Jerzy Stuhr, Barbara Stuhr, Viva! 2016
Fot. Robert Wolański
TYLKO U NAS

Jerzy Stuhr: „Od 50 lat nie nudzę się z moją żoną”. Poznaj historię miłości wielkiego aktora!

Fragmenty książki „Basia. Szczęśliwą się bywa”

Beata Nowicka 10 marca 2018 12:00
Jerzy Stuhr, Barbara Stuhr, Viva! 2016
Fot. Robert Wolański

Jerzy Stuhr wybitny aktor, reżyser, pedagog, wieloletni rektor PWST w Krakowie został laureatem Polskiej Nagrody Filmowej Orły 2018 za osiągnięcia życia.

Specjalnie dla VIVA.PL wyjątkowe fragmenty książki naszej dziennikarki, Beaty Nowickiej „Basia. Szczęśliwą się bywa” opisującej życie Barbary Stuhr, żony Jerzego i mamy Maćka. Dla naszych czytelników wybraliśmy z książki historię poznania i niezwykłej miłości Barbary i Jerzego.

Fragmenty książki „Basia. Szczęśliwą się bywa” opisującej życie Barbary Stuhr

To było zwykłe, państwowe przedszkole, gdzie czasem była rytmika, nauka solfeżu, coś się śpiewało, coś tańczyło, deklamowało wierszyki Tuwima albo Brzechwy. Basia miała narzeczonego Sławka, lat pięć, syna pani intendentki, uwielbiała tańczyć z nim krakowiaka w pierwszym rzędzie. Jerzyk Stuhr, syn zastępcy prokuratora powiatowego w Bielsku chodził do tego samego przedszkola, ale chociaż mają wspólne zdjęcie, Basia w ogóle go nie pamięta.

Pewnego poranka Jerzyk poinformował swoją mamę, że pójdzie do przedszkola, owszem, pod warunkiem, że będzie tańczył z Basią w pierwszej parze. Mama Stuhrowa uwielbiała swojego synka. Po jej krótkiej wizycie w przedszkolu i naradzie z panią dyrektor nastąpiła zmiana partnera, Jerzyk zastąpił Sławka. Jerzyk był niezgrabny, deptał koleżance po stopach i Basia na niego była wściekła za to, że pani kazała jej z nim tańczyć.

Nie lubiła go wtedy, ale zapamiętała. (...)

Po latach z Jerzym Stuhrem spotykali się co tydzień na lekcjach religii.

Basia:

To były dwa światy. My byłyśmy dziewczynami z elitarnego liceum muzycznego. Arystokratki. Jurek z kolegami chodził do świetnego liceum im. Żeromskiego, gdzie był bardzo wysoki poziom, ale które uchodziło za najbardziej „czerwone” liceum w Bielsku. Kasta nas, artystek, i kasta facetów, którzy popisywali się, że więcej wiedzą. My ich traktowałyśmy z góry, ale ukradkiem zerkałyśmy na nich, głupio chichrając.

Spotykaliśmy się w salkach parafialnych przy kościele św. Marcina. Ksiądz przynosił nam poezję, głównie Gałczyńskiego, czytaliśmy jego wiersze na głos i wydawało się nam, dziewczynom, że to są Himalaje poezji.

I tyle się znaliśmy.

*

Kiedy po maturze Jerzy wyjechał do Krakowa studiować polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, w ogóle nie utrzymywali ze sobą kontaktów. Basia została w Bielsku, bo liceum muzyczne było pięcioletnie.

Wczesną jesienią, ponad rok później, spotkali się przypadkowo na schodach Wyższej Szkoły Muzycznej i PWST, schody były wspólne, ponieważ obie uczelnie mieściły się w tym samym budynku przy ul. Bohaterów Stalingradu, dziś Starowiślnej. Pierwsze dwa piętra zajmowała szkoła muzyczna, na trzecim ulokowała się szkoła teatralna, a na czwartym były sale, tzw. ćwiczeniówki dla muzyków. Cały ogromny budynek należał do sióstr Urszulanek, gdzie przed wojną, w elitarnej szkole dla dziewcząt uczyła się Maria Chorąży, mama Jerzego. Genius loci.

