Z ŻYCIA GWIAZD

Wojciech Modest Amaro po raz kolejny zostanie ojcem!

Żona restauratora zachwyca ciążowymi krągłościami!

Olga Figaszewska 29 marca 2019 10:51

Wojciech Modest Amaro zostanie ojcem! W środę były prowadzący Hell's Kitchen i juror Top Chefa  pojawił się wraz z ukochaną żoną na premierze filmu Miłość i miłosierdzie. Obecność Agnieszki Amaro wywołała prawdziwe poruszenie. Okazało się, że ich rodzina wkrótce się powiększy!

Modest Amaro zostanie ojcem

Para od kilku miesięcy utrzymywali tę informację w tajemnicy. Żona Wojciecha Modesta Amaro zachwyciła ciążowymi krągłościami na czerwonym dywanie! Nie da się ukryć, że data porodu zbliża się wielkimi krokami. Małżeństwo wychowuje trójkę pociech: Zuzannę, Karolinę i  synka Nicolasa, który jest jedynym biologicznym dzieckiem znanego kucharza. Kilka lat temu para opowiedziała nam o swojej wyjątkowej relacji i rodzinie! Zobacz, co mówili w pierwszej wspólnej rozmowie dziennikarce VIVY!, Beacie Nowickiej! 

Wojciech Modest Amaro z żoną w wywiadzie VIVY!

Pamięta Pani Wasze pierwsze spojrzenie, pierwszy gest, pierwsze słowo?

Agnieszka: To było w restauracji Jana Wejcherta w pałacyku Sobańskich. Po kolacji, na prośbę gości, z którymi siedziałam przy stoliku, Modest pojawił się na sali. Spojrzeliśmy wtedy na siebie po raz pierwszy w życiu. Sytuacja była trochę niezręczna, ponieważ nie byliśmy sami. Ale nasze spojrzenia mówiły już dużo. Właściwie to ja natychmiast poczułam – i wiem, że Modest wyczuł to również – że to jest to. Pamiętam jeszcze mocny uścisk Modesta na koniec.

Taki uścisk przytrzymujący dłoń o kilka sekund dłużej?

Agnieszka: Tak (śmiech). Uścisk na „do widzenia”, który tak naprawdę znaczył: „zostań”. Po prostu.

Ale Pani wyszła.

Agnieszka: Na zewnątrz było mnóstwo śniegu, szłam w szpilkach przez te zaspy, odwróciłam się, on stał w oknie, patrzył na mnie i ja do niego pomachałam. W tym samym czasie jego kolega sommelier zapytał go: „Kim jest ta pani?”. A Modest na to: „Nie wiem, ale musi do mnie zadzwonić”.

Wcześniej dyskretnie wsunął w Pani dłoń swój numer?

Agnieszka: Nie (śmiech). To było w pewnym sensie biznesowe spotkanie, więc oficjalnie wyciągnął wizytówkę. Ja nie miałam własnych, ponieważ otwierałam wtedy nową firmę i jeszcze ich nie zrobiłam. Przez chwilę grzebałam w torbie, niby szukając tej wizytówki, choć oczywiście wiedziałam, że jej tam nie ma. Powiedziałam tylko: „Och, nie mam”. Widziałam, jaki był rozczarowany. Pewnie pomyślał, że dostał kosza. Ale ja już wtedy wiedziałam, że muszę się odezwać. Wsiadłam do taksówki i napisałam pierwszego sms-a. Od razu.

Powiedział Pan, że pół życia czekał na tę jedyną, właściwą. Czego Pan szukał?

