Zobacz najnowsze zdjęcia aktora

Konrad Szczęsny 9 lipca 2019 07:54

W 2014 roku przyznał, że jego nadwaga (swego czasu ważył aż 165 kilogramów!) wynika nie tylko z problemów zdrowotnych natury endokrynologicznej, lecz także z ciągłej walki z depresją. „To dwie upiorne siostry bliźniaczki”, mówił wówczas Olaf Lubaszenko. Choć ostatnio wydawało się, że aktor wciąż nie może sobie poradzić z demonami przeszłości, najnowsze zdjęcia temu przeczą. Czy to oznacza, że wrócił do formy?

Olaf Lubaszenko zwalczył nadwagę?

Aktor znany z tak hitowych produkcji, jak Psy czy Krótki film o miłości oraz świetnie wyreżyserowanego przez siebie Sztosu, pojawił się ostatnio na festiwalu w Międzyzdrojach. Zdjęcia, które obiegły media, nie pozostawiają wątpliwości: Olaf Lubaszenko wrócił do formy i ma się coraz lepiej! Z jego twarzy nie schodził uśmiech, chętnie pozował do zdjęć z fanami.

A jeszcze pięć lat temu sytuacja była naprawdę dramatyczna. Olaf Lubaszenko rozważał nawet operację zmniejszenia żołądka. Na szczęście okazało się, że nie była ona konieczna. 

„Byłem u bariatry. Byłem nawet o krok od operacji, ale zazwyczaj, kiedy zaczynam zabierać się do tematu operacji, następuje taki efekt strachu, organizm się mobilizuje i zaczyna chudnąć”, wyznał swego czasu w wywiadzie dla Radia Zet.

Obecnie, jak donosi Super Express, jego waga wynosi około 100 kilogramów. Najgorsze ma już za sobą.

Olaf Lubaszenko o walce z nadwagą i depresją

W wywiadzie w 2014 r. aktor i reżyser przyznał, że zmaga się z depresją oraz nadwagą.

Moja waga jest objawem, a nie przyczyną. Z przyczyną sobie poradziłem. Tyle że naprawdę nie ma znaczenia, co było pierwsze - depresja i otyłość to upiorne siostry bliźniaczki. Świetnie ze sobą zgrane i dopasowane. Mają jeszcze dwójkę rodzeństwa: to cukrzyca i bezdech senny”, mówił wówczas w Newsweeku.

Na początku co prawda udało mu się schudnąć 20 kilogramów, jednak po jakimś czasie dopadł go efekt jo-jo. Mimo tego nie poddał się i dzięki uporowi oraz samodyscyplinie już w październiku 2015 r. potwierdził, że udało mu się schudnąć 50 kilogramów. Wysiłek, który podjął, miał również związek z nową rolą, którą wówczas mu zaproponowano: do aktora zwrócili się producenci serialu Belle Epoque. Produkcja nie została jednak zbyt przychylnie przyjęta przez publiczność i krytykę i zdjęto ją z anteny po zaledwie jednym sezonie. Cała sytuacja mocno odbiła się na wyglądzie Olafa Lubaszenki.

W galerii możecie zobaczyć, jak aktor zmieniał się z biegiem lat. Trzymamy kciuki, żeby demony przeszłości już nie dawały o sobie znać! 

Olaf Lubaszenko o depresji - wywiad

Poniżej przypominamy intymną rozmowę Beaty Nowickiej z Olafem Lubaszenką, przeprowadzoną na początku 2015 roku. 

Mówi z autoironicznym dystansem: „Kiedyś rozmawialiśmy o nocnym życiu w wielkim mieście, dziś o pogodzie i ziółkach”. Od lat zmaga się z własnym ciałem i duszą, którą owładnęła depresja. Od dawna kursuje pomiędzy Poznaniem, gdzie mieszka, i Warszawą, gdzie pracuje. W samochodzie, w samotności, głośno śpiewa. Kiedyś „wtórował” na autostradzie Edycie Bartosiewicz – kosztowało go to 600 złotych i 10 punktów karnych. Olaf Lubaszenko o tym, co go kręci, boli, męczy i gdzie był, kiedy… go nie było, oraz o roli w najnowszym serialu TVP1 „Strażacy”.

Za kilka miesięcy ukaże się Pana książka, rozmowa rzeka o tym między innymi, że nie może się Pan obudzić, odnaleźć w nowej rzeczywistości. 