Po prostu minęli się na tych schodach.

- Cześć.

- Cześć.

To był impuls, bo w pierwszej chwili Jerzy nie poznał Basi. Wydoroślała, wygląda inaczej, wyzna jej potem, ale kiedy dotarło do niego, skąd się znają, stanęli w kącie na korytarzu i zaczęli rozmawiać. Jerzy pytał, co słychać w Bielsku, Basia co on robi na schodach szkoły teatralnej.

Dowiedziała się, że przychodzi do kolegów, przyjaźni się ze studentami aktorstwa, Krzysztofem Jasińskim, Jerzym Trelą i Olgierdem Łukaszewiczem. Gra z nimi w Teatrze STU, który półtora roku wcześniej założył Jasiński. To Krzysztof Jasiński wpadł na pomysł, żeby do swojego zespołu zaprosić studentów innych uczelni, Jerzy był pierwszym, którego przyjął. Zapytała, dlaczego studiuje polonistykę zamiast aktorstwa, skoro tak lubi grać. Wytłumaczył jej, że wykształcenie uniwersyteckie to tradycja rodzinna, że porządna wiedza to kapitał na całe życie. A w czasie wolnym gra namiętnie z kolegami z wydziału aktorskiego. Do Basi to przemawiało. Myśl, że Jerzy mógłby zbuntować się przeciwko tradycji w ogóle nie zaświtała jej w głowie.

To nie był żaden grom z jasnego nieba ani piorun sycylijski. Żadna erupcja uczuć. Było wzajemne zaciekawienie, przyciąganie. Na początku ważne było to, że są z jednego miasta, że mają te same punkty odniesienia, że pasjonuje ich sztuka, jego teatr, ją muzyka i że rozsadza ich to euforyczne poczucie, że wreszcie życie należy wyłącznie do nich. Takie rzeczy łączą, budują bliskość. Na tym można zbudować miłość.

Pomimo pozorów, choć Basia często będzie podkreślała, że pochodzą z diametralnie innych środowisk, nie było między nimi większych różnic.

*

Jerzy z kolegami studentami, między innymi z Janem Rewińskim wystawił sztukę Eskurial Michela de Ghelderodego, gdzie również zagrał, do której Jan Jarczyk, kolega Basi z roku, skomponował muzykę. Pojechali z przedstawieniem na festiwal do Nowej Rudy.

Eskurial wystawili w starej, zdesakralizowanej świątyni. To była mała przestrzeń. Basia oglądała kolegów z góry, z balkoniku za byłym kościelnym chórem. Wejście po schodkach było bardzo niebezpieczne, bo wszystko się rozlatywało i strasznie skrzypiało. Nagle słyszy, a jest środek przedstawienia, jak ktoś wdrapuje się na górę, robiąc przy niemiłosierny hałas. Kiedy cała postać wyłoniła się wreszcie na balkonie, syknęła ze złością:

- Jak pan śmie tu wchodzić i przeszkadzać, przecież to jest pokaz studentów, ważne przedstawienie. Co za chamstwo...

Pan wyszeptał jakieś przeprosiny i zastygł. Wieść o incydencie rozniosła się lotem błyskawicy.

Po spektaklu Jerzy zapytał Basię:

- Czy ty wiesz, kto to był?

- Nie.

- Minister kultury!

Towarzysko balowali Pod Jaszczurami, w Żaczku i Zaścianku, najsłynniejszych klubach studenckich tamtych lat. Zamawiało się piwo lub wódkę i siadało w ciemnym, zasmrodzonym pomieszczeniu. Wejść mógł każdy, chociaż wiadomo było, że Żaczek to królestwo studentów uniwersytetu. Oprócz poważnych dyskusji toczyło się doniosłe boje: kto wypije więcej piw, wydział prawa czy filologia polska?

