Paulina Smaszcz-Kurzajewska, Viva! 1/2019
Fot. Mateusz Stankiewicz/AF PHOTO
TYLKO U NAS!

„Przyszedł na noc, został na zawsze. Staliśmy się nierozłączni”

Paulina Smaszcz-Kurzajewska o początku wielkiej miłości

Beata Nowicka 8 października 2019 14:55
Paulina Smaszcz-Kurzajewska, Viva! 1/2019
Fot. Mateusz Stankiewicz/AF PHOTO

Kiedy zobaczyła Maćka Kurzajewskiego po raz pierwszy w życiu, pomyślała, że to fascynujący facet, ale oboje byli wtedy w innych związkach. Kiedy dojrzali do rozstania, to ona zadzwoniła pierwsza. Poznali się w styczniu, w marcu zadzwoniła, we wrześniu wzięli ślub. Owocem tej miłości jest dwóch wspaniałych synów: 21-letni Franek i 12-letni Julek. Niestety miłość Macieja Kurzajewskiego i Pauliny Smaszcz-Kurzajewskiej prawdopodobnie dobiegła końca. Według magazynu Party para wspólnie podjęła decyzję o rozstaniu. I to już pod koniec ubiegłego roku… Przypominamy, co o miłości do męża, związku i karierze mówiła nam Paulina Smaszcz-Kurzajewska w wywiadzie, który ukazał się na łamach magazynu VIVA! w styczniu 2019 roku. 

Skończył się rok, który był dla Ciebie trudny, nie tylko zdrowotnie, ale też zawodowo. 

Jest takie powiedzenie „Człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi”, my snujemy swoje plany, Pan Bóg się śmieje. Uważam, że życie zaczyna się nie po czterdziestce, tylko po czterdziestce piątce. Kończysz 45 lat i myślisz, co dalej z moim życiem? Przypominają mi się słowa Danuty Szaflarskiej, która miała ogromne poczucie humoru i zawsze mówiła: „Paulutku, wyjmij ta petarda z dupy. Bo wiesz, co jest na końcu? Tylko cmentarz i trumna. Ale zobacz, ja idę tam wolno, a ty tam zapie…”.  Nigdy nie myślałam, że mój stan zdrowia, ale też mój stan psychiczny, spowodują że…

…życie powie Ci „stop”?

Mam poczucie, że życie mnie w jakiś sposób testuje. Skoro już było tak źle i ten mijający rok ze śmiercią mojego taty, śmiercią przyjaciółki z dzieciństwa, której telefon wciąż mam w komórce, z moimi operacjami był taki niedobry, to ja sobie myślę, że teraz to już może być tylko lepiej. 

Po raz kolejny zostałaś wystawiona na próbę i po raz kolejny podniosłaś się. Skąd Ty się wzięłaś taka silna?

Z Poznania (śmiech). Od stóp do głów, z pokolenia na pokolenie. Mieszkam 26 lat w Warszawie, a cały czas mówię, że jestem z Poznania. Jak rozmawiam z mamą przez telefon, moi synowie – Franek lat 21 i Julek 12 – umierają ze śmiechu, ponieważ automatycznie mówię z akcentem i gwarą poznańską. Wciąż mam bliski kontakt z koleżankami z podstawówki numer 36 przy ulicy Słowackiego na Jeżycach. 

Z czego to wynika?

Bieda bardzo scala. Bieda, poczucie wspólnoty, że „my z tych Jeżyc”, tam nie było bogatych ludzi. Żyliśmy w mieszkaniu lokatorskim, wiesz, na czym to polega?

Wiem.

