Paweł Reszka
Fot. mat. pras.
TYLKO U NAS

„Wjeżdżamy na wkur*ie!”, reporter Paweł Reszka został ratownikiem medycznym

„Mali Bogowie” - książka, która otwiera oczy!

21 kwietnia 2019 20:46
Paweł Reszka
Fot. mat. pras.

Reporter Paweł Reszka  został sanitariuszem, pracował w szpitalu i jeździł z karetką pogotowia. Poznał polską służbę zdrowia od środka. Widział cierpienie i agresję. Widział poświęcenie i śmierć. Przeprowadził dziesiątki rozmów z lekarzami. Napisał o tym dwie książki: Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy i i Mali bogowie 2. Jak umierają Polacy.  Czy już wie, na co cierpi system polskiej medycyny? I jak go uleczyć? Przeczytaj rozmowę z człowiekiem, który zbierał pijaków z rowów i krępował pasami narkomanki.

Fot. mat. pras.

Był Pan w piekle?

Pewnie parę razy byłem. Dużo widziałem cierpienia, wielkiego smutku. Obrazy które zostają w głowie. Pamiętam, jako pielęgniarz w szpitalu spotkałem dwójkę starszych ludzi, mamę i tatę, którzy pytali o miejsce, gdzie jest trupiarnia. Zmarło ich dziecko. Nikt nie ma czasu się zatrzymać się, jakoś im pomóc, przytulić. Wszyscy w szpitalu pędzą, ratuje się życie, albo jak ja, rozwozi siki. Rano przychodziłem na dyżur, widziałem się ludzi kłębiących w kolejce i wieczorem, a gdy wychodziłem wciąż tam byli. Ci sami. Nie byli jakoś szczególnie chorzy, ale to coś potwornego siedzieć osiem godzin w kolejce.

Napisał Pan w swojej książce Mali bogowie: „Chciałem zajrzeć do sklepu ze śmiercią”.

Tak, ale jednoczenie nie chciałem, żeby była książka pornograficzna. Najfajniej zatrudnić się w trupiarni i opisać rozkład, umieranie. Wybrałem coś równie dramatycznego, ale nie tak dosłownego. Ze szpitala szybko mnie wyrzucili, bo zostałem zdekonspirowany. Jeden z lekarzy był fanem moich felietonów w „Tygodniku Powszechnym”. Pchałem wózek z pacjentem, wjechałem do sali, a doktor na mój widok: „Dzień dobry, panie redaktorze”. Potem się zaprzyjaźniliśmy. Ale już nie mogłem pracować pod przykrywką.

W czasie strajku rezydentów zapoznałem się z ratownikami medycznymi, którzy powiedzieli: „To my ci pokażemy, jak to wygląda”. Wzięli mnie do ekipy, która jeździ karetką pogotowia. Nasz rejon obejmował przedmieście dużego miasta, małe miasteczka i wsie. Wchodziłem do wielu domów, widziałem realne dramaty. Byłem świadkiem rozmów: „Jak długo syn pije?”, „Dawno, z dziesięć lat”. A chłopak ma 19 lat. Albo: „Gdzie tatuś?” „Tutaj, śpi”. A to komórka, chlewik, w którym zwierzę trudno trzymać. Istniej paskudny zwyczaj w Polsce – pozbywania się starszych ludzi przed świętami. Wzywa się pogotowie, żeby babcię czy dziadka zabrali do szpitala, bo rodzina chce wyjechać na święta!

Widział Pan służbę zdrowia od środka. Co Pana poruszyło?

