TYLKO U NAS!

„Retusz zdjęć, kreowanie swojego ego, „tuning” osobowości i chwalenie się sukcesami”

Czy Katarzyna Skrzynecka korzysta z mocy social mediów?

Beata Nowicka 23 listopada 2019 15:51

Jej metamorfoza jest spektakularna. Przed pięćdziesiątką postanowiła powrócić do figury 30-latki, bo „czasem trzeba się za siebie wziąć”. Z ogromnym poczuciem humoru opowiada Beacie Nowickiej o walce z pokusami, przywiązaniu do befsztyka, ofiarach chirurgii estetycznej, powrotach do domu o piątej nad ranem, córeczce Alikii i tęsknocie za mężem.

Komentarze na Twoim Instagramie są rozczulające: „Boska figura, pani Kasiu”, „Wow, co za fantastyczny widok” i mój ulubiony: „Chciałam napisać jakiś błyskotliwy komentarz, ale szukam szczęki pod stołem…”.

Katarzyna Skrzynecka: (śmiech) Wpisy, z jakimi spotykam się pod moimi postami, to w 80 procentach komentarze ludzi z bardzo fajnym poczuciem humoru i z serdeczną dobrocią. To jest dla mnie budujące, że chociaż wszyscy żyjemy w pędzie, często zmęczeni, czasem zgorzkniali, to jednak jest w narodzie duch: dowcip, dystans do siebie i wzajemna sympatia.

Twoja metamorfoza jest spektakularna.

Faktycznie, dużo osób pisze, że przeprowadziłam na sobie jakąś rewolucję. Ale moja decyzja nie wynikała z potrzeby zrobienia wokół siebie rewolucji medialnej, tylko z potrzeby osobistej…

 …kobiecej? 

Tak, ponieważ przez większość mojego życia byłam kobietą w rozmiarze 36–38. Po urodzeniu córeczki szybko wróciłam do szczupłej sylwetki, ale przez kolejnych sześć lat, niepostrzeżenie, tu wpadło pół kilo, tam półtora, po roku kolejne dwa i nagle uzbierało się prawie 20 dodatkowych kilogramów.

Które w końcu zaczynasz dostrzegać. 

Z jednej strony to nie był problem, który spędzał mi sen z powiek. Nie muszę być koniecznie S. Zawsze dbam, żeby wyglądać elegancko, kobieco, w miarę możliwości seksownie, niezależnie od tego, czy jestem w rozmiarze większym, czy mniejszym. Staram się tak ubierać, żeby tego, co przybyło, nie eksponować, ale kiedy dochodzi już do sytuacji, że najpierw dość długo wchodzi mój biust, a potem wchodzę ja (śmiech), to jednak stwierdziłam, że trzeba się za siebie wziąć i spróbować troszkę zredukować.

Miałaś wcześniej jakieś nieudane próby na koncie?

Nie, bo wcale się nie starałam. Bardzo dużo pracuję. Cieszę się z tego i Bogu dziękuję za każdy dobry dzień, ale moja praca polega na nieustającym jeżdżeniu po kraju z występami. Są to spektakle Teatru Capitol, z którym gramy gościnnie w teatrach wielu miast, i koncerty, kiedy podróżuję z moim zespołem. Ogromny procent życia spędzam w teatralnym busie. W trasie jemy wtedy, kiedy nam pozwolą, i to, co nam dadzą. Czyli zazwyczaj jest to przerwa na stacji benzynowej albo tak zwane fastfudztwo, gdzie wciąga się hamburgera, hot doga albo sałatkę sporządzoną głównie z konserwantów, i jedzie dalej. W takiej sytuacji, kiedy jesz, co popadnie, nie masz możliwości, żeby zadbać o regularną i lekką dietę. Jedyny moment, żeby spróbować coś z tym zrobić, to wakacje. Trzy miesiące bez podróży ze spektaklami. Wiedziałam, że jeżeli nie zrobię tego wtedy, potem nie będzie już szans.

Rozsądnie do tego podeszłaś.

W tym roku przypadają moje ostatnie urodziny z czwórką. Pomyślałam sobie, że może przed pięćdziesiątką uda mi się powrócić do figury 30-latki, ale nie przypuszczałam, że uda się to tak sprawnie (śmiech).

