan­tu­rę. Dwa dni póź­niej, jak już z niej wszyst­ko zle­ci, to już jest anio­łem. Je­stem nie­wol­ni­cą swo­je­go cyklu, ni­gdy te­go nie mo­głam za­ak­cep­tować.

Czy to, jaka jest naprawdę, kłóci się z jej wizerunkiem?

Lu­dzie w hi­per­mar­ke­cie mo­gą po­dejść do mnie, mó­wiąc, co chcą. Kie­dy po­ja­wi­ły się pierw­sze ata­ki – w 1997 ro­ku – strasz­nie chcia­łam uciec, ni­gdzie nie wy­cho­dzi­łam, ba­łam się. Ale po­tem zro­bi­łam so­bie zę­by, schu­dłam 15 ki­lo­gra­mów i pró­bo­wa­łam zmie­nić mój sto­su­nek do sie­bie. Zgo­dzi­łam się na­wet na se­sję dla „El­le”. Ład­na dziew­czy­na, faj­nie jest.

No i dopiero się za­czę­ło. „Chy­liń­ska, ty masz być brzyd­ka, wa­lić kur­wa­mi, śmier­dzieć, bo my cię ta­kiej chce­my”. Wte­dy je­dy­ny raz sfo­to­gra­fo­wa­łam się z Krzyś­kiem w łóż­ku – on czy­ta hi­sto­rię Ir­lan­dii, a ja „Ku­bu­sia Pu­chat­ka”. I wy­szło na to, że je­stem nor­mal­na, pie­kę cia­sta i tak da­lej. To by­ło głu­pie.

– A pieczesz?

Jasne. Ale jak mam ochotę. Lu­bię go­to­wać dla ko­goś: ma­my, ta­ty, fa­ce­ta. Na pew­no nie je­stem ja­kąś su­pergo­spo­dy­nią, ale w kuch­ni nie najgor­szą. Na­to­miast wra­ca­jąc do nie­ra­dze­nia so­bie w ży­ciu – zda­łam so­bie spra­wę, że mu­szę być sa­mo­dziel­na. I wiesz co? Zaczę­łam mieć gdzieś to, co lu­dzie sobie o mnie my­ślą. Bo i tak nie zro­zu­mie­ją. Wi­dzą tyl­ko, że Chy­liń­ska ma dzia­ry i rzu­ca mię­sem. Nikt głębiej nie wnika.

– Ta­ki stwo­rzy­łaś so­bie ima­ge i ty­le.

Z tym ima­ge to jak z każ­dą kreacją – do­brze, je­śli pod­kre­śla to, co w to­bie praw­dzi­we. Je­śli stwo­rzysz ko­goś zu­peł­nie in­ne­go, to kla­pa.

– Mogłabyś się jednak przebrać w strój pokojówki.

Długo bym w nim nie wy­trzy­ma­ła. Hi­po­te­tycz­nie mo­gę być mi­ła. Je­stem mi­ła… To oni pierw­si mnie gry­zą. Dzie­lę lu­dzi na głu­pich i mą­drych. Na złych i do­brych. Tak jak mu­zy­kę dzie­lę na dobrą i złą. I słucham mą­drzej­szych od sie­bie. Na pew­no nie sa­mo­zwań­czych kry­ty­ków mu­zycz­nych, któ­rzy naj­czę­ściej są nie­speł­nio­ny­mi mu­zy­ka­mi. Po­dob­nie jak kry­ty­cy li­teraccy to niespełnieni pi­sa­rze. Ta­ki grafoman pi­sze nam na przy­kład o Pil­chu, że jest do ni­cze­go.

– Czytasz Pilcha?

Przeczy­ta­łam dwie je­go książ­ki. Pi­sze fan­ta­stycz­nie. Jest mi­strzem świa­ta, je­śli cho­dzi o przy­miot­ni­ki.

– O, jesteś na bieżąco z literaturą!

