Szymon Majewski, Viva! 4/2020
Fot. bartek wieczorek/laf am
TYLKO W VIVIE!

Szymon Majewski: „Dopiero po siedmiu latach od śmierci mamy zajrzałem do jej torebki”

Dziennikarz poruszająco o stracie bliskiej osoby

Beata Nowicka 21 lutego 2020 08:51
Szymon Majewski, Viva! 4/2020
Fot. bartek wieczorek/laf am

Dożywotni maminsynek. Na jego „MaminSzymku” w Och-Teatrze ludzie śmieją się, a potem lecą im łzy. Albo śmieją się i płaczą jednocześnie. Beacie Nowickiej opowiada o tym, gdzie dla „siebie” pochował mamę, co znalazł w jej torebce po siedmiu latach, dlaczego poszedł na terapię, kiedy płacze, za co strofuje go córka Zosia i jak „wybił się na niepodległość w wieku 50 lat”.

BEATA NOWICKA: Zdumiała mnie intensywność Twoich uczuć i emocji w monologu „MaminSzymek”, a przecież mama nie żyje od trzynastu lat.

Zmarła 14 stycznia. Przez długi czas miałem duży problem z chodzeniem na cmentarz. Wkurzałem się na siebie, że za rzadko jestem na grobie mamy, ale pojawianie się na cmentarzu było dla mnie potwierdzeniem tego, że jej naprawdę nie ma. Ostatecznym, symbolicznym unaocznieniem jej nieobecności. Nie chciałem przyjąć do wiadomości, że mama spoczywa pod tą płytą. Za każdym razem, kiedy moja żona Magda pytała: „To gdzie mama teraz jest?”, odpowiadałem, że tam gdzie jeździliśmy razem na wakacje.

I pojechałeś tam?

Chciałem ją „pochować” na swój sposób. Zabrałem kilka jej rzeczy i chyba po roku, razem z rodziną i Jaśkiem, partnerem mamy pojechaliśmy do Ulanowa i na Zwolaki nad Tanwią. Mieszkała tam ciocia Cyrysia. Każdego lata ja z dziadkiem spędzaliśmy u niej dwa miesiące, a mama często przyjeżdżała na trzy tygodnie i ładowała baterie na kolejny rok „słodkich zmagań” - jak mówiła. Uwielbiała to miejsce, te piękne polany, pola, ulanowski las. Jej moherowy kapelusik zawiesiłem wysoko na sośnie w Dolinie Wilczego Kła, tak to miejsce nazwał dziadek, a ja lubiłem, bo wydawało mi się takie indiańskie, jak z „Winnetou” Karola Maya albo z westernów. Kapelusz wciąż tam jest, ptaki uwiły sobie w nim gniazdo. Okulary mamy przyczepiłem na drzewie nad Tanwią, żeby mogła popatrzeć na rzekę, którą tak kochała i na most między Zwolakami a Dąbrówką, z którego oglądała zachód słońca. Jej zegarek, który jeszcze chodził, przypiąłem do pnia innego drzewa, żeby odmierzał czas Księżycowej Polanie - to kolejna nazwa dziadka. Kalendarzyk z terminami schowałem w słoiku i zakopałem.

 Zawsze miałeś nieposkromioną wyobraźnię... Zazdroszczę Ci.

Tego może już nie powinienem ci mówić – w tej chwili i ekolodzy, ale też ja sam zlinczowałbym się za to – że wtedy jeszcze spuściłem buty mamy do rzeki i one popłynęły Tanwią do Wisły, a potem ruszyły w świat…To był dla mnie właściwy pogrzeb. Teraz, kiedy myślę o mamie, widzę miejsca, które kochała.

Pierwszą osobą, której pokazałeś tekst monologu była Krystyna Janda. Powiedziała mi: „Dzisiaj to jest niepopularne, żeby ktoś zwracał się do matki i mówił o niej z taką miłością, a jednocześnie z taką świadomością jakim był dla niej problemem wychowawczym”. Wzruszyłeś ją.

Tak naprawdę moim ostatecznym pożegnaniem z mamą jest właśnie ten monolog. Nie chcę nazwać tego rozliczeniem, bo rozliczenie kojarzy mi się z oskarżeniem, a to jest bardziej zakończenie relacji matka - syn od strony psychologicznej. Czyli opowiedzenie, bez oceniania, o skomplikowanym, neurotycznym związku nadpobudliwego chłopaka z nadopiekuńczą matką w PRL, który nas dociskał i wystawiał na pośmiewisko. Moja mama była technikiem analitykiem w punkcie krwiodawstwa i samotną matką wychowującą syna z wielką pomocą dziadka. Myślę sobie, że na starcie znalazła się w bardzo trudnej sytuacji, ponieważ takie kobiety były wtedy do zaszczucia jeżeli nie miałaś silnej piąchy, tudzież łokci i nazwijmy to „taksówkarskiej” energii. Zresztą pisząc ten monolog zmieniłem myślenie o mamie. Przez lata uważałem, że była ofiarą.

Czyją?

Nieudanego związku, systemu, czasów. Oglądając ją płaczącą wiele razy, widziałem jej niemoc, słabość. Myślałem: „Dlaczego ona nie jest bardziej cwana, zaradna?”. Pamiętam, że często zazdrościłem kolegom - co było straszne i okropne - matki dyrektorki szpitala, czy matki znanej gastrolog. Wydawało mi się, że one są mocnymi kobietami sukcesu, a u nas w domu było umęczenie i bieda.

