NIEZWYKŁE HISTORIE

50 lat temu Neil Armstrong stawiał pierwszy krok na Księżycu!

Poznaj niezwykłą historię podboju ziemskiej satelity

KATARZYNA SIELICKA 19 lipca 2019 14:51

Pół miliarda ludzi wpatrywało się w ekrany telewizorów, kiedy Neil Armstrong stawiał pierwszy krok na Księżycu. Tamta wyprawa 50 lat temu była, jak powiedział, „wielkim skokiem ludzkości”. Była też pośmiertnym triumfem prezydenta Johna F. Kennedy’ego i spełnieniem marzeń skromnego chłopaka z Ohio.

Na podbój Księżyca: historia

16 lipca 1969 roku na przylądek Canaveral na Florydzie zjechało według ostrożnych danych ponad 700 tysięcy osób. Najważniejsi mieli miejsca tylko pięć kilometrów od przygotowanej do startu rakiety Saturn V, która miała wynieść na orbitę i skierować w stronę Księżyca statek CSM-107 Columbia. Wśród zgromadzonych byli ministrowie, 19 gubernatorów, 40 burmistrzów. Zwykli gapie mogli kupić za dwa dolary miejsce w punkcie widokowym przy drodze. Atmosferę radości próbowali zakłócić protestujący członkowie Kampanii Biednych Ludzi, którzy obliczyli, że za pieniądze wydane na misję Apollo 11 dałoby się wyżywić 31 milionów ludzi. Ale i oni zadarli głowy do góry w niemym zachwycie, gdy Saturn wzbił się w powietrze. „Jakie to piękne! Czerwień płomieni, błękit nieba, biel dymu. Co za barwy! Pomyślcie tylko
o astronautach, którzy uczestniczą w tej niesamowitej wyprawie”, ekscytował się ambasador we Francji, mąż Eunice Kennedy, siostry Johna Fitzgeralda. Prezydent Kennedy nie doczekał lądowania na Księżycu,
w 1963 roku zginął w zamachu w Dallas, ale to właśnie on zapoczątkował amerykański sen o jego podbiciu.
Wyprzedzić Rosjan

Początek lat 60. Świat trwa w uścisku zimnej wojny. Wydaje się, że od kolejnego konfliktu zbrojnego dzielą ludzkość dosłownie milimetry. Wietnam spływa krwią amerykańskich żołnierzy. Kolejna porażka administracji prezydenta Kennedy’ego to nieudana inwazja w kubańskiej Zatoce Świń. W kwietniu 1961 znów cios – Rosjanie wysyłają w kosmos pierwszego człowieka. Jurij Gagarin spędza na orbicie prawie dwie godziny. „Świadomość przewagi Związku Radzieckiego (…) nie zwalnia nas od obowiązku podjęcia nowych własnych wysiłków”, mówi prezydent Kennedy do Kongresu w maju 1961. I wyznacza cel – lot załogowy na Księżyc. „Oczy świata zwrócone są dziś w kosmos, na Księżyc, na planety. Zobowiązaliśmy się, że nie dopuścimy, aby zatknął na nich swoją flagę wrogo do innych nastawiony zdobywca, lecz uczynimy wszystko, by załopotał na nich sztandar wolności i pokoju”, mówi w Houston, 12 września 1962 roku. Rusza największy wyścig supermocarstw w dziejach.

Pierwszy krok

Komputer pokładowy statku misji Apollo 11 miał mniejszą moc niż dzisiejsze smartfony. Mimo to pojazd bez problemu w ciągu czterech dni pokonał 400 tysięcy kilometrów kosmicznej pustki dzielącej Ziemię od jej jedynego satelity. Kiedy 21 lipca o godzinie 2.56 czasu uniwersalnego moduł księżycowy opadł na szarą i suchą powierzchnię bazaltowego Morza Spokoju, ponad 500 milionów ludzi przed telewizorami na Ziemi wstrzymało oddech. Padł słynny meldunek „Orzeł wylądował”, ale minęło sporo czasu, zanim z pojazdu wygramolił się dowódca misji Neil Armstrong. Skafander EMU, którego obsługi uczył się godzinami, chronił go przed wysoką temperaturą 93°C, zapewniał odpowiednie ciśnienie i tlen. „To mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości”, powiedział Armstrong, stawiając stopę w księżycowym pyle.