Modest: Ideału. Przede wszystkim ujęło mnie, że naprzeciwko siedzi piękna kobieta, która nie ma na sobie żadnej biżuterii i jak patrzę na jej skórę, to ona jest biżuterią. Wszystko jest po prostu perfekcyjne. To spojrzenie dopowiedziało mi resztę. Straciłem całą moc mówienia, co mi się nie zdarza. Zrozumiałem, że dzieje się ze mną coś… gruntownego. I tyle. Jedyna rzecz, której chciałem, to więcej, więcej, więcej i więcej. Dławiła mnie tylko myśl, że gdybym ja został z jej wizytówką w ręku, to już, w tej chwili, pisałbym do niej, a tak musiałem mordować się z wizją, co mnie czeka, jeśli mój telefon będzie milczał. Ale byłem gotowy przekopać pół świata, żeby zdobyć jej numer.

 Ile minut minęło od momentu, kiedy przyszła żona Panu pomachała, do pierwszego sms-a od niej?

Modest: Może 15, 20 minut…

Najtrudniejsze 20 minut w życiu?

Modest: Kataklizm (śmiech). Często sformułowanie „kac moralny” odnosi się to takiego stanu umysłu, kiedy człowiek z niczym nie jest w stanie sobie poradzić. Ja bym do tego to porównał. Totalne zagubienie w emocjach, w uczuciach, aż do momentu, kiedy ten sms przyfrunął.
Agnieszka: Pisaliśmy do siebie do rana.

Czy ta korespondencja istnieje?

Modest: Tak, w starym modelu iPhone’a. Nikt go od dawna nie używa, zresztą długo był zepsuty, ale go naprawiłem i trzymam w zasięgu ręki, bo lubię myśleć, że jest w nim zapisana cała nasza historia.

Niezwykła historia. Szybko podjęliście Państwo decyzję o wspólnym życiu?

Agnieszka: Od razu. Po tamtym wieczorze nie widzieliśmy się tydzień, bo Modest gdzieś wyjechał. I przez ten cały tydzień, przez telefon, opowiedzieliśmy sobie wszystko. Kiedy do niego później przyjechałam, powiedziałam: „Ty jesteś mój. Ja to czuję. Jesteś mój, po prostu”. Ten tekst wielokrotnie pojawia się w naszym życiu: „Pamiętaj, bo ty jesteś mój”. Jeżeli człowiek wie, że to jest ta osoba, wie, jak ma wyglądać dalej życie, to cała reszta, wszystko, co jest obok, nie liczy się tak naprawdę.
Modest: Najważniejszy był jakiś rodzaj wyzwolenia.
Agnieszka: Ogromnej ulgi.
Modest: Spotykasz kogoś i wiesz wszystko, wiesz od razu. Nie ma żadnych wątpliwości, żadnego wahania. Na drugi dzień możesz zaczynać wspólne życie, jazdę na całość. Uruchamiasz cały scenariusz życzeniowo-marzeniowy i dajesz się porwać. Jest w tym taka moc, że niczym się nie przejmujesz.
 

 Dlatego kiedy ktoś Państwa pyta, ile jesteście razem…?

Agnieszka: …Odpowiadamy: „Całe życie”.

Czuła Pani żal, kiedy rezygnowała ze swojej kariery? Miała Pani przecież firmę PR, z sukcesami pracowała dla wielkich korporacji, sama Pani wywalczyła swoją pozycję.

Agnieszka: Przez rok próbowałam to kontynuować. Potem przyszedł moment, kiedy Modest powiedział, że chce mieć własną restaurację. Wiedziałam, że musi mieć obok osobę, która mu w tym pomoże. To się stało naturalnie: No dobrze, to ja wszystko zamykam, skupiam się na Modeście.
Modest: Kiedy w moim życiu zawodowym rozdzwoniły się telefony, zaczęły przychodzić setki e-maili, trochę się tego przestraszyłem. Bałem się, że to przybierze takie rozmiary, że mnie przytłoczy i nie będę miał czasu na gotowanie. Nie jestem restauratorem, jestem kucharzem. Wtedy pomyślałem, że przecież najlepsza osoba, jaką znam w tej dziedzinie, siedzi obok mnie. Uważam, że to jest idealny układ. Agnieszka została mózgiem, a ja – sercem Atelier.
Agnieszka: Rozumieliśmy się we wszystkim, to było najistotniejsze. Bo tak naprawdę wszystko, co Modest robi zawodowo, jest trochę pod prąd. Ludzie z boku często są oszołomieni: „Chcecie promować kuchnię polską?”, „Ale zastanówcie się, bo to nie jest dobry pomysł!”, „Za duże ryzyko!”, „Restauracja w tym kiblu?”, „Oszaleliście?!”, „To się nie może udać!”, „Nie będziecie mieli menu, tylko menu degustacyjne?” „Przecież to będzie porażka. Po-ra-żka!”, „Marzy wam się gwiazdka Michelin…?! Nie, no słuchajcie… Jesteście jednak wariatami!” (śmiech).

