Stan Borys, Anna Maleady, Viva! 25/2019
Fot. OLGA MAJROWSKA
TYLKO U NAS!

Stan Borys z partnerką opowiedzieli nam o miłości, która przetrwała najcięższą próbę

„Różnica wieku naprawdę nie jest ważna. Ważna jest bliskość i przyjaźń”

Krystyna Pytlakowska 11 grudnia 2019 18:26
Stan Borys, Anna Maleady, Viva! 25/2019
Fot. OLGA MAJROWSKA

Gdy dostał udaru, nie myślał o śmierci, tylko o tym, w jak trudnej sytuacji postawił Annę. Ona postanowiła zrobić wszystko, by przywrócić mu pełną sprawność. Razem walczą o jego zdrowie, silniejsi i bardziej zakochani w sobie niż przed chorobą. Legenda polskiej muzyki Stan Borys i jego partnerka Anna Maleady opowiadają o miłości, która przetrwała najcięższą próbę, i wspólnym życiu, na które mają coraz większy apetyt.

Stan Borys z partnerką, Anną Maleady o miłości

Z Anią poznaliście się przy tenisie.

Anna: To było na Florydzie na turnieju tenisowym dla Polonii. Sport zawsze mnie fascynował, co ciekawe, nie znałam wtedy Stana jako piosenkarza. Wydał mi się bardzo interesującym mężczyzną. Zauważyłam, że ma ciekawą osobowość i urok. W dodatku zabiegał o moją uwagę, adorował mnie. Czy to przypadek, że się spotkaliśmy?
Stan: Nie ma przypadków. Mieliśmy się spotkać i już. A ja też szukałem adoracji. Umiałem więc ją okazywać…
Anna: Po turnieju posłuchałam twoich piosenek i wtedy mnie olśniło, że przecież je znam. „Anna”, „Spacer dziką plażą” i „Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma” to piosenki, których słuchałam z rodzicami jako mała dziewczynka. Zdałam sobie sprawę, że „To »ten« Stan Borys”, którego uwielbiały miliony słuchaczy, i nagle zniknął z polskiej sceny muzycznej. Nie wiedziałam, że od tamtego czasu mieszkał w Ameryce.
Stan: Ania to moje wielkie szczęście. Rozbawiło mnie, że kiedy spotkałem ją w 2009 w Port St. Lucie, nie wiedziała, kim jestem. Dopiero gdy zadzwoniła do mamy, ona powiedziała: „Jak możesz nie znać Stana Borysa i jego piosenek?”. Może dlatego zaprosiłem ją wtedy na mój koncert w Arizonie. A potem w Czerwone Góry Sedony. I to była nasza pierwsza randka, medytacje i początek miłości.

 Znałeś tyle kobiet, przeszedłeś przez trzy małżeństwa. Co takiego jest w Ani, że właśnie ona została Twoją życiową partnerką i tak już pewnie zostanie.

Stan: Przede wszystkim mamy wspólne myśli i ufamy sobie bardzo. Przecież na miłość nie ma lekarstwa (śmiech). Znalazłem w naszym związku szacunek, spokój, zrozumienie, a to zasługa Ani. Biorąc pod uwagę moje doświadczenia, przeszłość, nikt nie wierzył, że mogę być z jakąś kobietą dłużej niż w poprzednich związkach i stworzyć z nią taki, w którym oboje będziemy szczęśliwi. Ci, którzy mnie dobrze znają i wiedzą, że mam skomplikowany charakter, mówią o Ani, że jest aniołem i musi być bardzo inteligentna, skoro sobie ze mną radzi. Ja też tak często myślę, bo wiem, jak trudno mnie zrozumieć. 

Ania jest Twoją menedżerką i opiekunką?

Stan: Teraz to ona prowadzi wszystkie moje sprawy zawodowe i szpitalne. Ludzie chętnie zaczynają z nią współpracę. Czasem już po jednym telefonie zapraszają mnie w Ameryce na koncert. Dzięki kreatywności Ani mogłem realizować bardzo różne pomysły i projekty. Jednym z najważniejszych jest program, w który angażowaliśmy polską młodzież w USA do poznania i recytowania wierszy Cypriana Kamila Norwida, które ja później śpiewałem. Było to szczególnie ważne, zwłaszcza w tych środowiskach, w których młodzież zapomina język polski albo zna go bardzo słabo.

Masz poczucie misji i duszę poety?

Stan: Misyjność? Coś w tym jest. Sam zresztą wydałem dwa tomiki wierszy. A Norwida znałem od 17. roku życia, nie wiedząc, że kiedykolwiek będę go śpiewał.  

(...)

Gdybyś nie wyjechał do Ameryki w 1975 roku i nie został tam 30 lat, to nie poznałbyś Anny, którą teraz nazywasz swoją wielką miłością. I która opiekuje się Tobą najczulej, jak umie.

Stan: Masz rację, w życiu jedno zdarzenie wypływa z poprzedniego. A kiedy po 30 latach przyjechałem do Polski, poczułem, że tu jest moje miejsce, i wymyśliłem nawet taki koncert pod tytułem „Jaskółki wracają do gniazd” razem z grupą muzyczną Imię jego czterdzieści i cztery. Od 2004 roku praktycznie mieszkam w Polsce.