Mieszkanie było czteropokojowe, ale każdy pokój należał do innej rodziny. Wspólna kuchnia, wspólna łazienka, dla każdej rodziny wyznaczone godziny na gotowanie, pranie, mycie dzieci… Pokój naszej czteroosobowej rodziny miał 11 metrów. Moje biureczko stało w kuchni, kiedy kończyły się dyżury, miałam do niego dostęp. Szybko zrozumiałam, że uczyć się mogę wszędzie. Ta bieda nas scalała, bo o wszystko musieliśmy walczyć, nikt nam nic nie dał. Kilka miesięcy temu, po pogrzebie mojego taty, wspominałyśmy z przyjaciółką Kasią, że naszą jedyną szansą, żeby wyjść z tej dzielnicy i coś osiągnąć, była edukacja i pracowitość.

Rodzice Wam to uświadomili?

Pochodzę z bardzo prostej robotniczej rodziny. Wszyscy moi przyjaciele z podstawówki byli z podobnych domów. Grając na brudnym podwórku w kule duńskie albo w wyścig pokoju na kapsle – Czesław Lang był naszym liderem, powiedziałam mu to, jak go poznałam – wiedzieliśmy jedno,  jeśli nie chcesz do końca życia mieszkać we współlokatorskim mieszkaniu, musisz o to walczyć. Nie powiedzieli mi tego rodzice, tylko nauczyciele, którzy byli dla nas autorytetami. Kiedy kończyłam ośmioletnią podstawówkę ze świadectwem z czerwonym paskiem i listem pochwalnym, usłyszałam od rodziców: „Paulina, musisz iść do zawodówki, musisz zarabiać, żeby nam pomóc”. W zawodówce już w pierwszej klasie na praktykach dostawałaś pieniądze. Moja nauczycielka polskiego, pani Elżbieta Jakubowska, położyła się wtedy Rejtanem: „Proszę państwa, ona musi iść do liceum, ona musi studiować. Nie możecie odebrać jej tej szansy!”. W mojej rodzinie nikt nigdy o studiach nawet nie pomyślał. To był przełom.  

Co ich ostatecznie przekonało?

Zawarłam z moim tatą układ: „Tato, mam 15 lat, wiem, że muszę dokładać się do domu, bo jest nam ciężko, ale zróbmy tak, nie wyłożysz na moją edukację ani złotówki, ja na wszystko zarobię sama, tylko daj mi szansę i pozwól, żebym nadal mogła z wami mieszkać”. Zgodził się. A ja od pierwszej klasy liceum w weekendy i popołudniami myłam szyby na stacjach CPN, nocami wynajmowałam się do pilnowania dzieci i uczyłam się języków po to, żeby pracować na targach poznańskich jako hostessa. Przypominam ci, że wtedy hostessa myła podłogi, robiła kawę i sprzątała toalety! Po jakimś czasie awansowałam na szefa takich hostess.

Tam mnie zobaczyły Kasia i Gosia Zgoła z agencji modelek Skandal. Bardzo wiele im zawdzięczam, bo któraś z nich zapytała: „Słuchaj, a ty myślałaś, żeby być modelką?”. Do dziś pamiętam mój szok, bo oczywiście nie myślałam. Maciek Mańkowski, genialny fotograf, zrobił mi pierwszą sesję. Czasami z Kaśką, Kamilą i Karoliną, moimi przyjaciółkami z dzieciństwa, to wspominamy. Że jesteśmy, tu gdzie jesteśmy, symbolicznie daleko od Jeżyc, każda z nas ma swój dom, rodzinę, jest wykształcona, po studiach… To jest niesamowite, że bieda nas tak zmobilizowała. 

Podobno poznanianka jest: „pracowita, zaradna i oszczędna”. Wpisujecie się w model. Wasze dzieci w porównaniu z Waszym dzieciństwem mają wszystko podane na tacy. Myślisz o tym czasami?

