Magdalena Adamowicz, Viva! 24/2019
Fot. Zdjęcia Bartek Wieczorek/LAF AM
TYLKO U NAS!

„Baliśmy się o córki. Nigdy nie przypuszczałam, że Paweł może zostać zamordowany”

„Baliśmy się fali hejtu i nienawiści, która zaczęła się nasilać”, mówi Magdalena Adamowicz

KRYSTYNA PYTLAKOWSKA 30 listopada 2019 07:45
Magdalena Adamowicz, Viva! 24/2019
Fot. Zdjęcia Bartek Wieczorek/LAF AM

Wkrótce minie rok od tragicznej śmierci Pawła Adamowicza. Jego najbliżsi wciąż nie mogą pogodzić się z jego stratą. Wydaje im się to nierealne. W ich domu wciąż są jego rzeczy. ,,Został też frak, smoking, jego ulubione buty i większość koszul… Szukam kogoś, kto z tych jego koszul uszyłby mi patchworkową narzutę na łóżko i poduszeczki. Są bardzo ładne, pastelowe i będą nam go przypominały", wyznaje Magdalena Adamowicz w rozmowie z Krystyną Pytlakowską. Jak wyglądało ich wspólne życie? Żona prezydenta Gdańska nie ukrywa, że obawiali się o swoje życie.

Kiedy to wszystko się wydarzyło, była Pani w Ameryce. Mąż do Pani dojechał, ale wrócił wcześniej. Gdyby został…

Wyjechałam po wyborach samorządowych. Tak baliśmy się fali hejtu i nienawiści, która zaczęła się nasilać szczególnie w publicznych mediach. Baliśmy się o córki.

Miała Pani poczucie, że coś im zagraża i coś zagraża Pani Mężowi?

Tak, choć nigdy nie przypuszczałam, że Paweł może zostać zamordowany. Baliśmy się, że przyjdą nad ranem, zaaresztują Pawła i podłożą nam jakieś świństwo do domu. A potem będą przesłuchania i rozdmuchają to w jakąś aferę. My naprawdę żyliśmy w ciągłym strachu. Słysząc ruch na ulicy nad ranem, podbiegałam do okna i wypatrywałam osobników w kominiarkach. Dlatego zdecydowaliśmy, żeby wysłać Tunię na rok za granicę, do szkoły, a ja po wyborach wzięłam urlop na uczelni na dokończenie pracy habilitacyjnej – pracuję na Uniwersytecie Gdańskim na Wydziale Prawa. Dojechałam do Ameryki, mogłam tam pisać w spokoju, wynajęliśmy od przyjaciół garażowy domek. Bez różnicy więc było, czy napiszę pracę w Gdańsku, czy za oceanem. A Tereska mogła w tym czasie nauczyć się angielskiego. Poleciałam więc pod koniec listopada.

Paweł miał przyjechać pod koniec naszego pobytu, a w lutym Tunia miała spędzić ferie w Gdańsku. Potem Paweł miał przylecieć z Tunią tutaj i pobyć z nami kilka dni, Wielkanoc mieliśmy spędzić w Gdańsku. Odwiedziny Pawła na Boże Narodzenie i Nowy Rok to był najdłuższy urlop w jego życiu. Denerwował się, że na tak długo zostawia miasto. Postanowiliśmy, że doleci do nas 18 grudnia, a 6 stycznia wróci do kraju. Spędziliśmy ten czas cudownie, byliśmy na Wigilii u znajomych Polaków i na fantastycznym sylwestrze, a pierwszego dnia świąt wyjechaliśmy w podróż wzdłuż wybrzeża oceanu, od Los Angeles do San Francisco. Zwiedzaliśmy uniwersytety, muzea, parki natury… Byliśmy tylko z naszym psem Zeusem. Nikt nie zawracał Pawłowi głowy. Nie oglądaliśmy telewizji, a Paweł już skończył pracę nad nowym składem gabinetu. Od dawna nie byliśmy tacy szczęśliwi. Mogliśmy wreszcie sobie porozmawiać.

(...)

Żałoba ma siedem etapów, Wy przechodzicie przez ten drugi, bardzo trudny. Jak się Pani dowiedziała o śmierci Męża?

Zadzwoniła do mnie siostrzenica. Tego dnia rano szłyśmy do kościoła na dziewiątą trzydzieści rano, a Paweł już nie odbierał telefonu. Dzieliła nas duża różnica czasu. Zadzwoniłyśmy do teściów. Teściowa powiedziała, że wpadł do nich, taki radosny, coś przegryzł i pobiegł dalej, pod sądy. Był przecież Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Paweł zawsze kwestował. Dlatego pewnie nie mógł odebrać. Gdy wyszłyśmy z kościoła, przypomniałam sobie, że mam wyciszony telefon i zobaczyłam, że dzwoniła moja siostrzenica, bardzo płacząc, że wujkowi coś się stało i jakiś wariat dźgnął go scyzorykiem. Pomyślałam, że ma grubą kurtkę i taki scyzoryk może go tylko lekko zranić. Pytałam, skąd o tym wie, a ona, że jej kolega był z Pawłem jako wolontariusz. Powiedziała, że wujka reanimują, więc pomyślałam, że to niemożliwe, że to się nie dzieje naprawdę.

