O NIEJ JEST GŁOŚNO

Monika Jac Jagaciak wkrótce zostanie mamą!

Chłopiec czy dziewczynka?

Olga Figaszewska 31 maja 2019 15:51

Monika Jag Jagaciak jest w ciąży! Polska top modelka i jej mąż spodziewają się pierwszego dziecka. Szczęśliwą nowinę gwiazda długo ukrywała w tajemnicy.

Ciąża Moniki Jagaciak

Monika Jac Jagaciak należy do grona najpopularniejszych polskich top modelek. Już w wieku 13 lat została twarzą marki Hermes. Na swoim koncie ma współpracę z Valentino, Dolce&Gabbana czy Calvinem Kleinem. Jako jedyna szesnastolatka zrobiła kampanię kosmetyczną Chanel.

Dziś znajduje się w czołówce najlepszych modelek świata. Rzadko rozmawia na temat swojego życia prywatnego. W 2017 roku modelka wzięła cichy ślub  z serbskim fotografem, Branislavem Jankicem, a kilka dni temu w mediach pojawiła się informacja, że ich rodzina wkrótce się powiększy. W sieci znalazły się zdjęcia z baby shower! Czy kolor dekoracji sugeruje płeć maleństwa? Jeśli tak, przyszli rodzice spodziewają się córeczki! Serdecznie gratulujemy!

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Babyshower @jacmonika ❤️ #babyshower #kielbasyikoktaile

Post udostępniony przez Karla Gruszecka (@karlagruszecka)

W ubiegłym roku Monika Jagaciak była gwiazdą okładki jesiennego wydania magazynu VIVA! Moda. W rozmowie z Beatą Nowicką gwiazda opowiedziała nam o swoich osiągnięciach, miłości i trudnych wydarzeniach.  Rok temu ciężko zachorowała i poczuła kruchość życia.

Monika Jagaciak w wywiadzie VIVY! Mody

Nigdy nie pomyślałabym, że wysportowaną, pełną życia, śliczną i tryskającą energią 24-letnią dziewczynę zapytam z autentyczną troską w głosie: Monika,  jak się czujesz?

(śmiech) Ja też jeszcze dwa lata temu, kiedy rozmawiałyśmy, nie oczekiwałabym takiego pytania, ale nie zaskoczyłaś mnie. Czuję się bardzo dobrze. Mówię to z całą odpowiedzialnością. Czuję się dobrze i chyba mocniejsza niż przed chorobą tak naprawdę.

Jak to się stało? Pewnego dnia obudziłaś się i nie mog- łaś wstać z łóżka?

Chciałabym, żeby to stało się tak szybko, w ciągu jednej nocy. Niestety, znaki, że coś jest nie tak, mój organizm wysyłał od dłuższego czasu, co najmniej trzy–cztery miesiące wcześniej, ale ja wiązałam to ze zmęczeniem, przepracowaniem, stresem… Dosyć dobrze radzę sobie z bólem, jak zresztą większość kobiet. Poza tym nie chciałam martwić rodziny, mojego małżonka. Wydawało mi się, że sama sobie z tym poradzę, że w końcu mi przejdzie.

 I, rozumiem, nie przeszło.

To było w czasie wakacji w Niemczech, któregoś dnia po prostu się poddałam. Przyznałam się wszystkim, że źle się czuję, że od wielu miesięcy funkcjonuję na środkach przeciwbólowych i, tak naprawdę, jest coraz gorzej. Nastąpiła pełna mobilizacja, błyskawicznie znaleźliśmy lekarza. Postawił diagnozę – zapalenie jelit. Po przyjeździe do kliniki w Monachium usłyszałam, że gdybym poczekała jeszcze kilka dni, nie skończyłoby się to dla mnie dobrze.

 Bardzo często słyszę od kobiet, że walczą z bólem w ukryciu, w milczeniu. Sama tak robię. W ten bezsensowny sposób próbujemy chyba udowodnić sobie i innym, że jesteśmy mocne.