Uważam, że my im dałyśmy ogromne poczucie bezpieczeństwa. I to poczucie jest motorem ich działania. Mnie tego brakowało. Zawsze mówię do Franka,  bo Julek ma dopiero 12 lat: „Franek, dostałeś wszystkie narzędzia, żeby łowić ryby. Ile ich złowisz i jakie, twoja sprawa, bo jesteś już dorosły. Chcesz mieszkać w igloo na Antarktydzie, proszę bardzo. Chcesz jechać do chaty masajskiej z krowiego gówna – człowieku, jedź. Masz paszport w szufladzie. To twój wybór. Ja ciebie zawsze i wszędzie będę wspierać”. Pamiętam, jak Franek się buntował, kiedy w liceum uczyłam go prać, prasować, sprzątać, wysłałam na kurs gotowania, na kurs barmański. „Słuchaj – tłumaczyłam – nie zginiesz z głodu i zawsze będziesz mógł dorobić, barmani są potrzebni wszędzie. Ucz się języków, bo to otwiera drzwi na cały świat”.  Jest szalenie samodzielny, umie gotować, zna pięć języków, może pracować, gdzie chce.

I wierzy w siebie. My taką wiarę budowałyśmy przez lata.

Zawsze myślałam: jak chcesz na kogoś liczyć, licz na siebie. Mój mąż czasami mówi: „Do cholery, dlaczego bierzesz wszystko na klatę? Poproś o pomoc, odpuść”. Nie potrafiłam. Teraz piszę doktorat o kobietach w połowie życia. Z wywiadów, które przeprowadzam do swojej pracy, wiem, że cholernie brakuje nam poczucia bezpieczeństwa, wiary w siebie, wsparcia partnera, rodziny i państwa oraz  umiejętności odpuszczania. Wszystko bierzemy na bary, bo jesteśmy z pokolenia „gniotsa, nie łamiotsa”. Padniesz, umrzesz, ale dasz radę. Dlatego cieszę się, że nasze dzieci potrafią być szczęśliwe. Zresztą uczę moich synów: „Wytarzaj się we własnych sukcesach. Naciesz się tym”. My sukces omawiamy pięć minut, ale porażkę 50 dni. Nawet nie potrafimy cieszyć się, że nam zupa wyszła, że pies na nasz widok merda ogonem, że ktoś nam powiedział komplement. Nasze dzieci to potrafią i ja im tego zazdroszczą. 

Kiedy poczułaś, że Ci się uda?

Kiedy wzięłam udział w konkursie na prezenterów Jedynki. To była 15-osobowa ostatnia grupa, którą szkolił profesor Aleksander Bardini i pani Bożena Walter. Profesor Bardini powiedział: „Dziewczyno, poznański akcent, poznańska gwara… To jest cudne, ale nie w telewizji” i wysłał mnie na ulicę Miodową do Szkoły Teatralnej i do Akademii Telewizyjnej przy Woronicza, gdzie czekał mnie rok ciężkiej pracy. Wtedy trzeba było zdać egzamin na kartę ekranową z historii, polityki, ekonomii, ogólnej kultury, ona upoważniała do występowania na wizji. Teraz wystąpić może każdy. Zajęcia były za darmo, ale musiałam zarobić na bilet do Warszawy, znaleźć kogoś, kto mnie przenocował. Miałam 19 lat, byłam na pierwszym roku filologii polskiej Uniwersytetu Poznańskiego. Wiedziałam, że to moja ogromna szansa.

Ile czasu tak dojeżdżałaś? 

Rok. Potem poszłam do telewizji i powiedziałam: „Przeprowadzam się do Warszawy”. Ale najpierw musiałam znaleźć sobie realną pracę, żeby się z niej utrzymać. Pomógł mi pan Roman Fulneczek, prezes PZU, który poznał mnie, jak debiutowałam na festiwalu w Sopocie: „Paulina, możesz być u nas stażystką w dziale… prewencji marki” (śmiech). O czymś takim jak PR nikt wtedy nie słyszał. Od tamtej pory zawsze pracowałam równocześnie w dużej korporacji, telewizja była dla mnie dodatkiem. 

Wprowadziłaś się z jedną walizeczką do pierwszego mieszkania w Warszawie.

