Rafał Sonik
Fot. Bartek Wieczorek/LAF AM
Z archiwum

Rafał Sonik poddał się i wycofał z Dakaru. "Vivę!" prosił: "Nie mówmy o słabościach"

MA 8 stycznia 2016 14:58
Rafał Sonik
Fot. Bartek Wieczorek/LAF AM

Rafał Sonik wycofał się z Rajdu Dakar. Powodem były problemy techniczne z jego quadem na trasie 5. etapu - podczas czwartkowego ścigania eksplodował silnik w jego pojeździe. Polak długo się nie poddawał, liczył, że z czyjąś pomocą dojedzie do mety i po zainkasowaniu przymusowej kary ruszy dalej. Długo czekał na pomoc któregoś z zawodników, ale nikt nie zdecydował się na holowanie go przez 120 km.

 

Pomogli mu miejscowi, ale to oznaczało wykluczenie z rajdu. - Zapakowali quada na ciężarówkę z lokalnej kopalni srebra i przed 23 boliwijskiego czasu dotarłem do Uyuni - relacjonował rozczarowany. Dziś rano się poddał i nie obroni tytułu (to pierwszy Polak, który wygrał Rajd Dakar, i to na quadzie). Szkoda tym bardziej, że do pechowej awarii radził sobie wyśmienicie: po czterech etapach był szósty. Ale nie zamierza wracać do Polski. Wraz z zespołem dojadą z kolumną do końca zmagań w Rosario. - Jedziemy dalej, bo trzeba się uczyć. Żeby wygrywać, trzeba tu być. Będziemy też wspierać pozostałych w rywalizacji Polaków - zapowiedział w rozmowie z dziennikarzami.

 

Sonik - milioner, filantrop, właściciel kilkunastu firm - zawsze walczy do końca. W ub.r. tuż po zwycięstwie w rajdzie spotkał się z Krystyną Pytlakowską i opowiadał o męskim świecie, nowych wyzwaniach i życiowych zakrętach...

 

- Kiedy Pan wiedział już, że zwycięży? Na godzinę przed metą? Dwie godziny?
Wiedziałem dwa, trzy etapy przed metą, ale nigdy nie można za wcześnie osiąść na laurach.  W ubiegłym roku na przykład 60 kilometrów przed metą odpadło mi pół ośki z kołem. A gdyby to się stało dwie, trzy godziny wcześniej? Pewnie bym zginął, bo jechaliśmy skalistymi serpentynami bardzo szybko i wtedy traci się kontrolę nad pojazdem. W 2014 roku przegrałem dlatego, że zanim się naprawiłem, minęły dwie godziny. Ale nad trzecim zawodnikiem miałem cztery godziny przewagi i tylko to uratowało mi drugie miejsce. Powiem więc tak: Zawody są wygrane, jak mawiają piłkarze niemieccy, dopiero wtedy, gdy po meczu jedzie się autobusem do hotelu. I tak samo na rajdach.  

 

– Fajnie teraz pożartować, kiedy siedzimy w wygodnym apartamencie hotelowym, ale w trakcie rajdu… Zgroza?
Na przedostatnim etapie widz z zewnątrz mógł powiedzieć: „Dawno wiedziałem, że Sonik wygra”. Ale gdyby mi się uszkodził wtedy quad i nie miałby mnie kto tamtędy przeciągnąć… Co z tego więc, że już przed rajdem czułem, że wygrana jest możliwa, a kiedy odpadli moi dwaj główni rywale, szansa zwiększyła się do 51 procent. Ale aż do mety nie czułem się jak zwycięzca. Chociaż na ostatniej dojazdówce, po odcinku specjalnym do mety, właściwie wiedziałem, że zwycięstwo mam w kieszeni.

 

Rafał Sonik
Fot. Bartek Wieczorek/LAF AM


– I co wtedy? Euforia?
Refleksja przede wszystkim.