Ale często cena, jaką za to płacimy, nie jest tego warta. Zawsze byłam za siebie odpowiedzialna i nie chciałam nikogo martwić. Przez ostatnie cztery lata miałam poczucie, że muszę jeszcze bardziej się usamodzielnić, mimo że od dawna jestem bardzo samodzielna. Wydaje mi się, że to jest choroba dzisiejszych czasów, że chcemy być ambitne i niezależne i bardzo często zapominamy o tym, że czasami jest OK poprosić o pomoc. Nie poczułam się słabsza, gorsza czy mniej odważna tylko dlatego, że ktoś mi pomógł. Ale wstrzymywałam się przed tym…

Kto był wtedy najbliżej Ciebie?

Mój mąż, w tamtym czasie jeszcze narzeczony. To na pewno był wielki test nie tylko dla mnie, ale również dla niego, bo zawsze był ze mną. Przez jakiś czas tak źle się czułam, że chciałam się poddać, miałam wszystko w nosie, nie zależało mi. W pewnym momencie ważyłam 43 kilo, byłam tak słaba, że naprawdę nie miałam siły walczyć, a on trwał przy mnie, opiekował się mną, wciskał we mnie jedzenie i nawet lekko kłócił się ze mną, żebym się nie poddawała, bo dam radę i wyjdę z tego. Teraz myślę, że to jest tylko jego zasługa, że w końcu stanęłam na nogi. Wszystko to sprawiło, że nasz związek jest mocniejszy.

Kiedy zachorowałaś, miałaś 22 lata, robiłaś sesje i pokazy dla największych domów mody i magazynów… W tym wieku, przy tak widowiskowej karierze człowiek ma poczucie, że jest niezniszczalny. Ty raczej poczułaś kruchość życia.

Dokładnie. Nigdy nie powiedziałam tego głośno, ani nawet nie pomyślałam, że otarłam się o śmierć, ale zrozumiałam wiele rzeczy, o których wcześniej czytałam i…  uważałam je za banał. Na przykład jak bardzo nie doceniamy tego, że jesteśmy zdrowi i możemy zrobić wszystko. Doszłam do wniosku, że ważne są doświadczenia i momenty w życiu.

Od 11 lat żyjesz w świecie wielkiej mody. Dorastałaś w nim. Twoja gwiazda wciąż lśni, ale kiedy rozmawiałyśmy przed Twoją chorobą, powiedziałaś, że chciałabyś zrobić coś poza modelingiem.  

Od roku krążę pomiędzy Nowym Jorkiem a Chicago, gdzie mój mąż kończy studia na wydziale sztuki filmowej w Art Institute of Chicago. Sama nigdy nie czułam potrzeby posiadania dyplomu poświadczającego, że chodziłam do jakiejś szkoły, ale przebywając w kręgu tych wszystkich artystów, staram się z tego czerpać i rozwijać kreatywnie. Jestem bardzo praktyczna, to jest kwestia wychowania, domu, z którego pochodzę. Nigdy nie myślałam o sobie jako osobie kreatywnej, ale tak naprawdę, jak sama powiedziałaś, od wielu lat żyję w świecie bardzo kreatywnym. Długo wydawało mi się, że jestem może nie przedmiotem, tylko modelką, która do tego świata należy, ale go nie tworzy. Mój mąż przekonał mnie, że zawsze mogę dodać coś od siebie. I nie chodzi wyłącznie o modę, ale o tworzenie w ogóle. Jeszcze nie dowierzam, że naprawdę mogę, ale chcę spróbować.

I zrobiłaś to tak, jak chciałaś. Zaprojektowałaś kolekcję butów dla REDA Milano, a jednocześnie stworzyłaś do niej autorską kampanię reklamową.