Jak to zrobiłaś? 

W bardzo świadomy sposób. Po prostu któregoś dnia sama do siebie powiedziałam: „Dobra, teraz masz na to trzy miesiące. Albo zakładasz restrykcyjny plan, albo nie ma się co oszukiwać, bo nic z tego nie będzie”. Na początku nawet nie mówiłam mężowi, że przechodzę na radykalną dietę. Sam w którymś momencie zauważył: „Ty sobie przyrządzasz pudełeczka?”. Nasz przyjaciel wymyślił kiedyś cudny żart. Stwierdził, że też jest na diecie pudełkowej: „Pudełko chałwy, pudełko ptasiego mleczka, pudełko bezików. Ale jakoś to nie działa, zupełnie nie wiedzieć czemu?”. Ja się śmieję, że po takiej diecie jest efekt ojoj: „Ojojojoj, ale przytyłem!” (śmiech).

Zawsze słynęłaś z poczucia humoru. Dieta była próbą silnej woli?

To było ogromne wyzwanie, bo jestem typowym drapieżnikiem, kocham mięso. Kiedy z czyjegoś talerza cudownie pachniał mi befsztyk z grilla, czułam się jak ten pies bloodhound z wielkimi faflami, z których leci mu Niagara nad stołem. Tak mniej więcej wyglądałam, widząc stek albo dużą pieczoną rybę, która właśnie wjeżdża na stół (śmiech). Ale zaciskam zęby i mówię sobie: „Nie! Tyle wyrzeczeń, tyle czasu, to teraz tego nie spieprz, kobieto!”. Nie nadaję się na wegetariankę na całe życie. Po diecie powróciły już chude mięso i ryby. 

Stałaś się wzorem dla wielu kobiet, zresztą wiesz o tym, bo piszą do Ciebie na Facebooku i Instagramie.

Nie odczuwałam potrzeby robienia medialnej szopki ze swojej diety. Nie wstawiałam postów na Instagramie typu: „Zaczynam wyzwanie! Kibicujcie mi wszyscy!” i codzienne relacje. Przeciwnie, najpierw przebrnęłam przez pierwszych pięć tygodni, sprawdziłam efekt na wadze i okazało się, że w zaskakująco dla mnie sprawny sposób udało się zredukować 10 kilogramów. Dopiero wtedy napisałam krótki post: „Wzięłam się za siebie. Minus 10 kilogramów! Cieszę się. Detoks wegański działa, mój plan zakłada minus 20”. Tyle. Po prostu opublikowałam kolaż zdjęć, na którym było mnóstwo rozmaitych kompozycji warzywnych, które mi towarzyszą od dwóch miesięcy, a pośrodku moja, faktycznie już lepsza, sylwetka. I wtedy bardzo dużo pań zaczęło do mnie pisać. Głównie panie między trzydziestką a sześćdziesiątką, bardzo fajne babeczki. Najpierw wiele z nich pisało: „Pani Kasiu, dała pani dobry przykład, czyli jednak można. Warto się zawziąć i zmotywować, ja też próbuję”. A teraz, kiedy minęło kilka kolejnych tygodni, przysyłają mi swoje zdjęcia i donoszą: „Pani Kasiu, udało mi się zrzucić osiem kilo, dziękuję!”. Fajnie, że kogoś zainspirowałam, miło, że choć paru osobom przyniosłam coś dobrego.

Goście na Twoim Instagramie proszą o przepisy. Odpisałaś, że nie masz prawa nikomu doradzać, gdy nie jesteś zawodowym dietetykiem.