Razem chodzili na koncerty muzyki poważnej, do teatru najczęściej, razem imprezowali, jeździli na warsztaty z grupą Teatru STU. To były ich wspólne punkty, mieli wspólnych kolegów, z którymi robili razem różne akcje. Spotykali się coraz częściej, pasowali do siebie i dobrze czuli się w swoim towarzystwie. O miłości nie rozmawiali. Jerzy miał niezwykłą trudność w wyrażaniu uczuć. Łatwiej mu było okazać uczucia na scenie niż w życiu prywatnym. Liczył, że Basia zrozumie, że jest dla niego ważna. Basia zrozumiała. Sama była mało wylewna, nie oczekiwała rzeczy niemożliwych.

*

Są dwie wersje oświadczyn. Wersja Jerzego brzmi tak: oświadczył się w klubie studenckim Żaczek, powiedział to tak jakoś niezgrabnie, bo akurat w oświadczaniu się nie miał wprawy, że Basia się rozpłakała. Wszyscy dookoła wywijali rock and rolla, a Basi kapały łzy.

W wersji Basi, w klubie Zaścianek, w podziemiach akademika Politechniki Krakowskiej przy ul. Bydgoskiej Jerzy złożył pierwszą deklarację o wspólnej przyszłości. Powiedział, chyba:

- Może byśmy tak razem spędzili życie...

Basia nie miała wprawy w przyjmowaniu oświadczyn, więc popłakała się ze wzruszenia. W tle słychać było jazz na żywo. Czuła się szczęśliwa. Była wiosna 1968 roku.

*

Przez trzy lata byli narzeczeństwem. Trochę z powodu rodziców i ich obaw. „A po co tak wcześnie? Najpierw skończcie studia. A może Jurek postarałby się o jakiś etat, najlepiej w domu kultury”- namawiała mama. Trochę z powodu zabiegania i wygody, a trochę z powodów finansowych. Żeby dorobić, Basia myła okna w spółdzielni studenckiej. Kiedy dowiedział się o tym profesor Szlezer, był zły, martwił się, że zniszczy sobie ręce, a tym samym karierę artystyczną, ale niewiele wskórał. Jerzy chałturzył, załapał się do Estrady Krakowskiej, gdzie dostawał zlecenia na wodzireja w Warszawiance czy Kryształowej, znanych krakowskich restauracjach z dancingiem. Mimo wszystko nie stać ich było na to, żeby zamieszkać razem. Jerzy mieszkał u babci przy ulicy Studenckiej, wtedy Karola Świerczewskiego, Basia w miasteczku studenckim na Piastowskiej.

Ślub cywilny odbył się 12 października w Krakowie, po ceremonii w urzędzie w gronie rodzinnym udali się na obiad do Wierzynka. Trzy miesiące później, w Boże Narodzenie, w Bielsku był ślub kościelny i wesele.

*

Po licznych wycieczkach od jednego przypadkowego mieszkania do drugiego Basia z Jerzym wylądowali w końcu na ulicy Wrzesińskiej, w słynnym mieszkaniu teatralnym, gdzie Jerzy jako świeżo upieczony aktor Starego Teatru dostał przydział na pokój.

Mieszkanie było ogromne, składało się z czterech pokoi, ten najmniejszy, wydzielony z wielkiego holu dyktą, zajął razem z Basią, dostali go w spadku po najlepszym przyjacielu Jerzego z tamtych lat, Janie Nowickim. Pozostałe pokoje zajmowało doborowe towarzystwo, między innymi Joanna Żółkowska, Adam Romanowski, Witek Holtz, Ewa Kolasińska. Młodzi państwo Stuhrowie byli jedyną parą. Obok ich pokoiku znajdowała się kuchnia z przylegającym do niej składzikiem na węgiel, tam niemal codziennie nocowali bankietowicze - maruderzy.

Wrzesińska była trochę przedłużeniem akademikowego stylu życia, nie dało się tam prowadzić tak zwanego gospodarstwa, ponieważ cokolwiek znalazło się w lodówce, w garnku lub na patelni automatycznie stawało się dobrem wspólnym.