Buty to wciąż modowa branża, ale z elementem artystycznym, gdzie mogłam się kreatywnie wykazać i przy projektowaniu, i tworzeniu kampanii. Kiedy zaczęliśmy pracę nad tą kolekcją, pierwszym impulsem była myśl, że chcę stworzyć buty „dla siebie”, które ja będę nosić. Buty, które będą dobrze wyglądać ze spodniami, bo bardzo rzadko zdarza mi się zakładać sukienki czy spódniczki. Już jako nastolatka wolałam ubierać się w męskie T-shirty, nawet dżinsy niż superkobiece ciuchy. Nie chciałam w ten sposób podkreślać, jaka to jestem odważna, silna czy niezależna. Po prostu podoba mi się taki styl. Dlatego szukałam inspiracji w kobietach, które po raz pierwszy założyły spodnie. To miało dla mnie podwójne, symboliczne znaczenie, bo kiedy w Stanach mówi się: „Who wears the pants?”, to oznacza...

 …że ten, kto „nosi spodnie”, ma władzę, decydujący głos, jest silny. W Polsce też się tak mówi.

Kobiety na masową skalę założyły spodnie i męskie buty, kiedy poszły pracować do fabryk w czasie I wojny światowej, bo większość mężczyzn była na froncie. Od tamtej pory walka o równość płci nabrała tempa. Feminizm zaczął się rozkręcać. Ale gdybyś mnie zapytała, czy jestem feministką, odpowiedziałabym: tak, jeśli feminizm oznacza dążenie do równości pomiędzy kobietami a mężczyznami. Zawsze muszę precyzyjnie zaznaczyć, że dla mnie to jest równość, nic ponadto. Nie uznaję wyższości naszej płci, nie uważam, że jest lepsza i z tego powodu coś nam się należy. Feministki, które walczą z mężczyznami, degradują płeć męską – nie mówią w moim imieniu. Nie o to walczyłyśmy latami. W Chicago, w szkole, gdzie studiuje mój mąż, poznałam ciekawe artystki, kilka z nich udało mi się zaangażować do tej kampanii. Każda stworzyła jedno dzieło sztuki, którym wyraziła to, co dla niej znaczy „Who wears the pants”. Dla mnie to było fantastyczne doświadczenie. Osiemdziesiąt procent radości i zabawy dało mi nie samo projektowanie, tylko bycie  art dyrektorem.

Intensywnie – i twórczo – pomagałaś mężowi przy projekcie „Letter To My Mother”, który łączy film, fotografię i literaturę. To jego osobista „opowieść” o życiu amerykańskich matek cierpiących na uzależnienie.

Pomysł narodził się w 2013 roku, kiedy Branislav dowiedział się, że jego mama, w przeszłości uzależniona od leków i alkoholu, ma raka i zostało jej sześć miesięcy życia. Ja, niestety, nie zdążyłam jej poznać. Razem ze swoim przyjacielem Goranem Macurą przemierzyli tysiące kilometrów przez sześć stanów, spotkali się z 40 uzależnionymi matkami – i ich dziećmi – które zgodziły się wziąć udział w tym projekcie, bo uznały, że ma szansę coś zmienić. Powstał z tego krótki film, wiele wystaw fotograficznych i książka-album, która miała być hołdem miłości dla mamy.

Zdążył ją mamie pokazać?

Nie. Próbował ją skończyć, ale nie udało się jej opublikować przed śmiercią mamy.  Żadne wydawnictwo nie chciało tego wydać, ponieważ był młodym artystą, który nigdy wcześniej nie zrobił tak dużego projektu, bali się zaryzykować. Po pierwsze – nie rozumieli, o co w tym chodzi, uzależnione matki to trudny temat, nie każdy chce się nad tym pochylić. Po drugie – wydrukowanie takiej książki jest kosztowne. Ona bardziej przypomina album niż reportaż, choć czyta się jak wciągającą powieść. Znalezienie wydawcy zajęło mu prawie dwa lata, wszyscy mu odmawiali, już prawie chciał się poddać, ale w momencie kiedy mnie spotkał, udało nam się nawiązać kontakt z agencją, która publikuje artystyczne książki dla wielu muzeów. I oni mu pomogli to wydać. Śmiejemy się z Branislavem, że na każdym etapie – i z książką, i z wystawami – szło jak po grudzie. Jakbyśmy tym wielkim wysiłkiem, jaki wkładaliśmy, musieli zasłużyć na to, aby wreszcie projekt został pokazany właściwym ludziom. Ale tak się chyba dzieje z rzeczami, które mają moc zmienienia czegoś.

