Paweł Stasiak, VIVA 01/2020
Fot. Adam Pluciński/ Move Pictures
Tylko w VIVIE!

„Mało kto o nas pamiętał...”, mówi Paweł Stasiak z Papa D.  

Miał miliony fanek, a potem zniknął na 10 lat. Co robił przez ten czas?

Katarzyna Piątkowska 10 stycznia 2020 07:00
Paweł Stasiak, VIVA 01/2020
Fot. Adam Pluciński/ Move Pictures

Był czas, kiedy fanki zdzierały z niego ubranie albo rzucały się pod autobus, by nie mógł odjechać. Potem zespół Papa Dance zawiesił działalność, a telefon Pawła Stasiaka dzwonił coraz rzadziej. Nam opowiedział co robił podczas przerwy, która miała trwać rok, a trwała 10 lat.


W listopadzie zeszłego roku z zespołem Papa D. (wcześniej Papa Dance) świętowaliście 35-lecie. Wasz koncert z udziałem Agnieszki Chylińskiej, Kayah, Rudej z Red Lips i Anny Karwan był wielkim wydarzeniem. Ale droga do tego jubileuszu była trudna.


Gdy w latach 80. święciliśmy triumfy, wydawało nam się, że tak będzie zawsze. Ale nadeszły lata 90., a wraz z nimi nowe media - prywatne rozgłośnie radiowe, stacje telewizyjne, gazety. Okazało się, że mimo ogromnych sukcesów nie pasujemy już do nowych czasów. To był czas Kasi Nosowskiej i Hey, Kasi Kowalskiej, Edyty Bartosiewicz. I bardzo trudno było się przebić. Po trzech latach, oprócz wiernych fanów, już mało kto o nas pamiętał. Jeszcze przez jakiś czas próbowaliśmy działać, graliśmy w Rosji, Stanach Zjednoczonych. I wtedy okazało się, że tak jak Lady Pank czy Urszula musimy przeczekać. Poza tym muzycznie już nie mogliśmy się zgrać. Każdy z nas zaczął odkrywać nowe ścieżki, nowe dźwięki w muzyce i nie mogliśmy tego razem poskładać. Postanowiliśmy sobie zrobić roczną przerwę. Tylko że ta przerwa rozciągnęła się w czasie.

Co wtedy robiłeś?

Próbowałem dalej zajmować się tym, co kocham najbardziej, czyli muzyką. Nagrałem trzy płyty jako Mister Dance. Gdy wróciłem ze Stanów Zjednoczonych, już nie jako członek zespołu, wyciągnął do mnie rękę Jacek Cygan. Zaprosił mnie do programu „Dyskoteka pana Jacka”. Graliśmy 120 koncertów rocznie. Miałem co robić. Ale telefon dzwonił coraz rzadziej. Nie mogłem czekać, aż przestanie dzwonić w ogóle. Nie znoszę bezczynności i nie umiem żyć nadzieją, że może za parę lat ktoś znów o mnie sobie przypomni. Kiedyś, jeszcze w liceum, myślałem, że jeśli nie zostanę piosenkarzem, będę radiowcem. Byłbym wtedy blisko muzyki. Przed mutacją miałem dużą skalę głosu. Ale po… mój głos wydawał mi się niski i burczący. W sam raz do radia. Ale gdy Papa Dance zawiesił działalność, nie wróciłem do tego pomysłu, tylko postawiłem na moją drugą wielką pasję, film.
Jako dziecko zagrałem epizod u Janusza Morgensterna w filmie „Mniejsze niebo”. Scenę, w której grałem, trzeba było powtórzyć. A chłopak, który mi partnerował, w międzyczasie zmienił fryzurę. I tak oto przez włosy zostałem wycięty (śmiech). Dlatego wiele lat później, wtedy gdy zastanawiałem się co mam zrobić ze swoim zawodowym życiem, postanowiłem pójść do szkoły filmowej. W Łodzi skończyłem produkcję filmową, a potem razem z przyjaciółką założyliśmy agencję statystów. Pracowałem między innymi przy „Pianiście” Romana Polańskiego, zrobiliśmy film „Julia wraca do domu” Agnieszki Holland i „Czarną plażę” Michaela Piccoli. Byliśmy przy fajnych projektach. Znowu mogłem być wśród osobowości, od których można się dużo nauczyć.
Kierowałem produkcją kilku programów telewizyjnych. Byłem w show-biznesie, ocierałem się o muzykę. Ale to tylko substytut. Przytyłem z piętnaście kilogramów. Chodziłem taki gruby i łysy, w okularach i nikt mnie nie rozpoznawał. Nie byłem nieszczęśliwy, bo przecież kochałem film, ale śpiewu, bycia na scenie, emocji towarzyszącym koncertom bardzo mi brakowało. Dlatego gdy z klubu polonijnego w 2000 roku przyszła propozycja występu, namówiłem chłopaków, żebyśmy spróbowali. Powiedziałem im, że jak będzie obciach, to przynajmniej nikt w Polsce się nie dowie, bo będziemy daleko (śmiech). Ale było dobrze. Okazało się, że ludzie nas pamiętają, a co ważniejsze pamiętają nasze piosenki. Przy okazji pobytu w Stanach Zjednoczonych nagraliśmy piosenkę „Wszystko się zdarzy na plaży”. Potem przyszły kolejne propozycje. Koncertowaliśmy, zaczęliśmy szykować materiał na nową płytę. Wydaliśmy ją w 2005 roku pod tytułem „1000000 fanek nie mogło się mylić”. Jej promocja szła dobrze, ale znowu zaskoczyła nas historia. Zmarł papież Jan Paweł II. Trzy tygodnie po premierze. A jeszcze nazwa naszego zespołu… Papa Dance. W tym momencie byliśmy totalnie bezsilni. Wiedzieliśmy, że nic nie możemy zrobić. A nawet nam nie wypada. Jakiś czas później wznowiliśmy płytę, która okazała się wielkim sukcesem komercyjnym.

Cały wywiad z Pawłem Stasiakiem w najnowszym numerze VIVY! 

VIVA 1/2020, okładka
Fot. Zuza Krajewska/Warsaw Creatives

Paweł Stasiak, VIVA 01/2020
Fot. Adam Pluciński/ Move Pictures

Wideo

Marynarki, kardigany, sukienki maxi, kozaki na słupku. Te produkty będą modne jesienią i zimą 2020/2021

Akcje

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

JOANNA PRZETAKIEWICZ I RINKE ROOYENS Mężczyzna z przeszłością, kobieta po przejściach… Dlaczego zdecydowali się na ślub? KASIA STRUSS Życiowa rewolucja supermodelki. JOE BIDEN – rodzinne tragedie, trudne wybory i droga na szczyt 46. prezydenta Stanów Zjednoczonych. VINCENT ŻUŁAWSKI Co zawdzięcza rodzicom – Andrzejowi Żuławskiemu i Sophie Marceau? Polska „junioromania”, czyli wszystko o EUROWIZJI JUNIOR 2020. W cyklu Extra Elitarne szkoły i uczelnie Wielkiej Brytanii (nie)tylko dla wybranych.