Na Żoliborzu. Będziesz się śmiała, ale dla mnie to było niesamowite, że mieszkam sama, mam tylko dla siebie łazienkę i kuchnię. Mogę wykąpać się, kiedy chcę, zrobić śniadanie, kiedy jestem głodna. A z drugiej strony – strach. Nikogo nie miałam w Warszawie, żadnej rodziny, przyjaciół. Jechałam na 9.00 rano do PZU, kończyłam pracę o 17.00 i biegłam do telewizji. Byłam umówiona, że jak mam dyżur jako prezenterka, biorę wolne. Ale ten wolny dzień musiałam potem odpracować w sobotę albo w niedzielę. Przeniosłam się na UW i kończyłam studia. 

Co Cię napędzało? Myśl o przyszłości, która Cię czeka?

Myśl, że nie dam satysfakcji tym, którzy jak wyjeżdżałam z Poznania do Warszawy, pukali się w czoło i mówili: „Stara, TY?! Z tej dzielnicy, z takiej biedy?! Nie dasz rady! Kilka miesięcy i wrócisz. Zobaczysz”. Zawzięłam się. A właśnie na złość wam dam sobie radę. Wiesz, co mi pomogło? Tak naprawdę wiatru w żagle dała mi pierwsza miłość. Pomyślałam wtedy: żyję w dużym mieście, mam świetną pracę, jestem zakochana… jak może mi się nie udać? Niewiele miałam, ale wiedziałam, że to nie rzeczy materialne dodają skrzydeł, tylko ludzie, relacje i uczucia. Moja przyjaciółka Basia Koczanowicz mówi: „Pamiętam cię jako chudą Paulinkę, na cienkich nóżkach, która chodziła tak ciężko, jakby przedzierała się z maczetą przez dżunglę, ale z wysoko podniesioną głową i z tym zniewalającym uśmiechem”. Przeszłam przez dżunglę, jestem na plaży (śmiech). 

Rodzice byli dumni?

Przerażeni. Jak zarobiłam pierwsze pieniądze, powiedziałam: „Mamo, kupię ci bilet, przyjedź, zobaczysz, jak wygląda moje życie”. Do dziś pamiętam, że ona przez ten weekend, kiedy była, w ogóle się nie odzywała. Dla niej to był szok. Miasto, ludzie, moje mieszkanko. Moja niezależność. Moja miłość. Do głowy nigdy jej nie przyszło, że młoda dziewczyna może mieć takie życie. Że to jest w ogóle realne. Wyjechała z zachwytem i strachem, że to tylko sen, bańka mydlana. Za chwilę pęknie i zniknie.

Poznanianki, podobno, są konserwatywne i wierne w związkach. Gdzie znalazłaś Maćka?

Pracowaliśmy razem w telewizji, ale nie znaliśmy się. To było, kiedy Adam Małysz w Zakopanem odniósł swój pierwszy sukces. Maciej był reporterem, ja też tam byłam i przy jakiejś okazji zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. Pamiętam, jak pomyślałam, że to fascynujący facet. Poszliśmy na pierwszą randkę pojeździć na łyżwach, wyobrażasz sobie coś takiego? Zakopane, noc, puste lodowisko i my dwoje. Ja miałam wtedy chłopaka, patafiana, Maciek dziewczynę, ale oboje dojrzewaliśmy do rozstania. Po trzech miesiącach – do tej pory śmiejemy się z tego – pierwsza do niego zadzwoniłam: „Może się spotkamy?”. Poszliśmy na jakiś film do kina Polonia. Po seansie mówię: „To chodź, trochę jeszcze posiedzimy u mnie”. Maciek wynajmował mieszkanie na Woli, ja na Ursynowie. „Nie mam potem jak stamtąd wrócić, nie będzie żadnego autobusu”. Ja na to: „Ale kto powiedział, że musisz w nocy wracać…?” (śmiech). Przyszedł na noc, został na zawsze. Staliśmy się nierozłączni. Poznaliśmy się w styczniu, ja do niego zadzwoniłam w marcu, we wrześniu wzięliśmy ślub. 