A Pani stała twardo obok szalonego męża.

Agnieszka: Bo wiedziałam, że każda jego idée fixe jest jedyną słuszną drogą. Oboje czuliśmy wewnętrznie, że tak ma być.

Nie powinnam pytać, czy było ciężko. Bo na pewno było. Ale lubię te opowieści w amerykańskim stylu, gdzie pasja, upór, ciężka praca i wiara w siebie rodzą sukces.

Modest: Był moment, że prawie zniknęliśmy z Polski. Po ponad roku poszukiwań odpowiedniego miejsca na restaurację, kiedy na przykład wygraliśmy przetarg na lokal, żeby po miesiącu dowiedzieć się, że go jednak nie wygraliśmy, albo czekaliśmy osiem miesięcy na inne miejsce, żeby na końcu usłyszeć, że tam nie ma prądu i nie wiadomo, kiedy będzie, poddaliśmy się. To był moment, kiedy wydawało mi się, że jestem u szczytu swojej „płodności”, jeśli chodzi o tworzenie dań, całą moją filozofię gotowania i marnuję ją, bo odbijam się od ściany, szukając przestrzeni, gdzie mógłbym to, co mam w głowie, podać na talerzu.
Agnieszka: Wtedy zdecydowaliśmy, że przeprowadzimy się do Barcelony. Zaczęłam tam jeździć, znalazłam nam lokal na restaurację, dom, szkołę dla dzieci. Wszystko było gotowe. I któregoś dnia…

Modest: …niestety, przeszedłem się tą alejką (Modest Amaro przez okno Atelier, w którym rozmawiamy, pokazuje palcem Agrykolę – przyp. red.). Zobaczyłem ten pawilon, ten park, ten potencjał, spojrzałem przez szybę do środka, na zaśmiecone betonowe podłogi i nagle serce zaczęło mi walić.
Agnieszka: Zadzwonił do mnie momentalnie i powiedział: „Muszę ci tylko jeszcze coś pokazać, zanim wyjedziemy”. Dwie godziny później oboje tu staliśmy (śmiech). Mamy w sobie taką cechę, że nie przeciwstawiamy się temu, co przynosi nam los. Uznaliśmy, że jeżeli to miejsce ma być nasze, to znaczy, że tak miało być. Nigdy niczego nie żałujemy.
Modest: To jest kwestia pokory, która przychodzi z wiekiem, z doświadczeniem. Trudno komuś teoretycznie wytłumaczyć, że nawet jeśli dziś jest załamany, gryzie ścianę i wścieka się na cały świat, to na drugim końcu zawsze coś na niego czeka. Nie wiadomo co, ale na pewno nowe i inne. Kiedy teraz patrzę na lokale, za które wtedy dałbym się pociąć, za nic bym ich nie chciał.

Kiedy mąż „gryzie ścianę”, a parę razy w życiu ją gryzł, to krzyczy, rzuca garnkami czy milczy i zamyka się w sobie?

Agnieszka: Trzeba znaleźć do niego klucz, bo nie jest ekspresyjną osobą. Modest wbrew pozorom należy do introwertyków. Wiem, kiedy jest zły. Wtedy najlepiej go unikać, ale nie zawsze jest to możliwe. Dlatego czasami ktoś z załogi w Atelier mnie pyta: „W jakim jest dzisiaj humorze?”. Jak jest trudny temat, poważny problem, to ja jestem wysyłana do Modesta. Znam do niego dojście.