– Refleksja?
Tak, w głowie przewinął mi się film z ostatnich siedmiu Dakarów, taka retrospektywa wszystkich rozdziałów książki, zaczynając od ostatniego. Czyta pani ten rozdział i przypomina sobie wcześniejszą fabułę po to, żeby tym bardziej nacieszyć się zakończeniem. Wydaje mi się, że można by to porównać z przechodzeniem w życie po życiu. Nigdy nie byłem w takiej sytuacji, ale tak sobie to wyobrażam. Poza tym ja jestem dakarowcem, a nie kierowcą Formuły 1. Nie lubię przeżywać czegoś szybko, chcę się nasycić, napawać, dojrzeć do wygranej. I lubię, jak to uczucie się we mnie buduje, jak narasta.


– Widziałam film, kiedy Pan już dojechał do mety. Nie wyglądał Pan na zamyślonego.
Kiedy dojeżdżam, przez 30 sekund, może minutę, pozwalam sobie na spontaniczność, na radość. Cały rajd jednak najpierw myślę, a potem dopiero działam. Może dlatego, że nie mam już 20 lat, bardziej mnie cieszy coś, do czego jestem psychicznie przygotowany. Lubię ten stan pomiędzy impulsem a jego konsumpcją. To jak siedzenie przy suto zastawionym stole i planowanie, od której potrawy zacząć. Powolutku, to daje większą przyjemność.


– Dlatego wybrał Pan quada, którym można jechać najwyżej 130 kilometrów na godzinę?
Wybrałem quada, bo jest współczesnym koniem, przyciąga mnie do niego atawizm. Ale quad jest bezpieczniejszy od konia. Nie można spaść z niego, nie poniesie, jeśli się go kontroluje, jest stabilny. I daje poczucie genetycznej kontynuacji człowieka, który przez tysiące lat używał wyłącznie konia.

 

– Pan jeździ na koniu?
Nie, ja się koni boję, obchodzę je z daleka, chociaż nie przypominam sobie, żeby jakiś koń mnie kiedyś kopnął.


– Dlaczego potrzebuje Pan w życiu qua- dów, a wcześniej nart? Cały czas Pan musi się czymś przed sobą wykazywać?
Można wysnuwać różne teorie, ale najprościej jest powiedzieć, że idę w tę stronę, gdzie czuję największe wyzwanie. To u mnie jest całkiem naturalne, instynkt po prostu.


– Może ma Pan gen przygody, który niedawno został odkryty?
Możliwe, bo ja muszę mieć swoją dawkę adrenaliny. Mój pradziadek podróżował, dziadek podróżował, ojciec podróżował. No a teraz ja podróżuję. Ten gen przygody to ja bym nazwał „piórem w tyłku”. Trudno mi usiedzieć w jednym miejscu.

 

Rafał Sonik
Fot. Bartek Wieczorek/LAF AM


– Ja to nazywam ADHD. Jako dzieciak miał Pan pewnie tysiąc pomysłów na minutę?  
Możliwe, zawsze pociągał mnie żywioł. Pamiętam wielką zaporę wodną pod Krakowem, która mnie zawsze fascynowała. Jeździłem tam, żeby zobaczyć, ile wody się nazbierało. To była pierwsza i druga klasa podstawówki. Później zacząłem uciekać na narty do Zakopanego. W piątej klasie uciekliśmy z kolegą z domu – piękna zima wtedy była.


– Oczywiście nikogo Pan nie uprzedził o swoim zamiarze?
To była klasyczna ucieczka. Dopiero z Zakopanego zadzwoniłem do mamy, żeby nie odchodziła od zmysłów. Ale odczekaliśmy jakiś czas, żeby rodzice nie zaczęli od razu nas szukać. Byliśmy bezpieczni, bo zabraliśmy ze sobą nauczyciela wuefu i jego dziewczynę, parę 20-latków, którzy wtedy wydawali się nam bardzo dorośli.