I do końca nawet nie wiem, czy mi się chce w tej rzeczywistości odnaleźć. A ponieważ, żeby istnieć, zwłaszcza w mojej branży, trzeba się jakoś komunikować ze światem, to taką formą komunikacji, którą uprawiam na co dzień, jest teatr. Ale jednak ograniczoną przez liczbę miejsc i ilość dni, kiedy gramy. Więc pomyślałem, że książka może być niezłym pomysłem, żeby do ludzi dotrzeć z jakimś przekazem: co mnie kręci, co mnie boli, co męczy.

A co Pana boli najbardziej?

Taka hałaśliwość i zanikanie kolejnych granic. Nie ma już w zasadzie intymności. Ona po prostu zniknęła. Nie ma czegoś takiego, jak życie prywatne. Zupełnie zmieniły się kryteria zdobywania uznania publicznego. Kiedyś, żeby zdobyć uznanie, trzeba było…

…zagrać u Kieślowskiego, być asystentem Wajdy, nakręcić kultowe „Chłopaki nie płaczą”.

I jeszcze więcej. Ale tu nie chodzi o mnie. Trzeba było przez wiele lat grać w teatrze, grać w filmach, utrzymywać tę swoją renomę i ją budować. Teraz pozacierały się granice pomiędzy gwiazdą, celebrytą a artystą. Trochę się porządek świata zachwiał nie tylko w dziedzinie, którą ja uprawiam. 

Rozmawiamy ze sobą chyba już od 15 lat. Na początku roztrząsaliśmy, czy chłopaki naprawdę nie płaczą. Spotykaliśmy się często, ponieważ ciągle były jakieś premiery – albo Pana filmów, albo filmów, w których Pan grał. Ostatni raz widzieliśmy się pięć, sześć lat temu. Pan zniknął na własne życzenie, czy ta nowa rzeczywistość Pana zmiotła? 

(uśmiech). No, w tej chwili to robimy badania, czy pierwsze było jajko, czy kura? Nie wiadomo. Wycofałem się w pewnym momencie, bo poczułem się trochę zmęczony, ale może później w tym, że się wycofałem, zadziałał mechanizm tak zwanej samospełniającej się przepowiedni? To znaczy, że świat przestał się w pewnym momencie dopytywać tak bardzo mocno, co się ze mną dzieje. 

A co się z Panem działo?

To jest bardzo ciekawe, bo ja nie zniknąłem fizycznie. Można nawet powiedzieć, że jest mnie więcej (śmiech). Zniknąłem medialnie. Natomiast cały czas bardzo intensywnie pracuję w teatrze, zacząłem w teatrze reżyserować, co jest wspaniałą w ogóle rzeczą. W teatrze, jeśli robimy jakąś scenę, próbujemy ją, to jak nam dobrze pójdzie, po kilku godzinach mamy efekt. Doświadczamy tej magii tworzenia, a co więcej, weryfikacja przychodzi bardzo szybko. Bo jesteśmy oceniani przez widzów co wieczór. Za to pokochałem teatr i teraz pracuję w nim coraz więcej. Poza tym zniknąłem, żeby zmienić swoje priorytety. I jednym z elementów tego nowego systemu wartości jest uporządkowanie spraw zdrowotnych. Jestem w trakcie.

Jak się Pan czuje?

Dobrze. Od jakiegoś czasu naprawdę nieźle. No, ale reaguję na pogodę. Z wiekiem coraz bardziej.

To zabawne…

…Zabawne, tak? Z tym że, ponieważ w okresie jesienno-zimowo-wiosennym pogoda jest raczej mało stabilna, dla mnie jest to mało zabawne. 

Powiedziałam „zabawne”, bo nie sądziłam, że akurat z Panem będę kiedyś rozmawiała o pogodzie. Zazwyczaj gadaliśmy…

…o nocnym życiu w wielkim mieście. Pamiętam. 

Nie o nocnym życiu w wielkim mieście, tylko o relacjach damsko-męskich, o miłości, namiętności, zdradzie, strachu, odwadze, męskiej przyjaźni. I o tym, kiedy chłopaki płaczą.

(śmiech). Teraz mogę jeszcze opowiedzieć o ziółkach…

To ja zapytam: czy dla człowieka pogrążonego w depresji bliscy są kulą u nogi czy kołem ratunkowym? 