Powiedziałaś mi kiedyś, że nie wyobrażasz sobie bycia z kimś innym. I ja wiem, że to jest prawda. 

Nie powinnam tak mówić, bo zaraz wyleje się na mnie wiadro hejtu, ale powiem oczywiście: mam naprawdę fantastycznego męża, ale ja też jestem boska. Uważam, że ja na tę miłość zasłużyłam. Poza tym nasz związek to bardzo ciężka praca. Cudowne jest to, że Maciek też jest z biednej rodziny, choć nie mieszkał w takich warunkach jak ja. Kiedy przyjechał do Poznania, nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. Jego rodzice jednak mieli własne mieszkanie w Kaliszu, na ulicy Widok. My nie mieliśmy nic. 

Z Maćkiem też wszystkiego dorabialiście się razem, ale to właśnie buduje bardzo silną więź.

Suknię ślubną wzięłam na raty. Nie było nas stać, żeby wejść do sklepu i ją kupić. Pierwsza ciąża, z Frankiem, była dla mnie bardzo ciężka, musiałam całą przeleżeć w domu, a końcówkę na patologii ciąży. Nie miałam pracy w telewizji, bo pewna wredna suka, która do tej pory nie ma dzieci i nigdy nie wyszła za mąż, kiedy zaszłam w ciążę, po prostu wykreśliła mnie z grafiku. Nie miałam etatu w PZU. Maciek był początkującym dziennikarzem… byliśmy na zerze. Oczywiście rodzice pomagali nam jak mogli, ale nigdy im się nie przelewało. Staliśmy z Maćkiem przed dylematem, jak kupować, żeby wystarczyło na moje leki, rachunki i na jedzenie. My w ogóle nie znamy życia pełnego balang, imprez, wakacji, wydawania pieniędzy. Największym naszym stresem było wzięcie kredytu na 30 lat. 

Wiem coś o tym… Poza tym 30 lat dla młodego człowieka to wieczność.

Maciek bardzo ciężko pracował, ja też, i za cenę ogromnych wyrzeczeń, udało nam się spłacić ten kredyt wcześniej. To tylko moja opinia, ale nie rozumiem młodych ludzi, którzy zasuwają w korporacji i biorą ogromne kredyty po to, żeby kupić wielkie domy, luksusowe samochody i wyjechać na wakacje za bajońskie kwoty. Żyją ponad stan, a kiedy nagle, z różnych przyczyn, kończy się praca w korporacji, zaczyna się dramat. Ludzie toną w niespłacalnych długach, małżeństwa się rozpadają. Niedawno mąż mojej koleżanki popełnił samobójstwo. Została sama z żalem po jego śmierci, dziećmi i… długami. Koszmar. Ludzi niszczy brak racjonalnego myślenia. Ale z drugiej strony nieraz słyszałam pod naszym adresem: „Ale kretyni, nie zwiedzali świata, nie chodzili do klubów, nie imprezowali, nie korzystali z życia”.  Owszem, nie byłam nigdy na Bali, Malediwach czy Dominikanie, nie chodziłam do modnych klubów. Uwielbiam posiedzieć z książką na swoim tarasie, jeżdżę starym samochodem. Nie mam ambicji materialnych. Ale wiesz, co mam? Mam świetną rodzinę, cudownego męża i dzieci. 

Ja Cię rozumiem i to chyba nie jest tylko kwestia pokoleniowa, ale wspólnoty doświadczeń. Kiedy tak naprawdę odetchnęłaś?