Żyjemy w epoce magicznej mocy social mediów. Młode pokolenie coraz mniej żyje w realu, a swój wizerunek może dowolnie kreować w social mediach, tworząc siebie, jakim pragnie być widzianym. Retusz zdjęć, wirtualne kreowanie swojego ego, „tuning” osobowości i chwalenie się sukcesami, których w realnej wersji naszego życia może brak. Można dowolnie budować tę wydmuszkę, aż pęknie w konfrontacji z rzeczywistością. Ja używam Facebooka i Instagramu głównie do promowania mojej pracy: koncertów, spektakli, filmów, programu „Twoja Twarz Brzmi Znajomo”, w którym z radością juroruję. Czasem zamieszczam żart lub zabawny post, czasem zdjęcia z ciekawych podróży z rodziną. Czasem prośbę o wsparcie dla akcji dobroczynnej, na czyjeś leczenie lub ratowanie życia… Ale nie relacjonuję na co dzień i nie otagowuję wszystkiego, w co się ubieram, co jem, czym się smaruję, choć wiem, że nowa życiowa rola tak zwanych influencerów pozwala ludziom na zyskanie ogromnej popularności i dobrego reklamowego zarobku. Jakoś nie potrafię wyznaczać miary własnej wartości stopniem klikalności (śmiech). Niestety, KLIKALNOŚĆ otwiera w tych czasach wiele bram zawodowych. Trzeba to uszanować i umieć się do tego adaptować. Byle z rozsądkiem.

Twój mąż kiedyś ładnie napisał: „Żona kręci mnie zawsze, szczuplejsza czy krąglejsza, bo jest superzmysłową kobietą. Ma seksapil, który elektryzuje mężczyzn”.

Mój kochany mąż jest bardzo taktownym człowiekiem. Nigdy nie komentował krytycznie mojej sylwetki, nawet żartem. Mimo że sam jest trenerem i zawodnikiem sportowym całe życie na diecie. Mimo że trenuje innych sportowców, w tym atrakcyjne i smukłe zawodniczki, przygotowując ich do mistrzostw Europy i mistrzostw świata. W ostatnim sezonie Marcin po raz czwarty zdobył mistrzostwo świata! Czterokrotnie obronić tytuł mistrza świata – to mówi samo za siebie. Nie ma z czym dyskutować, trzeba leżeć krzyżem i podziwiać. I słuchać męża (śmiech).

Nigdy nie skomentował, choćby pieszczotliwie: „Ciut przytyłaś”? 

Nigdy. Marcin żartuje, że kobieta nie tyje, kobieta zwiększa swoją użytkową powierzchnię erotyczną. I jak go nie kochać?

Zapamiętam to. Zaczęłyśmy rozmowę od komplementów zachwyconych fanów. Ciekawa jestem, jak Ty siebie oceniasz?

Myślę, że jestem uczciwa i obiektywna wobec samej siebie. Nigdy nie ukrywałam swojego wieku. Mam 48 lat, nie robię z tego problemu. W każdym wieku można zaleźć dobre strony. Nie ma we mnie amoku, że skoro jestem osobą pracującą na ekranie telewizyjnym czy filmowym, to muszę koniecznie zachować wieczną młodość. W związku z czym nie robię żadnych operacji plastycznych. Jeszcze nigdy niczego nie zrobiłam sobie „w twarz”.

Należysz to elitarnej grupy wyjątków, wiesz o tym?

Wiem, choć mam kilka koleżanek w branży, które nie robią operacji plastycznych, po prostu dbają o siebie i wyglądają świetnie. Pamiętam, kiedyś przechodziłam obok empiku i w witrynie były trzy prestiżowe polskie magazyny. Na okładce każdego z nich znana gwiazda. Jedna w okolicach pięćdziesiątki, druga czterdziestki, trzecia miała 30 lat. Wszystkie – przypuszczam, że korzystały z tej samej kliniki chirurgii i medycyny estetycznej – wyglądały identycznie. Jak klony. Każda jest piękną kobietą, każda w swojej dziedzinie osiąga wielkie sukcesy, ale ja widziałam trzy identyczne lalki w różnych fryzurach. Stwierdziłam, że nie chcę dołączyć do tej gablotki silikonowych ust, zwężonych nosów i identycznie ostrzykniętych policzków. Każdy robi, co lubi…

 …ale?

Smutno mi, kiedy patrzę na 40-letnie kobiety, które nadal są piękne, a zaczynają popadać w obsesję poprawiania swojej urody. Przestaję widzieć żywego człowieka, tylko napompowane policzki, które zmniejszają oczy, wielkie usta i twarz, która nie ma mimiki. Oczywiście mam świadomość, że z wiekiem jędrność policzków maleje, owal zaczyna przypominać psią mordkę, więc jeśli za parę lat te zmiany zaczną nadawać mojej twarzy posępny wyraz, być może wtedy sama pokuszę się o delikatną pomoc medycyny estetycznej, ale niech to będzie lekkie wygładzenie bruzdy policzkowej, a nie napompowany mutant.