Czy uzależnienie mamy odebrało Branislavovi coś ważnego z dzieciństwa?

Nie zapytałam go, ponieważ jak opowiedział mi po raz pierwszy o swoim pomyśle, to ja już nie miałam żadnych pytań. Idea polega na tym, że on te mamy pokazuje jako ikony. Uzależnienie to choroba, dlatego on chciał zdjąć z nich piętno wstydu i żalu i pokazać je jako kochające matki. On tak właśnie patrzył na swoją mamę. Dlatego dla niego czas przebaczenia i zrozumienia był bardzo krótki. Tą książką próbował pokazać mamie, że była i pozostanie najlepszą mamą, jaką mogła być. Zresztą w listach zamieszczonych w książce wszystkie matki przepraszają i próbują wyjaśnić, dlaczego tak się stało. Ale przy odpowiedziach ich dzieci widać, że mama tak naprawdę nie musi dziecka przepraszać. Dla dziecka matka zawsze będzie najważniejszą osobą. To było główną myślą tego projektu, przynajmniej dla mnie.

Czujesz, że istnieje między Wami psychologiczna różnica? Sama pochodzisz z ciepłego, bezpiecznego, poukładanego domu.

Gdybyś zapytała Branislava, czy on czuje, że pochodzi z takiej, a nie innej rodziny, która borykała się z różnymi problemami, to myślę, że odpowiedź brzmiałaby – nie. Że dla niego to jest normalne. I chyba tak to jest, mimo że wspomnienia z dzieciństwa mamy kompletnie inne: ja wychowałam się w kraju, gdzie nie było wojny, w domu nauczycieli, gdzie nie było żadnych rozwodów, wszystko poszło gładko i rodzice wykonali superrobotę, o czym zawsze wspominam…

 ...a Twój mąż pochodzi z byłej Jugosławii.

Z Vukovaru, miasta, które zostało niemal całkowicie zniszczone podczas walk serbsko-chorwackich. W 1991 roku, kiedy wojna była w tej najbardziej agresywnej fazie, miał osiem lat, mamie udało się ich zabrać do Monachium, gdzie musieli zacząć wszystko od nowa. Jego historia jest bardzo skomplikowana w porównaniu z moją. Wierzę, że na to, jakimi stajemy się ludźmi, w dużym stopniu wpływa nasze dzieciństwo, bo to jest udowodnione naukowo, ale Branislav jest chyba wyjątkiem. To nie jest osoba, która tłumaczy swoje zachowanie trudnym dzieciństwem. On w ogóle nie uważa, że jako dziecko został w jakikolwiek sposób skrzywdzony. Nie opowiada o tym. Przez pierwsze kilka miesięcy niewiele o nim wiedziałam. Stąd ta różnica nie jest u nas widoczna na pierwszy rzut oka, ale możliwe, że jest częścią naszego związku, że my psychicznie i charakterologicznie jesteśmy inni i się uzupełniamy. Ja jestem poukładana i zorganizowana, on jest duszą artystyczną.

W Tobie ona też drzemie. Po latach ścięłaś włosy, wyglądasz czupurnie, zawadiacko, czujesz różnicę?

Ktoś mnie nawet zapytał, jaka strategia się za tym kryje (śmiech). Nie było żadnej strategii. Narzekałam po chorobie, że mam słabe włosy i nadeszła chwila, kiedy dostałam z agencji zielone światło i je po prostu ścięłam. Nigdy nie zwracałam szczególnej uwagi na to, jak odbiera mnie męska część, ale teraz czuję się bardzo komfortowo, ponieważ jestem już mężatką i zaczęłam trochę grać tym, jaką atencję wzbudzam. Z rozbawieniem zauważyłam, że kobiety czują się ze mną bardziej komfortowo, a faceci są lekko zdezorientowani. Okazuje się,  że  ten banalny wzorzec wysokiej, szczupłej dziewczyny z długimi włosami jest bardziej kobiecy i seksowny.

