Jowita Budnik, VIVA! 2013
Fot. Olga Majrowska
TYLKO U NAS!

Płakaliśmy wszyscy. Siłą tego filmu jest jego część dokumentalna”

Jowita Budnik o roli w filmie „Kto napisze naszą historię” i zawodowych wyzwaniach

Olga Figaszewska 13 lipca 2019 15:53
Jowita Budnik, VIVA! 2013
Fot. Olga Majrowska

Mówi się, że jest specjalistką od ważnych tematów... Tym razem Jowita Budnik wcieliła się w postać Racheli Auerbach, kobiety, która wraz z kilkudziesięcioma innymi bohaterami w czasie wojny walczyła o historyczną prawdę. Walczyła papierem i długopisem. Kto napisze naszą historię to amerykańsko-polska koprodukcja, dzięki której możemy poznać los konspiracyjnej grupy historyków i społeczników Oneg Szabat, powołanej w warszawskim getcie przez Emanuela Ringelbluma. Jej członkowie dokumentowali sytuację Żydów w okupowanym kraju, życie w getcie i masową zagładę narodu. Jak wyglądała praca na planie produkcji? Co to niezwykłe spotkanie z historią zostawiło w Jowicie Budnik?  

Nie zwalnia Pani tempa. Przechwyciłam Panią prosto ze służbowej podróży. W Pani życiu ostatnio dużo się dzieje. Często potrzebuje Pani resetu?

Nie męczę się pracą. Bardziej męczy mnie jej brak niż samo pracowanie. Mam szczęście, że to czym się zajmuję jest jedną z moich ulubionych czynności życiowych. Pracuję w fajnej atmosferze z cudownymi ludźmi. Propozycji też nie jest zbyt dużo, więc są okresy, kiedy częściej jestem w domu. Mam wrażenie, że gdzieś się to wyrównuje. Dlatego nie potrzebuję szczególnego resetu, ale jeszcze pod koniec wakacji z pewnością wybierzemy się na rodzinny wypad.

Od pewnego czasu mówi się o amerykańsko-polskiej koprodukcji w reżyserii Roberty Grossman. Film ze strony amerykańskiej wyprodukowała siostra Stevena Spielberga – Nancy, a  polskim producentem jest Match&Spark. Wcieliła się Pani w jedną z głównych postaci. Dokument ,,Kto napisze naszą historię”, mówi o cichych bohaterach warszawskiego getta, chwyta za serce. Znała Pani wcześniej historię grupy Oneg Szabat i jej twórcy, Emanuela Ringelbluma?

Przyznam szczerze, że gdyby nie film Roberty Grossman być może nigdy nie dowiedziałabym się o ich istnieniu. To dla mnie z jednej strony ciekawe i inspirujące, a z drugiej nieco wstydliwe, że historię grupy Oneg Szabat poznałam nie dlatego, że jestem warszawianką, nie dlatego, że od urodzenia mieszkam w tym mieście i co nieco wiem o historii getta, tylko dlatego, że przyjechały filmowczynie ze Stanów i przywiozły ją ze sobą. A sam film jest wstrząsający.

Jak przygotowywała się Pani do roli Racheli Auerbach?

Zajęło mi to sporo czasu. Zaczęłam od przeczytania tekstów z jej literackiego dorobku, a potem dostępnych materiałów, które dotyczyły jej życia. Poznawałam Rachelę głównie czytając opracowania poświęcone jej osobie autorstwa dr Karoliny Szymaniak. Rachela Auerbach była niebywale utalentowana literacko, jej język, styl opisywania świata jest tak wstrząsający, że do dziś, nawet kiedy mówię o niej teraz, jestem cała w emocjach. A ona potrafiła przedstawiać swoją rzeczywistość w pozornie chłodny, pozbawiony emocji sposób, pewnie próbując zachować równowagę w tym całym oszalałym świecie. Zachwyciła mnie.

Jowita Budnik, film Kto napisze naszą historię
Fot. Anna Włoch

Postać Racheli jest znacząca. To ona po wojnie stanęła na straży pamięci kultury żydowskiej. Była jedną z osób, które dążyły do tego, by zapiski Oneg Szabat zostały odnalezione. Jakie to uczucie wchodzić w jej uczucia, kobiety, która funkcjonuje w piekle. Do czego się Pani odwołuje, grając tak dramatyczne sceny?