No i cze­mu się dzi­wisz? Uwiel­biam czy­tać. Za­wsze lu­bi­łam. W dzie­ciń­stwie „Ten ob­cy” Jur­gie­le­wi­czo­wej – za­je­bi­sta książ­ka. A „Lęk przed la­ta­niem” Eri­ki Jong – genialna. Ku­pi­łam so­bie jej naj­now­szą „Cze­go pra­gną ko­bie­ty” – zbiór fe­lie­to­nów. Po­wie­dzia­ła tam jed­ną bar­dzo mą­drą rzecz: „Mu­szę so­bie ja­koś wy­tłu­ma­czyć, że cią­gle się roz­wo­dzę. Chy­ba nie wy­ni­ka to z te­go, że cią­gle śle tra­fiam, tyl­ko że każ­dy czło­wiek jest nam da­ny na ja­kiś czas. Cho­ciaż więc chcia­ła­bym być z kimś do koń­ca swo­ich dni, wy­le­czy­łam się już z te­go, że je­stem z kimś na sta­łe. Nie ma na sta­łe. Nie ist­nie­je ta­kie po­jęcie”. I ja się z nią zga­dzam, bo to się tyczy wszyst­kie­go – przy­jaź­ni, mi­ło­ści. A w chwi­lach ta­kie­go to­tal­ne­go doł­ka dwa ra­zy pod­cho­dzi­łam do „An­ny Ka­re­ni­ny”. I za nic nie mo­głam prze­brnąć. A te­raz przeczy­ta­łam ją jednym tchem.

– I płakałaś na końcu?

Jezu, jak ja płakałam, ale nie na koń­cu. Pła­ka­łam, jak Le­win do­stał ko­sza od Katii.

– Nie beczałaś, jak Anna rzu­ciła się pod pociąg?

A skąd. Najpierw myślałam, że ten Wroński był dupkiem. Ale on był w porządku. To ona zaczęła sobie roić, że on ją zdradza.

– Zdra­da jest po­wo­dem do sa­mo­bój­stwa?

Urojona nie. Ona po pro­stu cięż­ko zno­si­ła fakt, że śro­do­wi­sko jej nie ak­cep­tu­je. Wszyst­ko się w ży­ciu po­wta­rza. Flau­bert miał prze­chla­pa­ne, po­nie­waż opi­sał w „Pa­ni Bo­va­ry” hi­sto­rię mężat­ki, któ­ra w no­cy je­dzie rżnąć się z ko­chan­kiem. I wszy­scy mó­wią: „Skan­dal, skan­dal”. Do dziś to się nie zmie­ni­ło. Ja­kiś dzien­ni­karz py­ta mnie: „Czy ty też je­steś ta­ka eks­tre­mal­na w ży­ciu pry­wat­nym?” Co to zna­czy eks­tre­mal­na? Że gwał­cę 12-lat­ków?

– Staniesz się kiedyś osobą nobliwą?

Nie wiem. Strasz­nie mnie de­ner­wu­je, że nie­któ­rzy pró­bu­ją te­raz je­chać na ta­kiej nucie: ko­bie­ta-po­twór. „A może kie­dyś za­łożysz ko­stiu­mik Cha­nel?”

– Założysz kiedyś kostium Chanel?

Nie mam zie­lo­ne­go po­ję­cia. To dla mnie ża­den dra­mat, że jak za­łożę ten ko­stiu­mik, to mi się we łbie po­przew­ra­ca. To tyl­ko ciuch. Mo­gę być w ko­stiu­mie Cha­nel, ale on nie zmie­ni mo­ich poglądów. Wszyst­ko może mi się przy­da­rzyć. Jak mia­łam 25 lat, wy­da­wa­ło mi się, że wszyst­ko wiem. Jak mam 27 – wiem, że nie wiem ni­cze­go. Mam za­wód – ko­lej­ne pły­ty to jak­by ko­lej­ne la­ta stu­diów – to dla tych, co cią­gle py­ta­ją mnie o ma­tu­rę. Te­raz ro­bię ma­gi­ster­kę, a po­tem zrobię doktorat.

– W końcu zostaniesz profesorem zwyczajnym.

Tak – od rock and rolla.

– Tak koło czterdziestki?

Ciekawe, jak to będzie. Chyba przestałam się bać.

– Co najbardziej Ci się w sobie podoba?

Upór, z jakim realizuję wszystkie swoje sprawy. I moje spojrzenie, gdy się wkurzę.

– Jest coś magicznego w Twoim życiu?

Ja­sne. Granie. Scena. Nie za­po­mnę mo­je­go pierw­sze­go wy­stę­pu. Mia­łam wtedy 16 lat i to by­ło coś, jak „mini-playback show”. W ma­łym gdańskim klubiku na­śla­do­wa­ło się ar­ty­stę pod playback. Przy­szła ca­ła mo­ja kla­sa, oj­ciec też. Na­śla­do­wa­łam Freddie’ego Mercury, mia­łam ba­na­ny na gło­wie. Po raz pierw­szy sta­łam na sce­nie, a wszy­scy lu­dzie się na mnie pa­trzy­li... Ja z mo­ją nie­śmia­ło­ścią i zakomplek­sie­niem!