To zależy od bliskich. Bliscy przeżywają, ale z czasem też dojrzewają, dochodzą do jakichś wniosków. Choroba jest sytuacją dynamiczną, nigdy nie wiadomo, jak się zmieni. Ale per saldo to właśnie bliscy są wsparciem, są nawet niezbędni w tym sensie, że jak człowiekowi nie chce się już niczego zrobić dla siebie samego, potrafi zmobilizować się właśnie dla nich. Są motywacją, że dla kogoś warto o siebie zadbać. 

Powiedział Pan też szczerze, że kumple z troską prosili Pana: „Weź się, k... w garść”, ale to, niestety, mimo najlepszych intencji nie wystarcza. 

Każdy tak myśli, dopóki sam tego nie doświadczy. To nie jest prosta do naprawienia rzecz, na pstryknięcie. Na tym właśnie polega podstępność tej całej cholernej depresji, że ona po prostu dusi wszelką inicjatywę, wszelką siłę, chęć życia. I jeśli jest w ostrej postaci, to nic nie pomaga na początku. Ale potem są lekarze, metody, medykamenty. Trzeba spróbować. Ja zawsze byłem troszeczkę majsterkowiczem zdrowotnym. Chodzę do różnych lekarzy, słucham różnych opinii, więc trochę to trwało. Wydaje mi się, że jestem na nie najgorszej drodze, ale wie pani, jak to jest: teraz jest dobrze, ale jak będę czytał ten wywiad, może być źle z powrotem. Tfu, tfu…

Mam nadzieję, że nie. Naprawdę. Jak Pan wie, jestem weteranem dojeżdżania z Krakowa do redakcji w Warszawie. Nieraz odwoził mnie Pan na Centralny albo z niego odbierał, a teraz, od kilku lat, sam Pan krąży między Poznaniem a stolicą. Co się Panu najbardziej w tym podoba?

W samym jeżdżeniu nic. Gdyby to było możliwe, a nie jest, byłbym tam, gdzie moi najbliżsi, czyli w Poznaniu. A tak żyję głównie w podróży, bo pracuję w Warszawie albo jeżdżę do Międzyzdrojów doglądać festiwalu, któremu współdyrektoruję od kilku lat. Nie wszystko zawsze da się załatwić mailowo czy telefonicznie. 

To są długie godziny w samotności. Co Pan wtedy robi?

No, proszę pani… Śpiewam piosenki. 

Ciągle mnie Pan zaskakuje w tej rozmowie…

Oczywiście czasami… złorzeczę. A wie pani, na co? Na kierowców ciężarówek, którzy wyprzedzają się nawzajem. Pani tego nie doświadcza, bo jeździ pani pociągiem. Średnio na trasie Poznań–Warszawa są trzy, cztery tego typu przypadki. Każdy trwa kilka minut, czasami dłużej. Wydaje mi się to zupełnie nieludzkie z ich strony, że tak traktują innych kierowców. Ale na pewno mają jakieś wytłumaczenie, na przykład narzuconą prędkość przez pracodawcę. U jednych jest to 88 kilometrów na godzinę, u innych 90. Więc ten, co ma 90, już może wyprzedzać, a nawet musi. I tak w ciągu jednej trasy oznacza to dla mnie 10 ukradzionych minut, więc trochę mnie to wkurza, mówiąc wprost, i wtedy złorzeczę tak… 

…straszliwie?

Tak straszliwie, proszę pani, że zapisy nagrań od Sowy i Przyjaciół to są dziecięce igraszki. 

A co Pan sobie podśpiewuje?

Różne rzeczy. Najchętniej polską klasykę. Mam kilku ulubionych wykonawców, numerów, na pewno trochę Perfect, Lady Pank, ale nie te najbardziej znane utwory. „Zabić strach” – to jest mój faworyt. „Wóz, który czeka, już czarny jest. Z podłogi zmyli kurz, czarną krew…” – jak pani słyszy, zaczyna się bardzo optymistycznie, he, he, he… A finał jest taki: „Co trzeba zrobić, by zabić strach? Ta chwila czasem za długo trwa. Ci, którzy mają dość – idą spać. Nie każdy prawo ma rano wstać”. Optymizm w krystalicznej postaci, prawda? To byłby dobry tytuł – zabić strach.

Pana nowego filmu?