Wspólne było tam wszystko: kuchnia, przestrzeń, tarapaty finansowe, radości, twórczość, a przede wszystkim barwne towarzystwo chętne do balangi, picia i poważnych dyskusji dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nieraz w środku nocy, w pokoju Basi i Jerzego rozlegało się puk, puk, puk, po czym drzwi się otwierały, pojawiał się w nich Jerzy Nowak z trzema kieliszkami w ręku i mówił:

- W pańskie ręce perswaduję.

*

Kariera Jerzego Stuhra zaczęła się błyskawicznie rozwijać. I już na samym początku, kiedy zanurzył się w teatr, zaczął oddalać się od Basi. On nawet tego nie zauważył. Ona obserwowała to miesiącami. W końcu nie wytrzymała, spakowała walizkę i na stole w kuchni zostawiła list. Wiedziała, że słowem z nim nie wygra, więc w spokoju napisała wszystko, co chciała mu powiedzieć. Dawała mu czas na przemyślenie. Czytał raz, drugi, trzeci... słowo pisane znaczy więcej niż mówione. List był świadectwem, Jerzy brał za to odpowiedzialność. To był piękny list. Prosiła, żeby zastanowił się, czy ich małżeństwo jest dla niego ważne.

Było.

To był zwrot, który zawrócił Jerzego na drogę próby pogodzenia życia rodzinnego i teatralnego. Podjął tę próbę.

Potem przyszły następne. Jak ta po pierwszych sukcesach filmów Krzysztofa Kieślowskiego, kiedy Jerzy zaczął grać, grać i grać. A to granie wiązało się z nieustannymi wyjazdami z Krakowa. W pewnym momencie wariactwo osiągnęło apogeum. Przyjeżdżał na spektakl, Basia przyprowadzała Maciusia do garderoby, witali się, omawiali najważniejsze sprawy domowe, Jerzy wychodził na scenę, grał, Basia wracała do domu, zostawiała dziecko teściowej i z powrotem do teatru, żeby zanieść Jerzemu czyste koszule.

Po spektaklu żegnali się, Jerzy wsiadał do zaprzyjaźnionej taksówki, z kocykiem, małą poduszką. O siódmej stawiał się na plan zdjęciowy, o piętnastej znowu taksówka i ponad trzygodzinna podróż do Krakowa. Spektakl i z powrotem do Łodzi.

Tak żyli miesiącami. Latami.

*

Teresa Czerniejewska-Herzig:

Życie jej nie oszczędzało. Pierwszy zawał Jurka, choroba Marianki, choroba Jurka.

Z tym zawałem to było tak, że on odpalał carmena od carmena. Mówiliśmy:

- Jurek przestań, no zastanów się.

Wszyscy wtedy paliliśmy, byliśmy w szponach, ale on szalał:

- Ale ty hamuj troszeczkę.

- A ja dużo palę? - pytał Jerzy i chyba tym razem nie grał. Naprawdę nie zauważał tego, ile palił.

Przyszedł stres. Jerzy wrócił wykończony po wielu miesiącach z Rosji, gdzie kręcił z Juliuszem Machulskim Deja vu. Basia do mnie zadzwoniła. To były dramatyczne chwile.

Bo to był bardzo trudny zawał. Lekarze szykowali żonę na wdowę. Kiedy jechała do szpitala, nie wiedziała, czy będzie zabierała do domu męża, czy w siatce jego papcie i szlafrok.

Maciek miał trzynaście lat, Marianka sześć.

*

Wiosną 2011 roku Jerzy zaczął mieć problemy z gardłem. Na początku wyglądały niewinnie, chrypka, przeziębienie, uznali, że to słynny Stuhrowy pracoholizm, więc je zbagatelizowali. Może samo przejdzie? Chrypka nie ustąpiła, na dodatek pojawiły się problemy z przełykaniem, więc zanim wyjechali, jak co roku, na swoją ukochaną Sycylię, poszli do lekarza. Przyjął ich młody doktor, obejrzał Jerzemu gardło i powiedział, że nic nie widzi. Wypisał receptę na lek sterydowy, chyba bardziej po to, żeby uspokoić zdenerwowaną Basię, niż z troski o stan pacjenta. Sterydy skutecznie działają na ciężkie stany zapalne, ale powodują błyskawiczny rozrost komórek nowotworowych.