Zobaczyłem duża obojętność. Po dwóch strona barykady – wśród lekarzy i wśród pacjentów. Więc zrobiłem na sobie test. Ponieważ wcześniej nie bardzo lubiłem lekarzy i całą ochronę zdrowia. Wydawało mi się, że są to ludzie bez empatii. Pomyślałem sobie: „To są ponadprzeciętnie inteligentni ludzi, kończą bardzo trudne studia, na pewnym etapie jest to dla nich powołanie. I nagle przychodzi moment, że się zmieniają w nieczułe roboty. Mówią, że nienawidzą pacjentów, jednocześnie nie mogą się oderwać od tej roboty. Dobrze by było złapać moment, kiedy to się dzieje”.

Ciekawe, bo oni są uczeni na studiach diagnozowania, potrafią też zdiagnozować samych siebie. Gdy mnie wyrzucili ze szpitala, rozeszła się fama, że jest gość, który pisze o służbie zdrowia i wiele osób zgłosiło się do mnie. Spotykaliśmy się i oni siebie diagnozowali. Ale ja też przecież się diagnozowałem. Gdy byłem sanitariuszem obserwowałem, co się ze mną dzieje. Praca sanitariusza to głównie zamienianie energii potencjalnej na kinetyczną. Czyli ciągle się pcha wózki albo łóżka z ludźmi.

I trzeba opanować specjalne tricki – w czasie jazdy musisz trzymać drzwi do windy, bo się nie zamkną, a łokciem trzymać przycisk, bo inaczej ktoś cię ściągnie. A przeważnie cię ściągają i mówią, że to pilna potrzeba ratowania życia i musisz wypieprzać z pacjentem. Potem słyszysz: „Stary, trzy piętra, a ty z tym wózkiem 25 minut jedziesz? Chyba się obijasz?". Wszyscy mają pretensję.

Usiłujesz robić swoją pracę dobrze. A to nie zawsze jest proste. Na przykład nie wolno sanitariuszom samodzielnie wozić pacjentów pod tlenem. Bo mogą zejść w czasie transportu i będzie zadyma. Musi ci towarzyszyć pielęgniarka albo lekarz. Ale oni nie mają czasu. Więc siostra daje ci pacjenta pod tlenem i mówi: „Weź go”. „Nie mogę, bo mnie opierdzielają. Mam zakaz wożenia. Siostra pójdzie ze mną”. Ona: „Nie mogę”. I zabiera pacjentowi tlen. Pacjent trochę sapie, ale daje radę. „Idź, ale szybko”, słyszę, więc ruszam zaskoczony i przestraszony.

A co z empatią?

Opowiem, kiedy się pierwszy raz złamałem. Musieliśmy położyć człowieka po wypadku pod tomograf. Półprzytomny, poobijany, jęczał z bólu. Wielki, ważył ze 160 kg. W czterech sanitariuszy nie daliśmy rady, doprosiliśmy technika. Musieliśmy być brutalni, bo facet był prawie nie do ruszenia. Przerzuciliśmy go na tomograf i z powrotem. Zasapani, kręgosłupy bolą. Wtedy jeden z sanitariuszy podszedł do nieprzytomnego człowieka, złapał go za policzek: „I co, pączusiu?”. Wszyscy zaczęli się śmiać, pusty, desperacki śmiech nie wiadomo z czego. Ja też się zacząłem śmiać. Napierdzielał mnie kręgosłup i mówię: „Aha. Właśnie dołączyłem do grona ludzi bez empatii. Adaptuję się”.

A w karetce?

Mieliśmy narkomankę, kazali mi ja zapinać w pasy. Usłyszałem: „A jak się będzie próbowała rozpiąć, to jej przypierdol i nam powiedz. Wtedy się zatrzymamy i wpierdolimy jej wszyscy”. Ja mówię: „Chyba tego nie słyszy?”. Ona woła: „Wszystko słyszałam”. Na co jeden z ratowników: „O to właśnie, kurwa, chodzi, żebyś słyszała”. Niesamowita historia. Potem zacząłem rozumieć o co chodzi.

O co?