Te słowa przygotował wcześniej, choć dwa tygodnie przed startem na konferencji prasowej pytany o to, co powie, gdy wyląduje na Księżycu, twierdził, że nie zastanawiał się nad tym, a jedynym jego celem jest „zabrać człowieka na Księżyc, wylądować i wrócić”. Kilkanaście minut po nim z lądownika wyszedł Edwin „Buzz” Aldrin i, zabawnie podskakując, rozpoczął księżycowy spacer. Podskoki nie były efektem fantazji – w ten sposób badał grawitację sześć razy mniejszą niż ta ziemska. Na orbicie, w module dowodzenia, Michael Collins doglądał urządzeń i robił zdjęcia powierzchni Księżyca. Armstrong, zanim odleci z Księżyca po 21 godzinach, wtyka w powierzchnię satelity amerykańską flagę, spełniając życzenie prezydenta Kennedy’ego. Chwilę później zmiecie ją podmuch gazów startującego modułu księżycowego. Ale i tak nic już nie odbierze mu zwycięstwa.

Chłopak z Ohio

Rodzice bohatera Ameryki nie pojechali na Florydę. Za radą syna zostali w domu w Wapakoneta w stanie Ohio. Neil obawiał się, że Viola i Stephen nie zniosą gigantycznego zainteresowania mediów. Już wcześniej, kiedy syn brał udział w misjach Gemini i Apollo 8, Wakaponeta była obiektem pielgrzymek tysięcy fanów. A w ten lipcowy dzień medialnej wrzawy nie udało się uniknąć. Na podjeździe ich domu trzy stacje telewizyjne zmontowały 25-metrowy maszt przekaźnikowy, a po tym, jak okazało się, że Armstrongowie mają w domu tylko czarno-biały telewizor, wstawiły im do salonu kolorowy. „Siedzieliśmy ze Stephenem obok siebie, z przypiętymi znaczkami Gemini VIII, które dostaliśmy od Neila na szczęście. Wydawało się, jakby od samego dnia narodzin (…) ta misja była przeznaczona naszemu synowi”, cytuje Violę Armstrong James R. Hansen, w książce „Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga”.

Najsłynniejszy astronauta na świecie urodził się w 1930 roku w rodzinie o korzeniach szkockich i niemieckich. Ze względu na pracę ojca, zanim skończył 13 lat, zmieniał miejsce zamieszkania 16 razy. Łatwo się adaptował, był lubiany. Zaczął pracować już jako 10-latek. Kosił trawę na cmentarzu. Potem smażył pączki, sprzedawał w sklepie spożywczym i żelaznym. Pieniądze odkładał na kursy pilotażu. Zanim zrobił prawo jazdy, umiał już pilotować samolot. „Samochód był mu niepotrzebny. Nie miał dziewczyny, musiał tylko dojechać na lotnisko”, tłumaczył jego ojciec. Kilka lat później miał już i dziewczynę – Janet, którą poznał podczas studiów na Purdue University i od razu postanowił, że się z nią ożeni, i samochód. Podobno był fatalnym kierowcą. Znacznie lepiej wychodziło mu latanie.

Postanowił zostać astronautą po tym, jak przeżył osobistą tragedię. W 1961 roku u dwuletniej córeczki Armstronga, Karen, lekarze diagnozują glejaka mózgu. Dziewczynka przechodzi serię naświetlań i terapię kobaltem, ale po pół roku cierpień przegrywa walkę z rakiem. Umiera w szóstą rocznicę ślubu rodziców. „Śmierć córeczki sprawiła, że włożył całą energię w coś budującego i właśnie wtedy zgłosił się do programu kosmicznego”, mówiła młodsza siostra Neila Armstronga, June.

Nie okazywał, jak bardzo cierpi. Od razu wrócił do pracy – latania eksperymentalnymi odrzutowcami rakietowymi osiągającymi gigantyczne prędkości na wielkich wysokościach. Część jego kolegów w ogóle nie wiedziała, co go spotkało. Kiedy na słynnej konferencji przed lotem na Księżyc zapytano go, czy zabiera ze sobą jakieś rodzinne pamiątki, odpowiedział, że wolałby zabrać więcej paliwa.

Przyszli astronauci przechodzili testy, o których Armstrong powiedział, że bardziej przypominały eksperymenty medyczne niż metody diagnostyczne. Wstrzykiwano im do ucha lodowatą wodę lub zamykano w pokoju, do którego nie docierały żadne bodźce.

