Z archiwum

7. rocznica śmierci Zbigniewa Religi. „Geniusz od serca i normalny ojciec”. Rozmowa z synem profesora

. 8 marca 2016 18:39
Zbigniew Religa podczas operacji serca, Śląska Akademia Medyczna
Fot. East News

Dziś mija 7 lat od śmierci profesora Zbigniewa Religi. Jaki był prywatnie? „Geniusz od serca i normalny ojciec. Człowiek tolerancyjny, a przy tym… straszny choleryk”.
Ten światowej sławy kardiochirurg  5 listopada 1985 roku przeprowadził pierwszy w Polsce udany przeszczep serca. Kierował Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu. Był też ministrem zdrowia. Zmarł 8 marca 2009 roku na raka płuc, opuszczając żonę Annę i dwoje dzieci – syna Grzegorza i córkę Małgorzatę. W 2014 roku w genialnego kardiochirurga w filmie „Bogowie”  wcielił się Tomasz Kot - za co zebrał pochwały w zagranicznych mediach.

Co Zbigniew Religa cenił nade wszystko, co wpoił swoim dzieciom, a czego nienawidził? Przypomnijmy Wam, co syn profesora, Grzegorz Religa, opowiedział Beacie Nowickiej w 2014 roku.

 

Grzegorz Religa szczerze o ojcu

Mieszkamy w kraju zmitologizowanego serca. Mamy kult serca Piłsudskiego, Paderewskiego, Chopina. Celebrujemy Święto Najświętszego Serca Jezusa. Serce to symbol życia, miłości. Ale to też pompa działająca według zasad hydrauliki. Coś musi być symbolem, a serce nadaje się do tego idealnie. Uważamy, że tam mieszkają uczucia wyższe albo dusza. Sam wychowałem się w tej kulturze i to jest dla mnie naturalne, że w każdym człowieku takie serce jest. Ale oprócz tego istnieje to drugie serce, ten kawałek mięsa, który pompuje życie. Ono czasami się psuje i można próbować je naprawić. To są dwie różne rzeczywistości.

– Często trzyma Pan serce w rękach?
Prawie codziennie.

– Ile waży?
Około 300 gramów. Serce mężczyzny jest troszkę większe. Ale jeśli kobiece serce jest bardzo chore, potrafi być dużo większe od przeciętnego serca męskiego. Kobiety chorują rzadziej, za to kiedy już chorują, stan ich serca bywa gorszy, trudniejszy do leczenia.

– Jesteśmy bardziej skomplikowane?
No, ewentualnie można tak to ująć… (śmiech).

 

 

Grzegorz Religa w centrum kardiologii w Aninie
Fot. East News
Grzegorz Religa w Centrum Kardiologii w Aninie, gdzie pracuje jako kardiochirurg.

– Pana ojciec, profesor Zbigniew Religa, był uważany za geniusza od serca. Gdyby miał Pan nakręcić swój film o ojcu, jaka byłaby pierwsza scena?
Nie mam pojęcia. Przychodzi mi mnóstwo obrazów do głowy. Ojciec na rybach na przykład. Był wiecznie otoczony ludźmi, więc kiedy potrzebował pomyśleć albo zwyczajnie miał dość i chciał być sam, uciekał na te ryby i świetnie się tam czuł. Albo boks, który Ojciec trenował w młodości? A jeśli pani pyta o moje pierwsze wspomnienie z Ojcem, to jest to nasz wspólny wyjazd za granicę, miałem wtedy siedem lat. Rodzicie wrócili ze stypendium w Stanach i część pieniędzy, które tam odłożyli, przeznaczyli na wycieczkę po Hiszpanii. Pojechaliśmy na miesiąc, naszym samochodem.

– Jakim był ojcem?
Normalnym. Pamiętam jakieś moje urodziny, chyba ósme, Tato przyszedł tego dnia wcześniej i nie mógł wejść do mieszkania, tyle miał pudełek z grami i zabawkami dla mnie. Wtedy jeszcze pracował w Warszawie i był na co dzień w domu, aczkolwiek to „bywanie” niewiele różniło się od tego z późniejszych czasów, kiedy zaczął kierować Kliniką Kardiochirurgii w Zabrzu i do domu wpadał na weekendy. Generalnie Ojciec przez całe życie był w domu gościem. Wracał późnym wieczorem, wychodził wcześnie rano.

– Wychowywał Pana twardą ręką?
Nie było takiej potrzeby. Raz w życiu dostałem od niego w tyłek. Pamiętam do tej pory, bo wlał mi absolutnie słusznie, ponieważ użyłem wulgarnego słowa personalnie do mojej siostry. Zapamiętałem na całe życie, że wulgarnych słów nie wolno kierować do ludzi. Poza tym Ojciec był niesłychanie tolerancyjny. Paliłem od 14. roku życia, bo byłem młody i głupi. Moi rodzice również palili i niepisana zasada mówiła, że do 18. roku życia palę w swoim pokoju. Ale kiedy do pokoju wchodził Ojciec, nie rozmawiałem z nim z papierosem w ustach, tylko odkładam go na bok. 

 

– „Bogowie” opowiadają o trzech latach z życia Pana ojca. Pan miał wtedy…?
Siedemnaście lat.