Jaką minę miał Twój mąż, kiedy na Ciebie spojrzał?

Zabawne jest to, że ja obcięłam włosy w Nowym Jorku, kiedy on był w  szkole w Chicago i prawie przez trzy tygodnie się nie widzieliśmy. Chyba nie zrobił żadnej szczególnej miny. Jesteśmy ze sobą bardzo blisko i łączy nas też przyjacielska relacja, często sobie z siebie żartujemy. Mam bardzo duży dystans do siebie. Czasami wyglądam bardziej chłopięco i Branislav – który dużo czasu spędził we Włoszech – zawsze mi wtedy wymyśla włoskie przezwiska na chłopców, których nauczył się w Mediolanie. W jego telefonie byłam zapisana co najmniej pod pięcioma pseudonimami. Odkąd ścięłam włosy, jestem Francesco (śmiech).  

Nosisz obrączkę?

Ja noszę. Śmieję się, bo Branislav swoją nosi na łańcuszku, ciągle pracuje z jakimś  sprzętem i boi się, że ją zepsuje.

Od czego jesteś uzależniona?

Chyba jestem uzależniona od bezpieczeństwa w związku. Oboje stworzyliśmy stabilizację, której nie miałam przez wiele lat. Wiem, że jak coś się stanie, mogę na nim polegać i on na mnie. Lubię siebie nazywać żoną, lubię dzielić z kimś życie.

W świecie kolorowych, ale efemerycznych związków Ty zdecydowałaś się na małżeństwo. Wahałaś się?

Nie miałam żadnych wątpliwości, chociaż wokół siebie obserwuję młode dziewczyny i mężczyzn, którzy mają problem z tym, żeby odnaleźć się w jednym związku i nie odczuwać potrzeby takiego myślenia: A może za chwilę trafi mi się „coś” lepszego? Po trzech miesiącach znajomości przeprowadziliśmy z Branislavem rozmowę i stwierdziliśmy, że nie tracimy czasu i albo robimy to na sto procent, albo wcale. Bardzo mi to zaimponowało, nigdy tak wcześniej nie myślałam o związku i nie byłam świadoma, że ja też tego chcę.

 I że to jest on.

Kiedyś rozmawiałam z moją mamą, która mi powiedziała, że nic nie jest bajką. I ja tak o tym myślę. Mogę teraz zachwalać przed tobą swoje małżeństwo i to będzie prawda, ale wiem, że relacje dwojga ludzi nigdy nie są superproste. Jesteśmy jednak skomplikowanymi zwierzętami, w związku z tym cieszę się szczęściem, które  mam, ale nie liczę na to, że zawsze będzie to droga usłana różami. Jestem tego świadoma. Oboje mamy to samo podejście, dlatego w tym momencie jestem przekonana, że przetrwamy pomimo tego, co nas może spotkać. Możesz trzymać mnie za słowo (śmiech).

Wideo

Paweł Królikowski zostawił najpiękniejszy możliwy testament. Żona opowiedziała o szczegółach

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

EWA CHODAKOWSKA I LEFTERIS KAVOUKIS o balansie, jaki dała im pandemia, domu w Warszawie i… raju w Atenach. Co takiego wydarzyło się, że RAFAŁ KRÓLIKOWSKI powiedział sobie: „Hola, hola, panie Królikowski, czasami trzeba przystopować…”? AIDA KOSOJAN-PRZYBYSZ z córkami ALICJĄ i MARGO – Jak być matką, kiedy widzi się przyszłość? W cyklu Kobiece historie: Fonda, Birkin, Joplin, Mitchell – buntowniczki i hippiski, które zmieniły świat. Miasto miłości: Nowy Jork nie pozwoli zasnąć zakochanym.