Myliłeś się. A może po prostu wreszcie dojrzałeś do tego, żeby zrozumieć.

Odkryłem mamę na nowo. Znalazłem wiele wątków, kiedy ona była bardzo silna, potrafiła postawić się systemowi, zawalczyć. W ogóle ten monolog jest o moim wielkim zdziwieniu. Łzy mi się lały w wielu momentach, kiedy nad nim pracowałem. Tego w „MaminSzymku” nie ma, ale znalazłem dokumenty pokazujące, że w latach 70. w szpitalu, gdzie pracowała w punkcie krwiodawstwa wybuchła afera mobbingowa, w którą zamieszany był kierownik, szef mamy. Dziewczyny były przerażone, a moja mama, choć szykanowana, pisała pisma do dyrekcji, stanęła przed komisją i doprowadziła do zwolnienia tego faceta. Była pionierką walki z mobbingiem. Zrozumiałem, że mama nie była słaba, tylko delikatna, to zupełnie co innego. Całe życie toczyła niesamowitą walkę, której ja wtedy nie zauważałem.

Ponad dziesięć lat zbierałeś siły, żeby publicznie opowiedzieć o mamie. Długo.

Powiem to chyba pierwszy raz, ale do tego, żeby stworzyć ten monolog tak naprawdę ośmieliła mnie psychoterapia, na którą chodziłem i wciąż chodzę. I moja terapeutka.

Poszedłeś na terapię po śmierci mamy?

Tak. W pewnym momencie coś pękło. Z jednej strony była presja tak zwanego show-biznesu, ten kolorowy Szymon, którego wszyscy znali, a z drugiej choroba i umieranie mamy. Nie mogłem poradzić sobie z tym, że kiedy mama odchodziła….

… - Ty byłeś u szczytu sławy i zajmowałeś się rozśmieszaniem ludzi.

Nie byłem w stanie tego znieść. Trudno w świetle reflektorów przeżyć stratę tak bliskiej osoby.

Na „MaminSzymku” ludzie śmieją się i płaczą. A potem biją Ci brawo na stojąco.

Dziewczyna z teatru powiedziała mi, jak ludzie wychodzą i jeden facet mówi do swojej żony: „Nie lubię go, ale to mi się podobało”. Pomyślałem, że to jest najlepsza recenzja mojego monologu. Zrozumiałem, że ja tam przekroczyłem siebie, wyszedłem poza Szymka i Szymona, którego wszyscy znają. Nigdy zresztą nie miałem takich reakcji. Zawsze ludzie się śmiali, albo ktoś się nie śmiał, bo nie rozumiał. Pierwszy raz widzę ludzi, którzy się śmieją, a potem lecą im łzy. Albo śmieją się i płaczą jednocześnie.

Ty też płaczesz.

Mam dwa strasznie trudne momenty, nie jestem w stanie ich przejść... W pierwszym opowiadam o drodze mojej mamy do pracy. Po latach odkryłem, że chodziła na piechotę, bo bała się wsiąść do tramwaju. Miała klaustrofobię, różne lęki.

„Chodziłaś na piechotę z Ochoty na Żoliborz. Ze Szczęśliwickiej na Rydygiera to godzina i 15 minut. I z powrotem. Razem dwie godziny 30 minut...” - mówisz ze sceny.

Przez długi czas nie wiedziałem jakie miała problemy. Zrozumiałem dopiero kiedy po siedmiu latach od śmierci mamy zajrzałem do jej torebki, w której było bardzo dużo leków przeciwlękowych, antydepresantów. Nie rozmawialiśmy o tym. Mama chciała zachować to dla siebie. Całe życie pilnowała się, żeby nie stwarzać dodatkowych problemów. Ja sobie poradzę – mówiła. Chroniła mnie. Domyślałem się, że coś się dzieje, ale nie sądziłem, że to ma aż taki wymiar. Teraz wiem, że to cena, jaką zapłaciła za bycie samotną kobietą, za zmaganie się z życiem, ze swoimi demonami i…

 ... „synkiem, który był trochę nie do ogarnięcia”. To też z Twojego monologu.

Ciekawe, że ten monolog niechcący stał się autoterapią, pozwolił mi myśleć o mamie. To był dla mnie trochę zakazany temat. Bałem się wchodzić na ten teren.

Nowy numer VIVY! w kioskach od 20 lutego!  

Szymon Majewski, Viva! 4/2020
Fot. bartek wieczorek/laf am

Beata Tadla, Viva! 4/2020 okładka
Fot. Marlena Bielinska/Move Pictures

Wideo

Poznaj wyjątkowe nowości Avon na wiosnę 2020!

Akcje

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

ADAMOWICZ, EGURROLA, FIGURA, GOLCOWIE, KUSZYŃSKA, SOYKA, NIEDENTHAL… w osobistych wspomnieniach o bliskich ich sercu miejscach. Według DOMINIKI KULCZYK świat zmieni tylko „czuła rewolucja”? Ważny głos w sprawie wykluczenia kobiet. „Wciąż mnie zaskakuje” – profesor JERZY BRALCZYK o języku polskim. W sentymentalną PODRÓŻ do nadbałtyckich kurortów zabierają nas m.in. CIERNIAK-MORGENSTERN, RODOWICZ, IWASZKIEWICZ.