– I był Pan zbuntowanym licealistą Czackiego, jednego z prestiżowych liceów warszawskich. Podobno miał Pan dość charakterystyczny wygląd i kochał kapele punkrockowe.
Miałem włosy stojące na wszystkie strony i w różnych kolorach. Białko od jajka służyło do ich stawiania, a do farbowania zmywalne farby w sprayu, które raz na jakiś czas ktoś przywoził z zagranicy. Na co dzień nie nosiłem kolorowych włosów, tylko na koncertach, ale, ogólnie rzecz biorąc, chodziłem rozczochrany (śmiech). Pyta mnie pani, jaki byłem? Czytałem Remarque’a, wszystko, co było pod ręką, Trylogię Sienkiewicza, lubiłem książki Stanisława Grzesiuka: „Boso, ale w ostrogach”, „Pięć lat kacetu” i „Na marginesie życia”. Chodziłem na koncerty punk-rockowe TZN Xenna, Dezerter czy Kultu, włóczyłem się z kolegami, chodziliśmy na piwo, co w tamtych czasach wcale nie było łatwe, bo piwa po prostu nie było. Trzeba było wiedzieć, gdzie iść i kiedy. Mieliśmy szczęście, bo w pobliżu naszego liceum, przy ulicy Marszałkowskiej, był bar Praha – zresztą to miejsce istnieje do dzisiaj – gdzie podawano piwo kuflowe.

 

 

Zbigniew Religa
Fot. REPORTER

Profesor Zbigniew Religa w 2007 roku.


– Wiedział Pan już wtedy, że też będzie studiował medycynę?
Nie wiedziałem, czy chcę studiować medycynę w takim sensie, że jak człowiek ma 17 czy 18 lat, to jeszcze nic nie wie. Ani o sobie, ani o świecie. Natomiast nigdy nie rozważałem żadnych alternatywnych scenariuszy, nie myślałem, że mógłbym robić w życiu coś innego. Wychowałem się w domu lekarskim, ojciec nieustannie rozmawiał z mamą na ten temat i dla mnie medycyna była czymś naturalnym. Nie analizowałem tego. W liceum wybrałem klasę biologiczno-chemiczną, więc już wtedy, podświadomie, miałem swoją przyszłość „zapisaną” gdzieś z tyłu głowy.

– Nie dostał się Pan za pierwszym razem na medycynę. Zabrakło Panu kilku punktów. Na Śląsku, gdzie Pana Ojciec był już gwiazdą, z taką punktacją bez problemu zostałby Pan przyjęty na Akademię Medyczną. Wybrał Pan inny scenariusz.
Ojciec był od początku przeciwny, ja trochę się wahałem, ale wiedziałem, że ta decyzja ciągnęłaby się za mną do końca życia. Zacząłem pracę w warszawskim szpitalu na Czerniakowskiej, jako salowy. Podjąłem jedną z najlepszych decyzji, bo jako młody chłopak zobaczyłem medycynę od najgorszej strony i to mnie nie przeraziło. Widziałem umierających ludzi, którym lekarze nie są w stanie pomóc, opiekowałem się pacjentami, którzy mieli zakażenia i ich ciała gniły. Widziałem, co wylewa się z człowieka, kiedy chirurdzy otwierają mu brzuch, i zapewniam panią, że nie jest to fajny widok. Ten rok był dla mnie cholernie ważny. Medycyna jest specyficznym zawodem. Zrozumiałem, na co się decyduję, i wiedziałem, że jestem w stanie to udźwignąć – i fizycznie, i psychicznie.

– Pana ojciec podkreślał, że kiedy umiera pacjent, mieszanina gniewu, żalu, bezsilności bywa nie do wytrzymania. Nie wstydził się mówić, że wiele razy w takich sytuacjach płakał.
To jest rzeczywiście cholernie trudne, ale trzeba sobie z tym radzić. Wie pani, sytuacje są różne. Czasami, kiedy umiera człowiek w podeszłym wieku i był skrajnie chory, myślisz sobie: No dobra, nie udało się, natura nas pokonała, ale pacjent miał szansę tym życiem się nacieszyć. Kiedy umierają ludzie, którzy – wydaje ci się – jeszcze umierać nie powinni, bo mają dopiero po kilka albo kilkanaście lat, masz do siebie mnóstwo pytań, czasami pretensji: czy można było coś zrobić inaczej, może lepiej…? Na te pytania nie ma odpowiedzi. Bo już nie da się tego powtórzyć i zrobić inaczej. Płaczesz i musisz z tym żyć dalej.

 

Rozmawiała: Beata Nowicka

 

 

Zbigniew Religa
Fot. ONS.pl

Profesor Zbigniew Religa założył Pracownię Sztucznego Serca Śląskiej Akademii Medycznej w Zabrzu, której celem było wyprodukowanie tzw. sztucznego serca i wszczepialnych urządzeń wspomagających jego pracę. 

 

Polecamy także: "Naj­bar­dziej kręciło ją pi­sa­nie i fa­ce­ci". 19 lat temu odeszła Agnieszka Osiecka, „cesarzowa polskiej piosenki”.


 

Wideo

Ten kosmetyk zmniejszy widoczność zmarszczek w ciągu jednej nocy!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Niezwykła rozmowa z Grażyną Torbicką o jej wszystkich miłościach. A Remigiusz Mróz zdradza nam tajemnice swojego sukcesu!