– Jak to zabraliście? Związaliście ich i porwaliście?
No nie, powiedzieliśmy im, że na tydzień uciekamy z domu, a oni mają się nami opiekować. Nauczyciel się zgodził, bo też był chyba żądny przygody.


– A szkoła? Zafundowaliście sobie samowolkę?
Wagary, normalne. To nie były jedyne wagary w moim życiu. A w domu nawet awantury nie było ani lania, bo rodzice wiedzieli, że wywołają tym tylko gorszy skutek. Byłem buntownikiem. Nie znosiłem presji, zakazów, nakazów.

 

– Trudny jedynak?
Właściwie tak, jedynak. Dopiero jak miałem 14 lat, urodziła się moja siostra. Jestem więc jedynakiem, bo nie miałem z innym dzieckiem wspólnego dzieciństwa. Jesteśmy z siostrą bardzo związani, ale jak miałem 15 lat, ona była rocznym bobasem i mało mnie wtedy interesowała.  


– Bo interesował się Pan handlem wymiennym, głowa do interesów objawiła się u Pana dość wcześnie.
Wymieniłem samochodzik matchbox na notesik. To był mój pierwszy interes. Notes był, moim zdaniem, bardziej praktyczny. A kiedy miałem naście lat, chciałem zarobić na sprzęt narciarski, rakietę tenisową i deskę windsurfingową. To wszystko było bardzo drogie. Moi rodzice nie mogli takim wydatkiem obciążać budżetu domowego. Mama była nauczycielką, a ojciec – inżynierem, nie zarabiali kroci. A poza tym gdyby kupili mi te narty, to czegoś by w zamian ode mnie oczekiwali. Lepszych stopni, większej kontroli nade mną… A ja nie byłem gotów się nikomu podporządkować, więc musiałem na swoje potrzeby zarobić sam. Nie było to bardzo trudne, bo wtedy –  na przełomie lat 70. i 80. – wszyscy handlowali. Te wyjazdy biznesowe do Turcji czy ZSRR. Każdy, kto miał odrobinę determinacji, za coś się brał. A ja miałem.

 

Rafał Sonik
Fot. Bartek Wieczorek/LAF AM


– Musi Pan rządzić? Byle trudność Pana nie pokona?
Nie muszę być generałem, ale potrafię być żołnierzem. Muszę jednak wiedzieć, o co toczy się wojna.


– Ale w wojsku – jako student – Pan nie był.
Nie tylko z powodu studiów, wtedy obowiązywała jeszcze służba wojskowa po dyplomie. Mam jednak kategorię E, czyli trwale niezdolny do służby wojskowej. Badania, które zrobiono mi w szpitalu, coś tam wykazały. Z tego pobytu pamiętam gównie karaluchy, które łaziły po podłodze. Stawiałem nogi łóżka do słoików z wodą, żeby się po nich nie wspinały na pościel.


– Na co Pan chorował?
A wie pani, że już nie pamiętam.


– Unika Pan odpowiedzi, bo nie chce uchodzić za kogoś słabego?
Po prostu nie mówię o słabościach. Moi przyjaciele twierdzą, że nigdy się nie skarżę, nawet jak mnie coś boli.


– A często Pana boli?
Zdarza się. Miałem kilka wypadków. W tej ręce mam blachę, rekonstruowana była kość, bo po wypadku dostałem w niej ciężkiego zakażenia i kość podzieliła się na fragmenty. W pewnym momencie tkwiło w niej 30 śrub. To zdarzyło się po rajdzie w Nowym Kościele, niedaleko Jeleniej Góry. Młody motocyklista pomylił trasę, jechał pod prąd, wjechał we mnie i potrzaskał mi rękę. A później miałem złamany nadgarstek, jest w nim tytanowa blacha i 13 śrub. Jeżdżę z nimi i uważam, że jest dobrze. Proszę spojrzeć, ruszam tą ręką jak zdrową.


– Ma Pan dłonie pianisty. Gra Pan?
Grałem, ale to zamierzchła przeszłość. A pani jest śledczym dziennikarzem czy co?