Musieli znosić ogromne przeciążenia w specjalnej wirówce. Ćwiczyli loty w stanie nieważkości w samolocie zwanym nie bez powodu „kometą wymiotną”. Oprócz wyczerpującego szkolenia mieli jeszcze jedno ważne zadanie – spełnić się w roli bożyszczy tłumów. W ramach reprezentowania NASA jeździli po kraju na konferencje i spotkania z ludźmi. Nazywali to między sobą „tygodniem w beczce”.

Kosmiczni bogowie

Żona Neila Armstronga, Janet, oglądała start na Księżyc z motorówki, z dala od tłumów, towarzyszyli jej synowie – 12-letni Rick i 6-letni Mark, piarowcy z NASA i dziennikarka magazynu „Life”, który na wyłączność relacjonował życie astronautów z programów Gemini i Apollo. Żon zdobywców kosmosu nie było podczas startów na platformach obserwacyjnych, żeby w czasie ewentualnej katastrofy dziennikarze nie mogli nagrywać i fotografować ich przerażenia i rozpaczy. A także po to, by nie spotykały niepowołanych osób. Jak pisze James R. Hansen, astronauci byli zobowiązani do prowadzenia wzorowego życia. Tymczasem wielu utrzymywało bliskie pozamałżeńskie znajomości.

Żony astronautów także miały szczególne obowiązki. Musiały świecić przykładem jako matki i małżonki, a nawet ubierać się zgodnie ze specjalnym dress code’em. „Naszemu życiu przyświecał nadrzędny cel, jakim była realizacja wielkiego planu lądowania człowieka na Księżycu do końca 1969 roku. Jego spełnienie wymagało od nas wszechstronnych wysiłków”, mówiła Janet Armstrong. A James R. Hansen dodaje: „NASA postąpiłaby bardzo mądrze, gdyby zorganizowała formalny program doradztwa dla rodzin astronautów, jeśli wziąć pod uwagę, że 13 z 21 małżeństw astronautów, którzy stanęli na Księżycu, zakończyło się rozwodem lub separacją”.

Kiedy już zdecydowano, że to misja Apollo 11 wyląduje na Księżycu, pojawił się jeszcze jeden problem – który z astronautów pierwszy wysiądzie z lądownika. Buzz Aldrin robił wszystko, aby dostąpić tego zaszczytu, ale ostatecznie fakt, że tak bardzo mu na tym zależało, obrócił się przeciwko niemu. NASA uznało, że to Armstrong, dowódca misji, spokojny i opanowany, który zupełnie nie dbał o popularność, zostanie wytypowany na bohatera. Po latach Buzz Aldrin w swojej biografii przyznał się do depresji i alkoholizmu, z którym zmagał się po powrocie z gwiazd.

Armstrong przestał latać w 1972 roku i skupił się na karierze naukowej. Wrócił do Ohio, bo chciał, żeby jego rodzina „zamieszkała w możliwie normalnym otoczeniu”. W 1994 roku rozwiódł się z Janet, a pięć lat później ponownie się ożenił – z 15 lat młodszą Carol Knight. Zmarł w sierpniu 2012 w wyniku powikłań po operacji serca. Zgodnie z jego wolą urna z prochami spoczęła na dnie Atlantyku.

Amerykanie polecieli na Księżyc jeszcze pięć razy. Z misji przywieźli prawie 400 kilogramów próbek. Program Apollo zakończył się w 1972 roku. Amerykańskim podatnikom znudziło się łożenie na jego realizację. Cztery księżycowe lądowniki skończyły na złomowisku, a niedawni śmiertelni wrogowie – Rosjanie i Amerykanie zaczęli latać w kosmos razem w ramach programu Sojuz–Apollo.

Na jałowej ziemi Cinder Lake w Arizonie, gdzie 50 lat temu zbudowano specjalne kratery, tak aby przypominały teren Księżyca, NASA testuje dziś sondy, które wysyła na Marsa. Czy doczekamy się kolejnego Neila Armstronga?

Tekst KATARZYNA SIELICKA

Korzystałam z książki Jamesa R. Hansena „Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga”, Wydawnictwo Wielka Litera. ZOBACZ ZDJĘCIA

Wideo

Dziś wypada 3. rocznica ich ślubu. Oto historia miłości Agnieszki i Piotra Woźniak-Staraków

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Monika Olejnik, Martyna Wojciechowska, Joanna Przetakiewicz, Anna Lewandowska i Jessica Mercedes Kirschner. Pięć niezwykłych kobiet w niezwykłej sesji VIVY!. Janusz L. Wiśniewski w mocnej rozmowie o współczesnych kobietach oraz Debora i Joszko Brodowie z 11-stką dzieci o sile rodziny.