Nie wolno narkomanów dobrze traktować. Dlatego, że oni dzwonią po pogotowie, żeby im zrobiło zastrzyk, żeby odpuścił głód. Chcą, żeby wziąć ich do szpitala, dać metadon. A oczyszczeni spierdzielają. „Stary”, słyszałem, „jak oni nas będą traktowali jak doraźną pomoc, będziemy jeździli tylko do nich. Muszą się nas realnie bać”. Albo był gość, który w ciągu jednej nocy chciał się pięć razy zabić. Rozkładaliśmy się na łóżkach polowych, a tu znów trzeba jechać, za piątym razem wszyscy już byli naprawdę źli. Wytłumaczono mu, że następne wezwanie będzie dla niego bolesne.

Czyli co?

Zostało powiedziane, że go zaboli.

Tacy ludzie was wykorzystuje? Czy potrzebują psychiatry?

On musi z kimś pogadać. Dlatego dzwoni. Jednego gościa wzięliśmy, bo położył się na środku drogi. Zawieźliśmy go do domu. I zaraz matka dzwoni, że gość w stodole wiesza sznur. Nie jechać? A jak mu się uda? To prokurator. Ale nie można całą noc jeździć do takich pacjentów, bo pogotowie w zasadzie powinno ratować życie.

A szpital psychiatryczny?

Szpitale nie chcą przyjmować. Pojechaliśmy raz do prywatnego domu opieki społecznej. Jak wchodziliśmy rzygać mi się chciało, tak waliło szczochami i kałem. Dziadki pookładane jeden obok drugiego. Lekarz raz w tygodniu. Wezwano nas do pani z demencją, bo miała wahania ciśnienia. Była w bardzo złym stanie. Otworzyliśmy jej usta, miała grzyba w ustach, przełyk cały zielony, bardzo brzydko pachniała. Koledzy straszny opierdziel zrobili, że to jest skandal, doprowadzić kobietę do takiego stanu. „Trzeba ją wziąć”, mówią, „tego grzyba nie wyleczą nigdy”. Dobra, bierzemy, ale jeszcze trzeba sprzedać do jakiegoś szpitala. Sprawdzają, kto ma gdzie dyżur? Potem targowanie: „Siostrzyczka weźmie”, „A po co nam ona?”. W końcu kradną siostrze pieczątkę, podbiją, że kobieta z grzybem przyjęta.

Cały czas walka z systemem?

System jest bezduszny. Ustawiony przeciwko chorym i lekarzom. Protest rezydentów zdarzył się w chwili, kiedy zbierałem materiały. Miałem wtedy dużo rozmówców. Zrozumiałem protest tak – że to głos młodych ludzi, którzy jeszcze do końca się nie znieczulili. Mówią: „Za chwilę będziemy zarabiali dużo pieniędzy, ale zmienimy się w roboty. Nie chcemy być uzależnieni od pracy. Nie chcemy pracować po 360 godzin miesięcznie. Chcemy normalnie, osiem godzin dziennie za godziwe wynagrodzenie. Chcemy mieć czas dla dzieci, dla rodziny. Żeby nam się małżeństwa nie rozpadały”.

Oczywiste sprawy.

Ale niemożliwe. Zróbmy numer i zakażmy pracować lekarzom więcej niż osiem godzin dziennie. To cały system stanie, bo ich jest za mało. Jakby minister finansów i zdrowia mieli dowolne środki, to nie mogą im zapłacić tyle, żeby pracowali po ludzku, bo nie będą brali dodatkowych dyżurów. System się wywali.

Z Pana książki wyłania się obraz ludzi, którzy zarabiają mało. I dużo pracują.

W niektórych specjalizacjach są duże pieniądze. Starsi lekarze specjaliści – na przykład okuliści - kupują sobie samochody, jachty, ale nie mają czasu z nich korzystać. Dlaczego nie ma geriatrów, albo psychiatrów dziecięcych? Bo to są specjalizacje mało dochodowe.