Stuhrowie wtedy tego nie wiedzieli.

tamtego lata były jak zawsze piękne, ze słońcem, fantastycznym jedzeniem i pysznym winem, ale Jerzy nie mógł jeść. Jedynie lody, jakieś papki, nic innego nie przechodziło mu przez gardło. Basia uparła się, żeby wrócili do Polski. Natychmiast. Czuła, bała się, że to coś poważnego. Jerzy nie wierzył. Wciąż sądził, że wszystko się poukłada.

Prosto z samolotu pojechali do krakowskiego szpitala, w którym wcześniej się leczył.

Diagnoza była szokująca. Zaawansowany nowotwór przełyku.

Basia:

Był taki moment, kiedy na Jerzym postawiono kreskę. Lekarze po prostu spisali go na straty. Był w tak katastrofalnym stanie, że ordynator jednego z krakowskich szpitali nie chciał go przyjąć. Bał się, że „Stuhr mu umrze w nocy na oddziale” i zrobi się afera na całą Polskę.

*

Jerzy powtarza, że bez niej już by nie żył. Basia była żoną i pielęgniarką jednocześnie. Była też psychologiem. Konsultantem medycznym. Dietetykiem. Codziennie stawiała się u męża w szpitalu, najpierw w Krakowie, potem w Gliwicach i Zakopanem, z cateringiem.

*

Przeżyli prawie pięćdziesiąt lat w środowisku artystycznym, które nie sprzyja długim związkom. Zdrady, rozstania, romanse, rozwody, trójkąty… są tam smutną rzeczywistością. Wielu kolegów Jerzego po fachu, wybitnych aktorów, próbowało szczęścia u boku drugiej, trzeciej, czwartej kobiety. Jemu taki pomysł nie wpadł do głowy. Sam twierdzi, że powodów jest kilka. Przede wszystkim nie nudzi się z Basią. Chyba to jest najważniejsze. Wyrośli z tych samych korzeni, mają te same punkty odniesienia. Nie wyobraża sobie, że mógłby tak długo żyć z kobietą z innego świata. Przepaść kulturowa, wychowania, edukacji, wyrastania bywa tak ogromna, że zawsze, w którymś momencie urywa się nić porozumienia.

Uważa, że w małżeństwie niczego mu nie brakowało. Nie musiał szukać na boku żadnych uniesień, doznań, atrakcji. Był szalenie wciągnięty w swoją pracę, a jak człowiek jest tak bardzo zanurzony w tym, co robi, ma poczucie, że traciłby czas na romanse. Romanse to olbrzymie koszty. Nie chodzi o pieniądze, tylko ogrom zaangażowania, energii, skalę mistyfikacji, kłamstw, kombinacji… I wyniszczające wyrzuty sumienia, że krzywdzi się tę drugą osobę. Jest pewien, że w lustrze nie mógłby na siebie spojrzeć, czułby, że coś go męczy. Przed tą mglistą, hipotetyczną przyjemnością, która niby gdzieś tam na człowieka czeka, już wyrosła bariera psychologiczna.

Ale może ważne jest też to, że on cały czas WIDZI swoją żonę.

Jerzy Stuhr, Barbara Stuhr, Viva! 2016
Fot. Robert Wolański

Jerzy Stuhr, Barbara Stuhr, Viva! 2016
Fot. Robert Wolański

Wideo

Dziś wypada 3. rocznica ich ślubu. Oto historia miłości Agnieszki i Piotra Woźniak-Staraków

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Wydanie La Dolce VIVA!, a w nim: Ania Starmach, jurorka polskich edycji MasterChef oraz MasterChef Junior, o związkach – tych rodzinnych oraz ze sztuką i kuchnią. Piotr Adamczyk naszym przewodnikiem po Rzymie. Jak to się dzieje, że Monica Bellucci z każdym rokiem staje się… piękniejsza. Włoszka Tessa Capponi-Borawska o arystokratycznych korzeniach i o tym, kto zaszczepił jej pasję gotowania.