– Nie, dociekliwym. Poza tym Pana przyjaciele opowiadali mi, jak na targach w Cannes siadł Pan do pianina i zagrał z całą orkiestrą. Bardzo rockowo. Wszyscy Pana oklaskiwali. Jest Pan zdolny do szalonych zachowań.
Nie wiem, czy jestem, skoro siedzimy spokojnie na sofie i rozmawiamy, a nie skaczemy na przykład ze spadochronem. Ja mam taką dewizę, żeby kontrolować siebie przede wszystkim. Jak już powiedziałem, jestem umiarkowanie spontaniczny. A że cieszę się tym, że żyję – czy to nienormalne? Nie skarżę się, bo zabijałbym tym w sobie moją radość życia. Poza tym narzekanie nic nie da. Jeżeli coś dolega, trzeba poszukać rozwiązania. Z bolącym zębem idzie się do dentysty po prostu.

 

Rafał Sonik
Fot. Piotr Wojtasik


– Kiedy pierwszy raz wsiadł Pan do quada?
Zaraz, zaraz, w 1997 roku na urlopie w południowej Francji. Tak bardzo wiało, że nie dało się pływać na desce, nie mówiąc o utrzymaniu żagla. Strasznie mnie to wkurzało, bo jechałem motocyklem dwa dni, żeby tu popływać, i nic z tego. I wtedy zobaczyłem z dużej odległości takie małe pojazdy. Zadzwoniłem do kolegi do Krakowa, żeby zapytać, co to jest, i okazało się, że on akurat został dealerem marki Polaris. Kiedy wróciłem, quad był już przygotowany. Później kupiłem kilka następnych i zacząłem nimi jeździć coraz więcej. Na pierwsze zawody wybrałem się w Bieszczady. Spodobało mi się. Potem pojechałem na następne i następne. To było to, jak coca-cola. A w 2007 roku Marek Dąbrowski z Jackiem Czachorem namówili mnie na Dakar.


– Pana w ogóle można do czegoś na- mówić?
Można, rozsądnymi argumentami. Powiedzieli: „Jeździsz po jakichś lokalnych zawodach, masz tytuły mistrza Polski, a nigdy nie byłeś na międzynarodowym rajdzie”. Wzięli mnie pod włos, pograli na ambicjach. A ja nie lubię, jak mi się gra na ambicji. Bo ja nie pękam.  


– Nigdy?
Nigdy. Od 2009 roku, czyli mojego drugiego rajdu, ukończyłem wszystkie. Od pierwszego razu wiedziałem, że to moja pasja, genialna sprawa, bo pozwala pokonać siebie i przekonać się, jakie są nasze możliwości. A są dużo większe, niż nam się wydaje. Na siódmym odcinku Dakaru, w 2009 roku, jechałem 21 godzin bez przerwy. Od czwartej rano do wpół do drugiej w nocy następnego dnia. Jak mógłbym się przekonać, że dam radę, jeżdżąc wcześniej nie więcej niż 300 kilometrów dziennie?


– Ale zapłacił Pan za to doświadczenie kontuzjami.  
Tak, miałem ich cztery. Urwanie wiązadła, staw barkowy. Na szczęście wytrenowałem go, nie potrzebował operacji.


– To już uzgodniliśmy, że jest Pan bardzo silnym typem.  
I nie do zniesienia. Słyszała pani dowcip o góralu, który siekierą zabił żonę? Sąd pyta go: „Była niedobra dla dzieci?”. „E, dobra”. „Źle gotowała?”. „Dobrze gotowała”. „Nie sprzątała?”. „Sprzątała”. „To czemuście ją zarąbali?”. „Bo jakoś, tak ogólnie »mynconca« była”. Ja jestem tak ogólnie „mynconcy”. Ciągle wszystkich cisnę. Od drobiazgów po duże rzeczy, żeby opuszczali deski w toalecie, żeby suwaki w kombinezonach były zasunięte idealnie pośrodku, żeby kieszenie były zapięte. „Titanic” zatonął, bo ileś tam drobiazgów złożyło się na katastrofę. W tym roku mogłem nie dokończyć rajdu tylko dlatego, że mechanicy nie zabezpieczyli dwóch śrub, a ja ich nie dopilnowałem. O mało co nie doszło do katastrofy.