Z przerażeniem czytałem, ze ludzie którzy ratują życie, mają mało kasy i strasznie dużo pracują. To niebezpieczne dla nas wszystkich, ich pacjentów.

Lekarze medycyny ratunkowej to wysokiej klasy specjaliści. Nieopłacani adekwatnie do odpowiedzialności i wysiłku. Tak samo jak ratownicy medyczni - mają swój specyficzny styl, są duzi, często nieprzystępni, opryskliwi, czasem nawet agresywni. Na stacjach SOR-u leżą tacy misiowie na wyrach, oglądają głupie filmy, albo opowiadają świńskie kawały. Ale gdy nadchodzi czas akcji, zamieniają się w prawdziwych piratów.

Z luzaków, którzy mają na wszystko wywalone tworzy się wspaniale działająca maszynka. |Działają niemal bez słów, każdy wie, co do niego należy. Podają leki, używają defibratora. Mają kilka toreb bardzo skomplikowanego sprzętu. Raz przy mnie wrócili gościa zza światów. Leżał sztywny na podłodze w swoim mieszkaniu, dotykałem go, był zimny, jak udko kurczaka wyjęte z lodówki. Ja bym go już zakopywał. A oni – cud, ożywili go. Zaczął oddychać, kolory mu wróciły. Opadła mi szczęka.

Ulga?

Ulga, radość. Oczywiście nikt tego bardzo nie pokazuje, ale duma jest. Ale puenta w tym wypadku była zaskakująca. Szef zespołu powiedział: „Będzie żył”, wtedy zainteresowała się wdowa i z pretensją: „Jak to, kurwa, będzie żył?”. Zrobiła nam kosmiczna awanturę.

Niewdzięczna żona?

To był szok dla mnie. Co to za wariatka? Ale wyjaśnili mi w karetce: „Zobacz – gość ma tatuaże. To był bandzior tutejszy. On tę babę cały czas lał. Jak się zwalił ze schodów myślała, że zejdzie, a ona nareszcie ma wolne. Dlatego taka wkurzona”.

Życie zaskakuje.

Dlatego ważne, że ta książka powstała z wcieleniówki. Gdybym napisał ją z opowieści z drugiej ręki, nie byłoby takich emocji. Ratowanie życia jest czymś niesamowitym. Człowiek unosi się trzydzieści centymetrów nad ziemią. Wow, to zrobiłem ja i koledzy. Niemożliwe! Strzał adrenaliny. A potem szok - jacy ludzie potrafią być źli! Rzeczywistość nie jest biała i czarna. Uratowaliśmy człowieka, a ta kobieta też nie była jakaś cyniczna degeneratka, miała swoją rację. Takie doświadczenia sprawiają, że łapie pan balans.

Spotkał się Pan z agresją?

Mieliśmy zabawną przygodę. Mała miejscowość, wezwanie do agresywnego pacjenta. Takie wezwanie zawsze jest trudne. Nie powinno się wchodzić do domu, zanim przyjedzie policja, ale jak się staje przed domem to jest dylemat. Zanim policjanty przyjadą, pacjent może cała rodzinę wybić. Więc czasem szef zespołu daje komendę: „Chłopaki z daleka od okien i na kurwie wchodzimy!” No i kiedyś niedziela, małe miasteczko. Przyjeżdżamy pod adres, patrzymy, a to sklep. Zdziwienie, ale wchodzimy.

Wiejski sklepik, długi jak tramwaj. Stoi pani w fartuchu w kwiatki, klientki. Mówimy „dzień dobry”, nikt nie odpowiada, cisza. „My do agresywnego pacjenta”. Ale wokół same baby. Dopiero na końcu sklepu na skrzynce po piwie robi flachę sam ze sobą jakiś gość. Więc idziemy do niego: „Nie ruszać się, morda w kubeł, ręce przy sobie. Piłeś?: I nagle sklepowa: Panowie, ale tu nie ma żadnego agresywnego pacjenta!”. Sprawdzamy adres – nie ten. Okazało się, że przestraszyliśmy Bogu ducha winnego człowieczka, który w strachu przed żoną pił w sklepie i nagle zobaczył trzech Marsjan w pomarańczowym, którzy chcieli go bić!