I naszej rozmowy. Janek B. by się ucieszył. Mam też takiego autora kryminałów, którego ubóstwiam. Nazywa się Ryszard Ćwirlej, z Poznania. Dziennikarz zresztą, który pisze kryminały, takie trochę retro z lat 80. Strasznie śmieszne. Są tam dowcipne postaci, które budzą ogromne emocje i sympatię, do tego trochę gwary poznańskiej, bo akcja jest osadzona w tamtym środowisku. Bardzo polecam. Ostatnia książka nosi tytuł „Błyskawiczna wypłata”. On też ma znakomitą rękę do tytułów – „Ręczna robota”, „Mocne uderzenie”. A wracając do piosenek, które śpiewam po drodze, to najbardziej spektakularną przygodę przeżyłem w związku z piosenką Edyty Bartosiewicz…

…pod tytułem „Szał”. 

„Zegar”. Śpiewałem ją tak zapamiętale, wzruszając się przy tym, nie ukrywam, że nie zauważyłem, że jedzie za mną policja w cywilu i filmuje przez 3 minuty i 57 sekund, bo tyle trwała piosenka. Mrugali tymi wszystkimi światełkami, włączyli nawet koguta, próbując mi pokazać, że mam zjechać – potem mi opowiadali – a ja sobie po prostu jechałem, śpiewałem i wzruszałem się. „Ten zegar jest całkiem bezduszny. Nie zna litości, nie wie, co to jest ból”. Ma to dość ironiczny kontekst w wypadku tego pomiaru prędkości, który był dla mnie niekorzystny, tyle pani powiem. 

A ból był dotkliwy?

Raczej tak – chyba 600 złotych i 10 punktów karnych. Ale piosenki nie przestałem lubić, bo jest tak dobra, że w zasadzie mógłbym zapłacić jeszcze raz. Nadmieniała pani, że ją zaskakuję w tej rozmowie, więc zaskoczę panią jeszcze raz i powiem, że kiedy sobie tak jadę sam, to myślę. 

To mnie Pan chyba kokietuje, a nie zaskakuje. 

Troszeczkę  (śmiech). W każdym razie odbywam wtedy rozmowy, które już się odbyły. A w których chciałbym coś zmienić. Układam swoje wypowiedziane już kwestie do kogoś na nowo. Zastanawiam się, jak powinienem się zachować, co powinienem był powiedzieć, jak sformułować myśl, żeby uniknąć nieporozumień, żeby zostać dobrze zrozumianym. Myślę, że w ten sposób po prostu człowiek się rozwija, analizując swoje błędy, prawda? 

To było pytanie? Tak, ma Pan rację. Jestem strasznie ciekawa, jak wyglądałaby ta nasza rozmowa po Pana analizie na trasie Warszawa–Poznań. Na dodatek skonfrontowana z moją analizą dokonaną w Pendolino na trasie Warszawa–Kraków. Robimy eksperyment?

(śmiech). To świetny pomysł. Bo naprawdę bardzo to lubię w tych podróżach. Więc teraz zmieniam troszkę swoją wcześniejszą odpowiedź. Rzeczy, które podobają mi się w tych podróżach, to śpiewanie piosenek i dokonywanie takiej analizy różnych zdarzeń, również zawodowych oczywiście. A w życiu pozasamochodowym właściwie nie słucham muzyki, to jest ciekawe. Bo lubię słuchać muzyki głośno i lubię wiedzieć, że nikomu nie przeszkadzam, pewnie dlatego. Może porozmawiamy trochę o strażakach?

…? Aaa, oczywiście! Grając w serialu „Strażacy”, spełnił Pan swoje marzenia z dzieciństwa?

Z tego co pamiętam, chciałem być piłkarzem, a nie strażakiem. Choć potem opowiadano mi, że strażakiem trochę też. Więc w tym sensie to się spełniło. Ale wie pani, film czy serial, to jest tak ciężka praca, że o spełnianiu marzeń raczej się nie myśli. Tylko o tym, żeby przetrwać i jakoś sensownie wykonać swoje zadanie. Z tego jestem dumny, z tego się cieszę, że wytrwałem również fizycznie. Ale także z tego, że brałem udział w serialu o takich ludziach, u świetnego reżysera i w znakomitym towarzystwie aktorskim. Oczywiście grywam czasami, na przykład w „Blondynce” gram księdza, jest to rola wprawdzie mundurowa, ale statyczna. Doradcy duchowego i kapłana. A w „Strażakach” trzeba było troszkę pobiegać, poruszać się, nie przespać kilkunastu nocy. Wie pani, czym się charakteryzują filmy o strażakach? 

Nie.