– Miał Pan chwile zwątpienia w trakcie jazdy?
Zwątpienia? Żebym powiedział sobie: „Nie, ja do mety nie dojadę”? Nie miałem. Zmęczenie – tak. Kryzys – tak. I czułem też, że mam szczęście, że dostałem bonus od opatrzności: wariat podjął się dojechać, to dajmy mu tę wygraną.


– Jest Pan religijny?
W pewnym sensie tak. Wierzę, że człowiek będzie osądzony, ale i sam się uczciwie osądzi. A skoro tak, to trzeba starać się czynić dobro. A swoją drogą byłoby cudownie, gdyby Bóg istniał i tym wszystkim zarządzał.   


– Pana działalność charytatywna to też praca na rzecz dobrego osądu ostatecznego?
Może.

 

Rafał Sonik
Fot. Piotr Wojtasik


– Na filmie z otwarcia Siemachy w Tarnowie – ośrodka dla dzieci z biedniejszych rodzin – Donald Tusk powiedział, że od Pana inni mogliby się uczyć. I dodał jeszcze: „Byłem, zobaczyłem i jestem lepszym człowiekiem, chociaż na chwilę”. Dobrze słyszeć o sobie takie słowa?
Donald powiedział wtedy poza oficjalnym planem, że jest taki jak ja w marzeniach. A na Wigilii, bo był naszym gościem, skomentował: „Jestem prawie tak dzielny jak ty”. Oczywiście to przenośnia. W każdym razie filantropia to nie dawanie czegoś za coś, to cecha osobowości, a ja lubię się dzielić.


– Ale musi Pan zarabiać tych swoich 30 milionów rocznie w kilku firmach?
Ja nie zarabiam, żeby się dzielić, tylko mogę się dzielić dlatego, że zarabiam. I to przywilej, a nie obowiązek. A poza tym, gdy człowiek się dzieli, jest dużo szczęśliwszy. Można być bardzo bogatym i absolutnie nieszczęśliwym. Ja poprzez Siemachę kreuję nowoczesne podwórka, daję tym dzieciakom możliwość rozwijania się i przekazywania sobie talentów. To taka wiedza, którą zdobyłem przez własne doświadczenia. Najwięcej uczymy się zawsze od tych, którzy są najbliżej nas.


– A nie od coachów?
Miałem coachów – Amerykanina, Francuza, Anglika. Uczyłem się od nich tego, czego oni się nauczyli ileś tam lat wcześniej. Chodzi o współzawodnictwo w zawodach, to też trzeba umieć.  


– To oni nauczyli Pana optymizmu?
Optymistą byłem zawsze. Karolina nawet twierdzi, że huraoptymistą.


– Kim jest Karolina?
To moja duża nadzieja. A co będzie dalej, czas pokaże. Jest bardzo dzielna, wybacza mi wiele, moją pedanterię chociażby. I wie, jak nienawidzę się cofać.


– Jeździ z Panem na rajdy?
Jeździ, jest zresztą córką kierowcy rajdowego. Bardzo dzielna dziewczyna.


– To teraz będzie Pan musiał wygrywać wszystkie rajdy?
W ubiegłym roku wygrałem dwa: Abu Zabi i Faraony w Egipcie. Co roku się poprawiam. Ale odpowiedź na pani pytanie brzmi: „Nie wygrywać, tylko popełniać coraz mniej błędów”.