Trudny zawód?

Czasami się pacjenci się rzucają. Gdy byłem na SORze przywieźli gościa po dopalaczach. Był silnie przestraszony, a że miał z 90 kg, zrywał pasy. Lekarka dała mu już trzy strzykawki środka uspokajającego, a on dalej szalał. Więc dostał tyle, że zmiękł. Ciekawe, że poznałem kobietę ratownika medycznego, wiotką panią doktor, ładną, elegancką, wagi piórkowej. Całe życie w pogotowiu. „Pani doktor, przepraszam najmocniej, ale można po ryju dostać w pani pracy”. „Tak, ale zawsze biorę do załogi dużych chłopaków, to oni mnie bronią.

I wie pan, trzeba triki stosować”. „A jakie?”. „Jak leży pijak, to nie pochylam się nad nim, żeby sprawdzić, czy przytomny. Mam córkę, pochylę się, a on mi zamaluje w twarz. Następuję mu obcasem na mały paluszek. Jeżeli jest przytomny i udaje, to następuje zmartwychwstanie!”. Nie powinno się tak robić, ale rozumiem panią doktor. Z pijakami najgorzej, ludzie dzwonią i nie wiadomo, co się dzieje. Czy leżą w rowie, bo zawsze tam leżą, czy ich ktoś potrącił

Napisał Pan, że nie miał świadomości, że tylu osób w Polsce pije?

Sporo tego, rzeczywiście. Ludzie piją bez sensu po kaskadersku. Jak się w chodzi do tych domów, widać od razu, że lakiernik.

To choroba?

Choroba, beznadzieja, dostępność alkoholu. Dramat. Szczególnie, gdy to młodzi ludzie. A mają przeważnie 20-25 lat. Jeździliśmy po dużym mieście, miasteczkach i wsiach – strasznie chleją. Widać, że nałóg niszczy całe. Kiedyś myślałem, że to współuzależnienie to jakaś ściema. Nie – jedna osoba pijąca, albo uzależniona do narkotyków wykańcza całą rodzinę. Ludzi marnieją psychicznie i fizycznie. Przyjechaliśmy kiedyś po jedną narkomankę. Widać, że kiedyś ładna dziewczyna, dzisiaj wrak.

Mieszkanie kiedyś eleganckie, widać, że jej rodzice starali się, teraz w ruinie. Dziewczyna mieszka z matką, ojciec się wyprowadził na działkę, żyje w altance. Narkomanka ma córkę, która myśli, że jej matka to siostra. Ojciec narkomanki do nas: „Błagam weźcie ją”, „Na odtruwanie nie”, „Błagam, ona otwiera piekarnik, włącza gaz i chce nas wszystkich wysadzić”. Jedna osoba rozpierdzieliła całą rodzinę.

Czego Pan się nauczył o świecie lub o sobie w tej pracy?

Solidna lekcja, że nie ma sensu zbyt pochopnie wyrokować. Bo życie potrafi niesamowicie zaskoczyć. Rzadko zdarzają się sytuacje biało czarne. A jeżeli ktoś zachowuje się, jak szwarc charakter, to nie znaczy, że jest zły.

Trzeba bliżej poznać człowieka?

Tak, a pozory mylą. Teraz kiedy wszystko jest takie szybkie, media społecznościowe, internet, który daje poczucie anonimowości, czujemy się bezkarni. To nas skłania do ferowanie szybkich i bezwzględnych wyroków. A jak się od środka zobaczy świat, człowiek otwiera oczy. Cieszę się, że to zrobiłem, poukładało mi w głowie.

Pracował Pan też na SORze?