Co byś dzisiaj powiedziała tej ślicznej dwudziestokilkuletniej dziewczynie, którą pamiętam z wielu okładek?

Gadaj mniej, z większym dystansem, nie ufaj ludziom. Nie opowiadaj każdemu swojego życia i nie dziel się swoim sercem, bo wielu ludzi wykorzysta to przeciwko tobie. Ja się tego nauczyłam bardzo późno. Przez lata, jak ten naiwniak, z sercem na wierzchu, co w myśli, to na języku, mówiłam o swoich opiniach, uczuciach, marzeniach i nie mając bezpiecznego klosza, obrywałam po dupie, wiecznie ktoś jeździł na moich plecach. Dużo ludzi zdążyło nadgryźć mnie po drodze. W pewnym momencie trzeba powiedzieć – pas. Nauczyłam się tego parę lat temu i czuję się z tym bardzo szczęśliwa. Pilnuję swojej twierdzy z moją rodziną, z gronem najbliższych przyjaciół, z którymi spędzamy wakacje, wspieramy się zawodowo i ciągniemy w górę. Jest mi dobrze.

 Tego uczysz Alikię?

Nie wychowujemy naszej córeczki na wymuskaną lalunię, trzymaną pod kloszem. Oboje zdajemy sobie sprawę z tego, że dzieci rodziców po czterdziestce często narażone są na ich przewrażliwienie i nadopiekuńczość. Przede wszystkim uczę córkę zdrowego, pogodnego dystansu do samej siebie i rzeczywistości. Nasi przyjaciele śmieją się, że Alikia to dziecko genetycznie zadowolone, bo i ja, i mąż jesteśmy ludźmi bardzo pogodnymi. Czasami zacałowałabym ją za jej abstrakcyjne poczucie humoru i dystans. Ale oczywiście rozmawiamy też na tysiące poważnych tematów każdego dnia.

Powiedziałaś, że dużą część życia spędzasz w zawodowych rozjazdach. Twoja córeczka przyzwyczaiła się do tego?

Gdziekolwiek bym nie podróżowała, gdy po spektaklu moja ekipa zostaje w hotelu i na następny dzień, wyspani, jadą w dalsze tournée, ja z każdego miasta, choćby było na końcu Polski, wracam nocą do domu. Zawsze wracam do Warszawy, nawet jeżeli dojeżdżam o piątej nad ranem. Biorę szybki prysznic, godzinkę się prześpię i kiedy moje dziecko budzi się rano, to mama jest. Wspólnie robimy sobie śniadanko, zdążymy jeszcze pobawić się, przygotować na nowy dzień, porozmawiać, razem jedziemy do szkoły, to jest nasz rodzinny rytuał. Staram się, żeby moje dziecko nie cierpiało przez to, że mama ma wolny zawód i niewymiarowy czas pracy. Na początku tygodnia siadamy z kalendarzami pracy z mężem i córeczką: „Zobacz, w poniedziałek nie będzie mamy, a we wtorek nie będzie taty, ale wtedy jestem ja. Tu do nocy gram spektakl, ale następny dzień mamy cały dla siebie”. I planujemy sobie cały tydzień. Ona fantastycznie się w tym odnajduje. Czasem czule do mnie mówi: „Ja wiem, pracusiu, że musisz jechać do Poznania do pracy, ale wiem, że zarabiasz na nasze mieszkanie, życie i nasze fajne wakacje. Dziękuję”.

 Zaskakujące, że ośmioletnie dziecko ma taką dojrzałość. 