Jak wygląda jego najbardziej pochmurne spojrzenie?

Agnieszka: Jest wiele takich pochmurnych spojrzeń u Modesta. Kiedy go poznałam, był samą chmurą. To był człowiek smutny wewnętrznie. Ale teraz, po latach, widzę, jak bardzo się otworzył, zmienił. Każdy sukces, który pojawił się na jego drodze, dał mu nową pewność siebie. Jego wiara w to, co robi, jest coraz większa, i to się przekłada na jego samopoczucie.

Magiczne słowo klucz, które zawsze działa?

Agnieszka: Kiedy jest ciężko, zawsze podchodzę do męża i mówię: „Oj, Modeście, przecież jesteś i tak mój, tak?”. A on na to: „No dobrze, już dobrze”. I chmura mija (śmiech).

Jaki był najtrudniejszy zakręt w Państwa życiu?

Agnieszka: Chyba cztery lata temu. Modest właśnie rozstawał się z restauracją w pałacu Sobańskich i szalenie to przeżywał, a ja w tym samym czasie rodziłam Nicolasa w naprawdę niełatwych warunkach.
Modest: Jak to w „niełatwych”? Na szpitalnym korytarzu podchodzi do mnie lekarz i mówi: „Dziecko przeżyje, ale żona chyba nie”.
Agnieszka: Wtedy pierwszy raz – i chyba jedyny – widziałam Modesta, który płacze z przerażenia. Nie wiedział, co ma zrobić, był zrozpaczony. Ja byłam w krytycznym stanie, Nicolas jeszcze się nie urodził, a on musiał wrócić do domu i powiedzieć córkom, że nie wie, co będzie z mamą, a w zasadzie to w ogóle nie wie, co się dzieje. Później, biedny, tylko biegał między intensywną terapią, gdzie ja leżałam, a oddziałem z inkubatorami dla wcześniaków. I stanął na wysokości zadania w sposób absolutny. Siedział przy moim łóżku kilkanaście godzin dziennie. Nie było mu łatwo.
Modest: Jestem osobą wierzącą, więc dla mnie mnóstwo rzeczy wynika z wiary. Staram się pokazać, że mimo ciężkich sytuacji ja tę wiarę mam po to, żeby mi w takich chwilach pomagała. To nie są puste słowa. Jeśli mówię, że będzie dobrze, to znaczy, że na pewno będzie dobrze.
Agnieszka: Załamanie przyszło w chwili, kiedy lekarz, który opiekował się mną przez te wszystkie dni, poinformował nas, że natychmiast muszę być operowana, ale nie wiadomo, czy ja tę operację przeżyję. I ten lekarz zaczął płakać, bo przywiązał się do nas, choć wcześniej w ogóle nas nie znał.
Modest: Powiedziałem mu, że skoro takie są rokowania, to ja muszę być na sali operacyjnej. I on się zgodził. Przygotowali mnie do operacji, wyszorowali ręce po łokcie, kompletnie przebrali i wtedy wybuchła jakaś panika, pojawiło się grono lekarzy i zaczęła walka o Agnieszkę.
Agnieszka: Poprosili go tylko, żeby nie patrzył na lewą stronę, tę operowaną, bo zwyczajnie bali się, że im tam zemdleje. Ale Modest oczywiście popatrzył i myślę, że taki widok żony zostanie w nim do końca życia.

Ale może to była z Pana strony jakaś forma osobistego zaklęcia. Po prostu wymodlił Pan sobie żonę po raz drugi.

Modest: Wymodliłem (ciepły uśmiech skierowany w stronę pani Agnieszki).
Agnieszka: Ostatnio spędziliśmy wspaniałą rodzinną niedzielę. Od samego początku umówiliśmy się, że niedziela jest wolna, tylko dla nas, bo to jedyny dzień, kiedy Atelier jest nieczynne. Ale od wielu tygodni Modest spędzał niedzielę na planie „Top Chef” albo „Hell’s Kitchen – Piekielna Kuchnia”. Ta była wyjątkowa, bo pierwszy raz od dawna byliśmy razem, najpierw na mszy, potem w domu, gdzie oglądaliśmy kanonizację Jana Pawła II w relacji z Watykanu.