Jako sanitariusz, ale jedno z ciekawszych doświadczeń, gdy przez dobę obserwowałem pracę lekarza na SORze, za jego zgodą chodziłem za nim krok w krok. Napisałem o tym reportaż. I już wiem, skąd tłumy na SOR. Oprócz nagłych wypadków kierują tan też swoich pacjentów lekarze rodzinni. Proszę sobie wyobrazić – lekarz pana leczy i kieruje Pana na różne badania. Tomograf i inne takie. Będzie pan czekał wiele miesięcy na te badania, jedno zrobi pan po dwóch miesiącach, inne po czterech, a lepiej, żeby były razem.

Więc co robi lekarz? Instruuje pana: „Zadzwoni pan na pogotowie o 3 nad ranem i powie, że boli pana mostek”. Stan przedzawałowy. Nie ma przebacz. Ratownicy przyjadą i do rana będzie pan miał wszystko zrobione. Tak to działa. Lekarz z SOR mówił, że do niego przychodzili pacjenci z karteczkami, na których mieli napisane, co mają mówić. „Jak ja nienawidzę tych ch… rodzinnych!”, wołał lekarz z SOR.

Moim zdaniem system jest tak zbudowany, że ludzie będą umierać na SORach. Statystycznie rzecz biorąc, zawsze będą błędy, niedopatrzenia. A do tego system jest postawiony na głowie.

Można zreperować system?

Niech pan nie wymaga od sanitariusza, który pchał wózki, diagnozowania systemu. Wielcy medycyny się na tym wykładali. Może trzeba menadżera, ekonomisty. Na pewno lekarze powinni przyzwoicie zarabiać i nie pracować aż tyle. Bo zamieniają się w roboty.

Czy zawód lekarza uzależnia?

To się zdarza. Jeden z lekarzy powiedział mi: „Czasami to mi się nie chce do tego domu wracać. A jak nie mam trzy dni dyżuru, to mnie ciągnie do szpitala. W domu córka płacze, żona coś chce. A tak pójdzie człowiek, zarobi. Gdy wróci, wszyscy zadowoleni”. Po drugie ratowanie życia to niesamowita adrenalina. Szczególnie w medycynie ratunkowej. Lekarz medycyny musi umieć wszystko. Śmieją się, że jeżeli wszystko, to nic. Ale to jest inaczej – on realnie powinien znać się na wszystkim i do tego błyskawicznie podejmować decyzje, od których zależy wszystko.

Zmienił Pan stosunek do lekarzy po tych książkach?

Zacząłem na nich patrzeć jak na ludzi. Zdałem sobie sprawę, że dobrze o nich dbać. Bo od tego w jakim stanie jest lekarz, zależy nasze życie i zdrowie. Dobrze żeby był entuzjastyczny, zadowolony. Wtedy wszystkim nam będzie lepiej.  

Paweł Reszka
Fot. mat. pras.
Fot. mat. pras.

Wideo

Piękni, szczęśliwi, zakochani. Tak Karol i Małgorzata Strasburgerowie pozowali w sesji dla VIVY!  

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

JULIA KUCZYŃSKA „MAFFASHION” – Influencerka, ikona stylu, bizneswoman. Teraz przyszedł czas na nowy rozdział w jej życiu. ZBIGNIEW ZAMACHOWSKI w dniu 60. urodzin wyjawia „całą” prawdę o karierze i swoich pryncypiach. MODA W WIELKIM MIEŚCIE – Czy Carrie i jej przyjaciółki z serialu „Seks w wielkim mieście” zrezygnują z designerskich strojów, zobaczymy w sequelu „And Just Like That”. KRYSTYNA KOFTA – Nagła choroba spadła na nią jak grom z jasnego nieba. Jak wyglada teraz jej życie? W cyklu EXTRA: Co się stanie z milionami Afganek w kraju, gdzie wciąż kamienuje się kobiety?