Ge­nial­ną rzecz po­wie­dzia­ła Ur­szu­la Du­dziak: „Jak po­ja­wia­łam się na sce­nie, a wie­dzia­łam, że nie je­stem najpięk­niej­sza pod słoń­cem, to nie mo­głam do­cze­kać się mo­men­tu, kie­dy już za­cznę śpie­wać. W tym momen­cie przy­naj­mniej po­ja­wia­ło się wy­tłu­ma­cze­nie za­gad­ki, co ta­ka brzy­du­la ro­bi na sce­nie”. I po­dob­nie by­ło na mo­im pierw­szym wy­stę­pie: sta­nę­łam i cze­ka­łam, aż pój­dzie play­back. Po­szedł i da­lej już nic nie by­ło waż­ne.

My­ślę, że po­dob­nie czu­ją mor­der­cy al­bo psy­cho­pa­ci, że są ni­kim. I na­gle się oka­zu­je, że jest dzie­dzi­na, w któ­rej czu­ją się do­brze. Ja za­czę­łam śpie­wać i do­brze mi tu­taj, nie wsty­dzę się ni­ko­go, pa­trzę lu­dziom w oczy, nie bo­ję się.

– O czym marzysz dla siebie?

On miał­by być też dla mnie! Dla sie­bie? Chcia­ła­bym się ja­koś do­ga­dać ze so­bą. Oczy­wi­ście przy tym ca­łym mio­ta­niu się wy­cho­dzi mnó­stwo faj­nych rze­czy, ale dla mnie – ja­ko ko­bie­ty – jest to strasz­nie mę­czą­ce. Mo­men­ta­mi nie­na­wi­dzę sie­bie. Ob­wi­niam się. Nie lu­bię. Nie od­zy­wam się do sie­bie. I nie chcę mieć ze so­bą nic wspólnego.

Czasem marzę o fajnej starości. Sama sobie zaprzeczam, wiem, ale są takie dni, kiedy marzy mi się, że nie jestem już żadną tam Chylińską. Mam domek na wsi, jestem z Krisem, mamy kupę wnucząt, które przyjeżdżają do nas na chatę. Robię najlepsze powidła, makowiec babci Chylińskiej jest mistrzowski. Wszystkie dzieciaki mnie oblegają, a ja tak sobie z nimi siedzę i jestem dla nich równiachą, nie jakimś repem. Taką fajną, krzepką starszą panią z poczuciem humoru, która potrafi obrócić nawet kiepski moment w zabawny, która nigdy się nie przyzna do tego, że toczy ją rak.

– Marzysz o bogactwie?

Nie mam szacunku do pieniędzy. U mnie w domu nie było kultu pieniądza. Kiedy pieniądze się pojawiły, to nie wiedziałam, co z nimi robić. Pamiętam, wykonałam taką kichę, kiedy zarobiłam 15 baniek. 15 baniek – byłam jeszcze na utrzymaniu rodziców – to była kupa kasy. Dostałam te pieniądze w Warszawie. Poleciałam do sklepów Centrum, zależało mi na tym, żeby wejść do markowego sklepu. Weszłam do tego sklepu, w swoim stylu: T-shirt, garb, krzywe spojrzenie. I baba na mnie się spojrzała i mówi: „Pani jest pewna, że pani chce coś tutaj kupić?” Jezus, kiedy ona to powiedziała, to ja prawie całe te 15 baniek tam zostawiłam. Żeby jej udowodnić. Bez sensu. Przyszłam do pokoju hotelowego i patrzę, co kupiłam: buty na obcasie, których nigdy nie założyłam, lakierowane; wstrętną, koszmarną granatową spódnicę z aksamitu – nie do noszenia.

Teraz lubię czasem sobie zaszaleć, ale inaczej. Funduję sobie taką „jazdę”: wynajmujemy z przyjaciółkami limuzynę i jeździmy sobie po całym Gdańsku. Jakbym chciała poczuć się jak Madonna w teledysku „Music”. Obok mnie siedzą dwie dupy, moje najlepsze kumpele, jest szampan. Kierowca jest zaprzyjaźniony, więc to nie jest takie drogie. Jeździmy sobie tak po całym mieście. Ale to są raczej takie jaja, a nie szastanie kasą.

Wideo

Poznaj historię miłości Agnieszki Woźniak-Starak i jej męża Piotra!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Blanka Lipińska  o swojej misji, seksualnych preferencjach i związku, Andrzej Chyra o ojcostwie po 50-tce i Roksana Węgiel o zwycięstwie w Eurowizji Junior i cenie sławy.