Ale Norwid jest nadal bardzo ważny w Twoim życiu…

Stan: A wiesz, że moją zachwianą mowę ćwiczyłem, mówiąc na głos wiersze Norwida? Recytowałem je od trzeciego dnia choroby. Głośno przez kilka minut. Najczęściej „Fortepian Chopina”, który w moim wykonaniu trwa siedem minut. I zaczęła wracać do mnie mowa i czucie w lewym policzku.
Anna: Kiedy Stan był unieruchomiony, kiedy jeszcze prawie nie mówił, kiedy woziłam go na wózku, myślał o poezji, powtarzał sobie w pamięci wiersze. Myślę, że ta poezja wpłynęła na jego wolę życia i postępy w opanowaniu skutków udaru.
Stan: Ale i ty, Aniu, wpłynęłaś na to, bo nie mogłem pogodzić się, że się nie poruszam samodzielnie i wozisz mnie wszędzie na wózku inwalidzkim. Codzienne wożenie mnie na spacery potęgowało moją wiarę w to, że niedługo wstanę z wózka i zacznę chodzić sam. Ta wiara i to, że jesteś przy mnie, wyzwalała we mnie chęć życia. To cudowne uczucie miłości i wsparcia dawało mi siłę. Ruch jest przeciwieństwem śmierci i dlatego tak ważny jest dla zdrowia. A moje myśli, o których mówisz… Zamykałem się w sobie, pomiędzy chorobą a sztuką, bo denerwował mnie świat zewnętrzny. Nie chciałem z nikim się spotykać, bo szybko się męczyłem i nie mogłem rozmawiać.
Anna: Twoi przyjaciele to rozumieli. Są bardzo szlachetni. To wtedy Fundacja Lex Nostra, artyści i Polskie Radio zorganizowali koncert, by uzbierać fundusze na twoją rehabilitację. Następny koncert odbył się w sierpniu, zorganizował go Marcin Daniec wraz z przyjaciółmi – artystami z turniejów tenisowych w Bielsku-Białej.

(...)

Bo Ania naprawdę Cię kocha.

Anna: Nie umiem opowiadać o miłości i nie chcę słowami nazywać tego, co jest między nami. O uczuciu do kogoś, o bliskości świadczą czyny, a nie deklaracje, jak to często się dzieje, a potem cała ta wielka miłość czy przyjaźń ulatnia się w powietrzu i już nic po niej nie zostaje. Nigdy bym nie zostawiła kogoś, kto jest mi tak bliski, chociaż wiem, że niektórzy bez żadnych skrupułów nie chcieliby znosić trudów czyjejś choroby. Byli i tacy, którzy zawiedli i nas bardzo rozczarowali, bo jak się później okazało, nie byli przyjaciółmi. Ale objawili się nowi, którym zależy na zdrowiu Stana.  

I żeby wrócił do śpiewania. W młodości uwielbiałam Stana i jego śpiew, ale przez te lata, kiedy go nie było, zapomniałam o nim. A teraz ponownie się Twoimi piosenkami zachwycam i myślę: Jak ja mogłam o Tobie zapomnieć?

Stan: Nie gniewam się, inni też zapomnieli, przecież nie było mnie tu przez 30 lat, a gdy wróciłem, to nie śpiewałem tanich rock and rolli ani rapu, który teraz w Polsce dominuje. Za to pamiętam o Chopinie, patrząc na wierzby płaczące, przypominam sobie jego piękne preludia.

(...)

Ale to nie jest łatwa miłość. O 30 lat młodsza kobieta…

Anna: Różnica wieku naprawdę nie jest ważna. Ważna jest bliskość i przyjaźń, którą zbudowaliśmy. Zaufałam Stanowi i się nie pomyliłam.
Stan: Powierzyłaś mi nawet Julkę, ukochaną shih tzu, gdy leciałem do Polski, a ty musiałaś jeszcze zostać w Ameryce.
Anna: To rzeczywiście był dowód mojego wielkiego zaufania (śmiech).

Wasze relacje teraz, kiedy Anna nie opuściła Cię w tak trudnych chwilach, zapewne bardzo się pogłębiły?

Stan: Ludzie w szpitalach opowiadali mi, jak pozostali sami, na wózkach, i płakali, bo ktoś ich zostawił. Zostali tylko na łasce rehabilitanta. Na ile znałem Anię, wiedziałem, że ona mnie nie opuści. Nie zdajemy sobie sprawy, że może będziemy potrzebować czyjejś pomocy, dotyku, przytulania. Że ktoś weźmie cię pod pachę i przeprowadzi na drugą stronę trudnej ulicy. A tak przecież może się zdarzyć w każdej chwili. Ania mnie nigdy nie zawiodła.

Stan Borys, Anna Maleady, Viva! 25/2019
Fot. OLGA MAJROWSKA

Małgorzata Kożuchowska, Viva! 25/2019, OKŁADKA
Fot. Zdjęcia Magdalena Łuniewska

TAGI #Stan Borys

Wideo

Wiosna 2020 - design, kulinarne inspiracje, podróże bez wychodzenia z domu!

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

„Pandemia nie zmieniła mojego życia, to ja sama je zmieniłam…”, mówi AGNIESZKA MACIĄG. Kraśko, Olejnik, Rodowicz, Rusinek, Szczygieł, Wojciechowska… o emocjach i rodzinnych relacjach w izolacji domowej. JACEK SANTORSKI radzi, jak nie zwariować w czasie pandemii. Zmierzch zachodniej cywilizacji? Beata Pawlikowska w egzystencjalnych rozważaniach w dobie koronawirusa.