Podobno w te wolne niedziele urządzacie Państwo fantastyczne śniadania. Pomagają dzieci: Nicolas, Zuzia i Karolina.

Agnieszka: Najważniejsze jest to, że możemy być wszyscy razem. I jak już jesteśmy razem, to każdy wyjmuje z lodówki swoje ulubione przysmaki albo coś przygotowuje. Zuzia robi fantastyczne kanapeczki z pieczonych warzyw, ja koktajle owocowe, a Modest całą resztę. Karolina chyba najmniej udziela się kulinarnie, za to perfekcyjnie rozkłada sztućce, a Nicolas, który jest bardzo żywy, kręci się wokół nas i wszystkim pomaga. Siedzimy przy stole dwie, trzy godziny, rozmawiamy, opowiadamy, słuchamy. Dzieci są bardzo stęsknione za Modestem. Nawet jak przychodzi późno, o pierwszej, drugiej nad ranem, to potrafią wyjść z łóżka, zaspane jak kreciki, poprzytulać się, pocałować, wymruczeć: „A co u ciebie?” i wrócić pod kołdrę. Fajnie być razem, po prostu. Jesteśmy wtedy szczęśliwi i ta niedziela wydaje się taka długa. Ostatnio, po transmisji z Watykanu, udało nam się nawet pójść do kina.

 Ciekawa jestem, na jaki film?

Modest: „Drogę do zapomnienia” z Nicole Kidman i Colinem Firthem. Myśleliśmy, że jest to film o łzawej miłości. A okazało się, że w niedzielę Miłosierdzia zobaczyliśmy film o wybaczeniu swojemu oprawcy. Wydaje mi się to szczególnym zrządzeniem.
Agnieszka: To tak, jak z dziewiątką w naszym życiu. Najważniejsze wydarzenia mają związek z tą liczbą.

Pierwsza wspólna dziewiątka?

Agnieszka: Data poznania, oczywiście. 9 stycznia. Nicolas również urodził się 9 stycznia, choć był planowany na zupełnie inną datę. Podpisanie dokumentów Atelier? Oczywiście – 9.

Wróciłam wczoraj z Neapolu. W słynnej książce Normana Lewisa o tym mieście jest takie zdanie: „Jedzenie jest dla neapolitańczyków ważniejsze nawet od miłości, a są w nim równie zachłanni i przedsiębiorczy”. Państwo swoją miłość zbudowali w jakimś sensie na jedzeniu.

Agnieszka: Myślę, odpukać, nie zapeszając, że mamy teraz naprawdę cudowny moment w życiu. Jakby ktoś wziął czarodziejską różdżkę, odczarował to złe i zostawił same dobre rzeczy. Idziemy do przodu: Atelier, gwiazdka Michelin, na którą czekaliśmy, ale i tak była wielkim zaskoczeniem, teraz budujemy nasz ukochany dom. Modest jest cudowny, bo pozwala mi na wszystko w urządzaniu tego domu, a to moja druga pasja. Tak się cieszę, że często nie mogę zasnąć. Potrafię obudzić Modesta w środku nocy i powiedzieć: „Słuchaj, a może w tej łazience jednak zrobimy to…” (śmiech). Żyję tym, nie mogę się doczekać przeprowadzki.

Która nastąpi?

Agnieszka: Dziewiątego – oczywiście. Września lub października.

Po czym mogłabym rozpoznać, że to jest właśnie Państwa dom?