Większość akcji dzieje się w nocy, bo wtedy najlepiej widać ogień. Po tym serialu mam takie dojmujące przeświadczenie, że to jest jednak pasja i powołanie. My sobie właściwie nie zdajemy sprawy z tego, co robią ci ludzie, na czym tak naprawdę polega ich praca. Nasza pobieżna wiedza ogranicza się do tego, że pędzą na sygnale, potem przyjeżdżają, wyjmują węża z wodą, gaszą pożar i odjeżdżają. No a tymczasem to każda akcja, z pozoru błaha, z pozoru bezpieczna i niepozorna, nagle wskutek jakiegoś splotu wydarzeń może się okazać zagrożeniem dla wielu osób. To jest po prostu nieustanne igranie z życiem i śmiercią właściwie. Szanujmy strażaków!  

1/12
Olaf Lubaszenko, metamorfoza, metamorfoza Olafa Lubaszenki
Copyright @East News
1/12

Olaf Lubaszenko w serialu Trzy Młyny w reżyserii Jerzego Domaradzkiego. 1984 r.

2/12
Olaf Lubaszenko, metamorfoza, metamorfoza Olafa Lubaszenki
Copyright @East News
2/12

Olaf Lubaszenko w młodości, prawdopodobnie 1988 r.

3/12
Olaf Lubaszenko, metamorfoza, metamorfoza Olafa Lubaszenki
Copyright @East News
3/12

Tak Olaf Lubaszenko wyglądał w styczniu 2002 r.

4/12
Olaf Lubaszenko, metamorfoza, metamorfoza Olafa Lubaszenki
Copyright @East News
4/12

Olaf Lubaszenko w lutym 2009 r.

5/12
Olaf Lubaszenko, metamorfoza, metamorfoza Olafa Lubaszenki
Copyright @East News
5/12

Tak Olaf Lubaszenko wyglądał w lipcu 2014 r.

6/12
Olaf Lubaszenko, metamorfoza, metamorfoza Olafa Lubaszenki
Copyright @East News
6/12

Olaf Lubaszenko w lipcu 2015 roku na festiwalu w Międzyzdrojach.

7/12
Olaf Lubaszenko, metamorfoza, metamorfoza Olafa Lubaszenki
Copyright @East News
7/12

Olaf Lubaszenko w czerwcu 2016 roku.

8/12
Olaf Lubaszenko, metamorfoza, metamorfoza Olafa Lubaszenki
Copyright @East News
8/12

Olaf Lubaszenko w lutym 2017 r., gdy jego waga wynosiła nieco ponad 80 kilogramów.

9/12
Olaf Lubaszenko znów przytył. Co się dzieje z aktorem?
Copyright @East News
9/12

Olaf Lubaszenko w listopadzie 2017 roku na konferencji filmu Miłość jest wszystkim.

10/12
Olaf Lubaszenko znów przytył. Co się dzieje z aktorem?
Copyright @East News
10/12

Olaf Lubaszenko w listopadzie 2017 roku na konferencji filmu Miłość jest wszystkim.

11/12
Olaf Lubaszenko: metamorfoza. Jak zmieniła się aktor, 11.11.2018
Copyright @INPLUS/East News, Bartosz Krupa/Dzien Dobry TVN/East News
11/12

Olaf Lubaszenko w listopadzie 2018 roku w Warszawie. Aktor odzyskał dobrą formę!

12/12
Olaf Lubaszenko, metamorfoza Olafa Lubaszenki: jak schudł 60 kilogramów
Copyright @AKPA
12/12

Tak Olaf Lubaszenko prezentował się na festiwalu w Międzyzdrojach w lipcu 2019 roku. W 5 lat udało mu się zrzucić aż 60 kilogramów!

Wideo

Piękni, szczęśliwi, zakochani. Tak Karol i Małgorzata Strasburgerowie pozowali w sesji dla VIVY!  

Akcje

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Aktorka żyje eko, chce zmieniać i chronić świat! „Nabrudziliśmy, musimy posprzątać, to nasz obowiązek. Albo zginiemy”, mówi MAJA OSTASZEWSKA. Antropolożka, wykładowczyni. Jak być matką, uczyła się od… szympansów - JANE GOODALL. TOMASZ MICHNIEWICZ: „W masowym wydaniu turystyka jest niszczycielską siłą, za co biorę częściową odpowiedzialność”, mówi. A także: słoni jest coraz mniej, coraz częściej rodzą się bez słoniowych ciosów. Czy można im skutecznie pomóc? W świecie zwierząt: Ferenstein-Kraśko, Sarapata, Zgrabczyńska, Olbrychscy, Tuszyńska, Urbańska, Jemioł, Dowbor… Zwierzęta są dla nich jak rodzina.