Alikia jest Strzelcem jak ja: wielkie słońce w oczach, banan na gębie i szerokie skrzydła wyobraźni. Mój mąż jest Skorpionem, bij zabij! – w strefie zawodowej (śmiech). W swojej pracy Marcin jedzie po zwycięstwo i nie daje szans rywalom. Alikia, z czego bardzo się cieszę, po swoim tacie odziedziczyła zadaniowość. Nie zniechęca się łatwo, wyznacza sobie cele. Jest cierpliwa, dużo bardziej uporządkowana w życiu niż ja. Bo ja bywam roztargniona, czasem się spóźniam, żyję w pośpiechu i na dużym spontanie. Mój mąż ma wszystko w kalendarzu rozpisane na trzy miesiące naprzód, co do godziny. Nigdy się nie spóźnia.

Kiedy opowiadasz o rodzinie, rozkwitasz. Widać, że nie jesteś stworzona do życia w pojedynkę.

Nie potrafiłabym żyć zamknięta w jednoosobowym świecie. Nie jestem typem samotnika.

 Miałaś szczęście, że spotkałaś Marcina.

To małżeństwo trzech filarów: dojrzała miłość, totalna przyjaźń i świetny seks. Oboje byliśmy trochę zszokowani, kiedy sobie uprzytomniliśmy, że w tym roku mamy już 10. rocznicę ślubu. Przeleciało jak z bicza trzasł. A my wciąż za sobą tęsknimy, gdy nie widzimy się dzień czy dwa.

Chwilowa rozłąka jest wspaniałym afrodyzjakiem.

Czasami dużo podróżujemy, każde w swojej pracy, i nie widzimy się przez parę dni. Z jednej strony jest to dla nas obojga duża próba wzajemnego zaufania. Wiadomo, że skoro cię nie ma, a twoja żona czy mąż miałby ochotę na skoki w bok, to mógłby czy mogłaby robić to na co dzień, gdzie chce, kiedy chce, i nikt by się o tym nie dowiedział. W związku z czym albo mamy do siebie zaufanie, bo nie potrzebujemy potwierdzania swojej atrakcyjności w oczach innych, albo żyjemy w permanentnym stresie, wyjeżdżając i wisząc na telefonie, MMS, SMS i połączeniach wideo: „Odbierz, bo chcę widzieć, gdzie jesteś” (śmiech).

A jak nie odbierzesz…

…armagedon (śmiech). Zatem to próba zaufania. Z drugiej strony możliwość odpoczęcia od siebie i zatęsknienia. Oboje mamy potrzebę, żeby dbać o nasz związek, sprawiać sobie wzajemnie niespodzianki, by nie dawać tej drugiej osobie poczucia: Już jesteś mój własny, więc nie muszę się starać.

Może kluczem jest to, że dużo ze sobą rozmawiacie? 

Rozmawiamy bez przerwy, o wszystkim. Śmiejemy się, drzemy łacha z siebie samych i siebie nawzajem. Prowadzimy wspólnie dom, KAŻDE z nas sprząta, pierze, robi zakupy, lubimy razem gotować. Nie dzielimy ról na męskie i damskie. Marcin twierdzi, że mam czasem bardziej trzeźwe, męskie spojrzenie na świat niż niejeden facet. I dobrze, bo uważam, że kobieta powinna mieć w życiu tak zwane jaja. Nie potrafiłabym być diwą, która „leży i pachnie”. Zanudziłabym się na śmierć. Żyję energicznie i kreatywnie, co nie przeszkadza mi pięknie pachnieć (śmiech). ZOBACZ ZDJĘCIA

Wideo

Wiosna 2020 - design, kulinarne inspiracje, podróże bez wychodzenia z domu!

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

BARBARA KURDEJ-SZATAN wyznaje: „Zasuwając intensywnie, oczekiwałam, że gdy wrócę do domu, będę mogła się zrelaksować. Tymczasem były awantury…”. GREG i RAFAŁ COLLINS – od happy endu do tragedii był tylko krok. W VIVIE! na Lato w cyklu Ona o Niej – KRYSTYNA CIERNIAK-MORGENSTERN o ELŻBIECIE CZYŻEWSKIEJ: „Szamotała się psychicznie. Z jednej strony niedawno poślubiony mąż, a z drugiej Polska…”. W cyklu Sztuka gotowania – HANNA LIS. Czy spełni swoje „kulinarne” marzenie i wybierze się do Peru? W Podróżach z Historią: tajemnice KASZUB.