Człowiek nie wierzy w takie rzeczy. Postanowiłam dziewczynkom nic nie mówić. Zadzwoniłam do Oli Dulkiewicz i do zastępców Pawła, ale żadne nie odbierało. Brat Pawła też milczał. A siostrzenica prosiła tylko, żeby nie informować dziadków, bo po co ich denerwować. Za chwilę zatelefonował do mnie Piotr Grzelak, płakał, krzycząc, że ratują szefa, już jadą karetki. Zaczęłam krzyczeć: „Ratujcie go, ratujcie!”. Córki w tym momencie zaczęły pytać, co się dzieje. Tereska usiadła na chodniku i zaczęła płakać. Powiedziałam, że tatuś został ranny, ale wszystko będzie dobrze i żebyśmy się pomodliły. Zaczęłam załatwiać bilety na samolot, ale żaden samolot LOT-u nie leciał do Polski, a nasza przyjaciółka miała tylko dwa bilety na Lufthansę, pomyślałam więc, że Tunia zostanie, a ja pojadę z Tereską. Za chwilę zadzwoniła znajoma lekarka, mówiąc: „Bierz dziewczynki i przyjeżdżaj”. Wiedziałam więc, że to coś poważnego, i poprosiłam, żeby mi znalazła jakikolwiek lot do Europy. Poleciałyśmy do Londynu, z Londynu do Gdańska. Jeszcze Antonina zadzwoniła do koleżanki w Stanach, żeby zaopiekowali się naszym psem, a jej mama przyniosła mi tabletki na uspokojenie, bo ja nic takiego nie miałam. Antonina i Tereska po tych lekach po prostu zasnęły. A gdy przyjechałyśmy, Paweł już nie żył. Nawet nie pamiętam, jak dojechałam do szpitala.

Nie zdążyła się Pani pożegnać…

Nie miałam takiego odczucia, bo kiedy w Los Angeles odwiozłyśmy Pawła na lotnisko, jeszcze został z nami jakieś dwie godziny z powodu opóźnienia i gdy szedł na odprawę, wyściskałyśmy się z nim bardzo. Tereska mówiła, że to niesprawiedliwe, że to tata będzie zbierał na Orkiestrę, a nie one. I prosiła: „Tatulku, nie jedź”. A przecież była przyzwyczajona, że Paweł wyjeżdża i wraca. Zrobiliśmy sobie wtedy ostatnie selfie. A gdy Paweł szedł schodami na górę do samolotu, do samego końca mu machałyśmy. Gdybym wiedziała, że to nasze ostatnie pożegnanie, byłoby całkiem inne, ale to też było szczególne. Myśmy się zawsze czule żegnali, nawet jak mąż wylatywał tylko do Brukseli samolotem o szóstej rano i wychodził po czwartej. Ja wygrywałam walkę ze swoim lenistwem i wybiegałam boso na klatkę, by mocno go pocałować.

(...)

Jak wyglądało Wasze życie, na czym polegało Wasze „razem”?

Nie było tego tak dużo, nawet jak na wspólne 20 lat. W sumie byliśmy podobni, mieliśmy podobne usposobienie i lubiliśmy przebywać w swoim towarzystwie. A potem każde z nas biegło do swoich zajęć, ale zawsze spaliśmy pod jedną kołdrą, objęci, na prawym boku. Przyzwyczaiłam się, na innym nie zasnę.

Sięga Pani w nocy ręką, szukając Pawła?

Nie, teraz ze mną śpią córki. Paweł zawsze wcześniej zasypiał, bo wcześniej wstawał, ja natomiast kładłam się,jak wszyscy już się położyli. Wsuwałam się do łóżka, takiego nagrzanego, ciepłego i wtulałam się w Pawła. Ostatnio spałam z Tunią, a nasz pies Zeus ułożył się w nogach i pochrapywał. Jak Paweł. Wtuliłam się w Tunię, ona objęła mnie przez sen i jeszcze to pochrapywanie Zeusa. Miałam złudzenie, jakby to Paweł leżał koło mnie.

Cały wywiad z Magdaleną Adamowicz w nowym numerze VIVY! w kioskach od 28 listopada!  

Magdalena Adamowicz, Viva! 24/2019
Fot. Zdjęcia Bartek Wieczorek/LAF AM

Magda Gessler, Lara Gessler i Tadeusz Müller, Viva! 24/2019, okładka
Fot. Zdjęcia MARTA WOJTAL

Wideo

Byli małżeństwem przez 3 lata. Oto historia miłości Agnieszki i Piotra Woźniak-Staraków

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

PAULINA SMASZCZ-KURZAJEWSKA Kiedy zebrała siły po dramatycznych życiowych wydarzeniach, musiała zmierzyć się z rozwodem… O zawrotnej karierze, jej załamaniu i reaktywacji opowiada lider zespołu Papa D. – PAWEŁ STASIAK. ROMA LIGOCKA o życiu z traumą Holocaustu, relacji kat–ofiara i swoich książkach. JUDY GARLAND – ofiara Hollywood.