– A nie boi się Pan Dakaru, że zdrowie Panu siądzie? To taki rajd, na którym ludzie umierają.
Trzeba wiedzieć, jakie są tego przyczyny. Trzeba wiedzieć, co się je i co się pije, żeby mieć zapas w garbie jak wielbłąd. I nie eskalować oczekiwań co do swojego organizmu. Przewidywać. Ja zarządzam swoją energią podczas rajdu w cyklu dobowym. Ja się nie przesilam. Dakar to sztuka powstrzymywania się. W tym ostatnim rajdzie czułem w pewnym momencie, że mózg wydaje polecenia, ale ciało ich nie wykonuje. I ja z tym nie walczyłem, uczyłem się tego po prostu, jadąc powolutku i mówiąc sobie: „Inni są gorsi”. Pamiętałem, że ci inni są poddani takiej samej torturze. Moją radą jest więc: być mądrzejszym i trochę sobie odpuścić. W tym roku nie było tak źle, choć miałem lód w butach, w spodniach, wszędzie – po gradobiciu na pierwszym etapie.

 

Rafał Sonik
Fot. Piotr Wojtasik


– A potrzeby fizjologiczne? Czy to prawda, że mocz oddaje się do butów?
Prawda, tylko że są systemy odprowadzające, rurka wystająca z buta itp. Ale ja tego nie robię, bo wiem, ile mam pić. Piję tyle, żeby się nie odwadniać, ale i nie mieć nadmiaru wody w sobie. Nigdy nie zdarzyło się tak, żebym nie wytrzymał.


– A w życiu? Jest inaczej? Jest Pan w trakcie rozwodu. Rozstanie to porażka?
Z żoną przeżyliśmy 24 lata. Zdarza się, że ludzie nawet po takim czasie się rozchodzą, ich drogi przestają się krzyżować. Ale ja tego nie uważam za porażkę, tylko za kolejne doświadczenie życiowe. Moje życie ewoluuje w inną stronę, a życie żony w inną. Tak normalnie, po ludzku poszliśmy innymi drogami.


– Wraca Pan z Dakaru i co teraz, cisza?
Teraz to dopiero jest Dakar. Na Dakarze jest cisza, ja tam odpoczywam. Nie ma nic bardziej męczącego dla umysłu niż skupienie się na wielu różnych sprawach. A na Dakarze skupiam się na jednym. Kiedy wracam, mam w głowie dziesiątki szpileczek: to do zrobienia, tamto do zrobienia. I ja muszę to wszystko ogarniać.

 

– A czasu jest mniej? Dobiega Pan pięćdziesiątki.
Ale to bardzo fajny etap w życiu. Popełnia się już mniej błędów. Nauczyłem się na przykład, żeby za wiele nie oczekiwać od nikogo i od niczego.


– I nie inwestować we frankach?
A pamięta pani taki czas, gdy głównym problemem były tak zwane opcje walutowe? I ja wtedy duże pieniądze straciłem jednym ruchem. I wiem, że można to przeżyć, choć nigdy ich nie odzyskałem. Mnie już naprawdę niewiele zaskoczy. Chyba tylko gdybym został ojcem. Nie mam dzieci i czasami myślę o tym, by nie odejść bezpotomnie.


Rozmawiała Krystyna Pytlakowska

 

Wideo

Wiosna 2020 - design, kulinarne inspiracje, podróże bez wychodzenia z domu!

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

BARBARA KURDEJ-SZATAN wyznaje: „Zasuwając intensywnie, oczekiwałam, że gdy wrócę do domu, będę mogła się zrelaksować. Tymczasem były awantury…”. GREG i RAFAŁ COLLINS – od happy endu do tragedii był tylko krok. W VIVIE! na Lato w cyklu Ona o Niej – KRYSTYNA CIERNIAK-MORGENSTERN o ELŻBIECIE CZYŻEWSKIEJ: „Szamotała się psychicznie. Z jednej strony niedawno poślubiony mąż, a z drugiej Polska…”. W cyklu Sztuka gotowania – HANNA LIS. Czy spełni swoje „kulinarne” marzenie i wybierze się do Peru? W Podróżach z Historią: tajemnice KASZUB.