Kiedy spłaciliśmy kredyt. Wpłaciliśmy ostatnią ratę i nie mogliśmy uwierzyć, że to koniec. Maciek pytał: „Paulina, czy to się dzieje naprawdę?”. Niesamowita ulga. Ale też złość, bo kiedy spłacasz kredyt wcześniej, musisz za to dodatkowo zapłacić, jak jakąś karę. Przecież to jest kradzież ze strony banku i państwa! Niewiarygodne, jak życie na kredyt stresuje. Myślę, że nas po prostu nie przygotowano do tego społecznie. Amerykanie zawsze żyli na kredyt, ale mają ludzkie opodatkowanie i sensownych doradców. Kiedy dostaję wycinek z mojej pensji, a cały miesiąc ciężko na nią pracuję, i widzę że prawie 50 procent odpada na różne urzędy i podatki, szlag mnie trafia. Wczoraj przyszło do mnie zawiadomienie z ZUS – a pracuję już 25 lat – że po tych 25 latach pracy, ze składkami, jakie nagromadziłam, na dzień dzisiejszy dostanę 1800 złotych emerytury brutto. Jeśli będę pracowała do 60. roku życia, tak jak PiS na nasze nieszczęście zadecydowało, to dostanę 2200 brutto. I wiesz co, spojrzałam na tę kartkę i pomyślałam: a pocałujcie wy mnie w dupę. 

Czyli zamierzasz pracować tak długo, jak dasz radę. 

W większości krajów na świecie wydłuża się czas pracy, ponieważ społeczeństwo się starzeje. Jeśli nasze pokolenie, mówię o kobietach oczywiście, według najnowszych danych ma żyć 86–92 lata i w wieku 60 lat przejdziemy na emeryturę, to co my – pytam partię rządzącą – przez te 30 lat będziemy robić?! Z taką emeryturą?! W tym roku obchodzimy 100 lat niepodległości Polski. I 100 lat praw kobiet, o których prawie nikt nie mówi. Dzięki ludziom, którzy bezinteresownie dali mi szansę, podali rękę, jestem tu, gdzie jestem. Wiele zawdzięczam kobietom. 

Miałaś taki moment, kiedy życie o mało Cię nie zabiło...

Ale bardziej psychicznie niż fizycznie. Miałam dwie takie sytuacje. Dziewięcioletnia różnica między Frankiem a Julkiem jest spowodowana tym, że byłam w ciąży z bliźniakami. Prawdopodobnie dzisiaj można by ich było uratować, wtedy się nie udało. Nikt nie umiał rozmawiać z matką, która musiała urodzić dwójkę martwych chłopców, która wciąż ma wielkie piersi pełne mleka i totalną depresję. Na pytanie: „Co z nimi zrobicie” z łaski ktoś ci coś odburknie, więc błagasz: „Byle nie do śmietnika”. Nie możesz rozpaczać, bo leżysz z kobietami w ciąży: „Proszę nie ryczeć, proszę nie histeryzować! Pani stresuje matki, które zaraz będą rodzić…”.

Brak mi słów… 

Właściwie ratunkiem był tylko Maciek i Franek, który miał wtedy 9 lat. Czekał na braci: „Wreszcie będę miał rodzeństwo! Hura, hura, hura”, a ty musisz mu wytłumaczyć, dlaczego ich nie ma. Wszystkie mamy wychodzą z maluchami w kołyskach i fotelikach, a Maciek mnie zabiera w całkowitej rozpaczy, z wiszącym pustym brzuchem i piersiami, z których cieknie mleko. W domu cisza… Nikt z tobą nie potrafi rozmawiać, nawet matka. Ale najbardziej wkurzający są znajomi, którzy mówią: „Ale już się tak nie przejmuj, przecież będzie następne”. No, ożeż k...! Wracasz do pracy, ludzie cię unikają, po kilku dniach przychodzi do ciebie szef: „Wiesz, zabrałem ci wszystkie projekty, bo tak sobie z zespołem rozmawialiśmy, że chyba nie dasz rady psychicznie”. Zabierają ci wszystko… Wtedy Łukasz Wejchert wyciągnął do mnie rękę. Widząc, w jakim jestem stanie, powiedział: „Paulinka, zostałem szefem Onetu, chodź, zbudujesz mi dział PR. Ty dasz radę!”. Dzięki niemu, spokojowi, który zapewnił mi w pracy, zaszłam w drugą ciążę. Julek też jest z ciąży bliźniaczej, ale Julka udało się uratować, jego brata nie. Taki los… 

Podziwiam Cię, chyba nie każda z nas potrafiłaby go udźwignąć. 