Agnieszka: Może po olbrzymich okiennicach? Pamiętam z dzieciństwa teledysk Johna Lennona „Imagine”, inspirowałam się nim. Uwielbiam ten moment, jak Yoko Ono otwiera te gigantyczne okna. Nasz dom jest taki… nienowoczesny, ciepły, dla nas.
Modest: Ta zachłanność, o której pani mówiła, polega też na tym, że człowiek, który w trudnych momentach, kiedy nie było mu łatwo, wykazał konsekwencję i to się sprawdziło, przestaje się bać. Nie boi się postawić sobie kolejnego celu, nawet jeśli wszystkim wokół wydaje się on kosmiczny.

Jak Atelier?

Agnieszka: Postawiliśmy wszystko na jedną kartę, wszystkie oszczędności, i nikt nie wiedział, co się wydarzy. Poza tym to był gigantyczny wysiłek fizyczny.
Modest: O piątej rano byłem w Grodzisku Mazowieckim kupować kasze i różne inne produkty. Przez pierwsze pół roku właściwie w ogóle nie wychodziliśmy z Atelier.
Agnieszka: Czasami spaliśmy tu na kanapie. Pamiętam, jak budziliśmy się o siódmej rano: „Boże, to już kolejny dzień?”. A jednocześnie to nie była dla nas mordęga, tylko kolejne dziecko, które pokochaliśmy absolutnie. Ale po pół roku, kiedy pewnego dnia okazało się, że Karolina idzie na wywiadówkę do Zuzi, zorientowaliśmy się, że coś jest nie tak (śmiech). Postanowiłam trochę przystopować.
 

Teraz wystąpiliście Państwo w duecie, tym razem na oczach całej Polski w „Hell’s Kitchen – Piekielnej Kuchni”. Tylko że długo nikt nie wiedział, że ta drobna, urocza szatynka, której Modest Amaro namiętnie wpija się w usta, to Pani.

Agnieszka: To było dla mnie niesamowite doświadczenie. Dzień przed emisją usłyszałam, że dostanę perukę, mam stanąć w drugiej linii i mogę ugotować, co chcę. Koniec. Modest w domu powiedział mi tylko: „Poradzisz sobie”. Weszłam tam totalnie zielona. Modest był daleko, musiałam udawać, że go nie znam. Najzabawniejsza była reakcja innych uczestników, kiedy usłyszeli, że zrobię polędwicę po tajsku. Zamarli: „Po tajsku?! Zwariowałaś?! Przecież on lubi tylko polską kuchnię!” (śmiech). Ja na to: „No trudno. Temat był danie domowe, a ja w domu gotuję po tajsku”. To było dla mnie ogromne przeżycie również dlatego, że zobaczyłam Modesta z zupełnie innej strony. Wiem, że w gotowaniu jest profesjonalistą, ale w tym programie nie ma żadnego scenariusza. To jego wielka improwizacja.

No to nie mam wyboru, muszę Pana zapytać, jak smakuje taki ogromny sukces?

Modest: Myślę, że smakuje tymi łzami szczęścia, jakie widać na krótkim filmiku, który tu nagraliśmy w momencie, kiedy dowiaduję się o tym, że Atelier dostało gwiazdkę Michelin. Inny smak mają łzy rozpaczy, inny – szczęścia. Oba pamiętam doskonale. Pamiętam tę niesamowitą dumę, satysfakcję, radość, że ta cała praca, ten gigantyczny wysiłek nie poszedł na marne. Zawsze uważałem, że 85 procent to ciężka praca, 10 procent – talent, a 5 procent to szczęście.
Agnieszka: Ale ja ci też przynoszę szczęście, prawda?
Modest: Jesteś tego szczęścia podstawą.  

Wideo

Poznaj historię miłości Agnieszki Woźniak-Starak i jej męża Piotra!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Trzy kobiety, które w najnowszym serialu Polsatu „Zawsze warto” połączyło przypadkowe dramatyczne wydarzenie: Weronika Rosati, Katarzyna Zielińska i Julia Wieniawa. Edyta Geppert o pasji śpiewania i życiowych wyborach oraz Dominika Gwit i Wojciech Dunaszewski o tym, co ślub zmienił w ich życiu.