Myślałam, że to mnie zabije, bo bardzo długo we mnie tkwiło. No ale radość z tego, że jest Julek, który ma wspaniały charakter, w ogóle jest fantastyczny, jest pogodnym, uśmiechniętym, szczerym dzieckiem, wszystko mi wynagrodziła. Ale smutek jest nieustannie. Kolejny test od życia to cały ten rok. Ciężko pracuję, bez oddechu, nakręcona, pozytywna, otwarta, kreatywna, zdobywam nagrody, uznanie środowiska Public Relations, chciałabym, żeby wszystkim moim pracownikom i współpracownikom było dobrze. I tak to już z nami kobietami jest. Najpierw myślimy o wszystkich dookoła, na końcu o sobie. Zapominamy, że jak nasz silnik nie zadziała, nagle wszystko się posypie. Zawiodło moje zdrowie, ale tym samym zawiódł mój pracodawca. Chora kobieta to dla nich problem. Stajemy się dla pracodawcy bezużyteczne. O tym wszystkim zresztą opowiadamy w naszym wywiadzie na viva.pl.

Właśnie zaczął się nowy rok, nowy rozdział, nowe nadzieje. Pytam Cię więc, co dalej?

Przede wszystkim zacznę wreszcie spełniać marzenia, czyli skupiam się i rozwijam moje szkolenia dla pracowników i pracodawców, kobiet i mężczyzn, wykłady, programy motywacyjne, bo ja nie tylko jestem teoretykiem, ale też praktykiem z 25-letnim doświadczeniem i specjalistą od komunikacji. Po wielu latach w korporacjach wiem, bo sama tego zaznałam, co to mobbing, sexual harassment, poczucie beznadziejności i rozterki, gdy ja w biurze, a dziecko w przedszkolu. Wiem, co to presja, stres, KPI’s, szklany sufit dla kobiet, szefowie śmiejący się z akcji #MeToo i kobiety niszczące inne kobiety, ale dla nich – jak mówi Sylwia Chutnik – jest specjalne miejsce w piekle. I mam jeszcze jedno – temperament, jeżycki charakter, poznański etos wartości i kocham ludzi. Chcę robić ważne rzeczy dla kobiet i mam taką potrzebę, może ktoś powie, że jestem głupia i naiwna, trudno. Ale przede wszystkim chcę się nażyć, pożyć, pooddychać, kochać i jeszcze uśmiechać się szelmowsko do losu, grając z moim Julkiem w planszówki, a z Frankiem pogadać o jego planach na przyszłość. Tak, na to zasłużyłam!  

Paulina Smaszcz-Kurzajewska, Viva! 1/2019
Fot. Mateusz Stankiewicz/AF PHOTO

Fot. East News

Maciej Kurzajewski, Paulina Smaszcz-Kurzajewska pozują do zdjęć na czerwonym dywanie
Fot. ONS

Wideo

Dziś wypada 3. rocznica ich ślubu. Oto historia miłości Agnieszki i Piotra Woźniak-Staraków

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Wydanie de Luxe VIVA!, a w nim: ANJA RUBIK o tym, jak się czuje w roli singielki i o planach na przyszłość. Intymna sesja KINGI KORTY z synkiem GREYSONEM i inspirująca rozmowa na temat późnego macierzyństwa. Skandalista i geniusz – ELTON JOHN. RODZINA KOKCZYŃSKICH, właścicieli Park Cafe w Konstancinie, o tym, jak stworzyć „fajne miejsce”.