Rozmawiałyśmy z Robertą Grossman, scenarzystką i reżyserką o tym, jak wyobrażamy sobie tę postać… Kiedy wybuchła wojna Rachela była kobietą w średnim wieku ze sporym dorobkiem literackim, dziennikarskim, posługiwała się wieloma językami. Była feministką, kobietą po przejściach, nie miała bliskiej rodziny, niewiele miała do stracenia. W getcie zajmowała się prowadzeniem kuchni ludowej, czyli stołówki dla przesiedlonych do getta Żydów. Jej perspektywa życiowa, to czego dokonała, ile poświęciła, by razem z grupą Oneg Szabat opisywać swoją historię jest… Co tu dużo mówić. Była bohaterką i odczuwała na sobie odpowiedzialność za historię, za prawdę. Ciężko sobie wyobrazić przez co musiała przechodzić. Paleta emocji podczas grania poszczególnych scen była ogromna i one są tak ekstremalne, że trudno je ubrać w słowa. Zagrać jest o wiele łatwiej. Do tego sprowadza się nasz zawód, żeby jak najlepiej odtworzyć, przekazać te wszystkie uczucia miotające człowiekiem.

Zresztą Rachela w pewnym sensie do mnie przylgnęła, do dziś się z nią nie rozstałam. Po zrobieniu filmu zagrałam w monodramie “Rachela” w reżyserii Iwony Siekierzyńskiej, na podstawie wspomnień ,,Pism z getta warszawskiego” Racheli Auerbach. Zajęła ważne miejsce w moim sercu.

Jak wyglądała praca na planie produkcji i współpraca z Robertą Grossman? 

To było bardzo przyjemne doświadczenie. Ona jest uroczą osobą. Roberta była tak zadowolona po każdym dublu, że czułam się trochę zaniepokojona. Oczywiście aktorzy bardzo lubią być chwaleni przez reżysera. Natomiast czasem chcieliby usłyszeć jednak z ust reżysera jakąś krytyczną uwagę. A tu nic! Po raz pierwszy byłam w takiej sytuacji! Ale mówiąc zupełnie serio, to była ogromna przyjemność i komfort z pracy z kimś, kto jest świetnie przygotowany i szalenie miły.

 To może nie będzie to ostatnia współpraca!

Może, kto wie? Roberta mówiła, że było jej mało Racheli i aż chciałoby się zrobić o niej oddzielny film. Gdyby kiedykolwiek w przyszłości planowała ze mną pracować, to bardzo proszę - jestem gotowa. Wspominam z przyjemnością nasz czas spędzony na planie.

Jowita Budnik, film Kto napisze naszą historię
Fot. Anna Włoch

,,Kto napisze naszą historię” jest prezentowany nie tylko w naszym kraju, ale również poza jego granicami, między innymi w siedzibie UNESCO w Paryżu, w Muzeum Tolerancji w Los Angeles. Było już ponad 300 pokazów.

Byłam na wielu na wielu z nich i wiem, że najczęściej ludzie wychodzą po obejrzeniu tego dokumentu w milczeniu. Na festiwalu w Cieszynie podszedł do nas pan, który chciał się podzielić z nami swoją refleksją, ale wzruszenie mu na to nie pozwalało. Dotknęło go to osobiście, głos mu uwiązł w gardle, polały się łzy. Płakaliśmy zresztą potem wszyscy. Siłą tego filmu jest przede wszystkim jego część dokumentalna. Robi olbrzymie wrażenie. Świadectwo tamtych czasów, materiały filmowe zrealizowane w getcie, wstrząsają widzami, poruszają najbardziej.

Mam poczucie, że ta część fabularyzowana jest przede wszystkim zabiegiem dramaturgicznym, pozwala poznać bohaterów i ich życie. Nie było przecież filmów archiwalnych opisujących działanie grupy Oneg Szabat. A jej członkowie tworzyli notatki i pamiętniki, dzięki którym przyglądamy się ich wewnętrznej przemianie. Ich sposób patrzenia na rzeczywistość zmienia się z czasem. Opisują dokładnie wszystko, co dzieje się w getcie i dopiero potem, w trakcie rozwoju sytuacji, dociera do nich, że czekają na śmierć, mają pewność, że większość z nich tej wojny nie przeżyje. Niewyobrażalna perspektywa. My możemy upamiętnić historię, złożyć hołd Ringelblumowi i kilkudziesięciu odważnym świadkom, których działalność jest ważnym świadectwem zagłady polskich Żydów.

Żyjemy w czasach, kiedy ten film jest wyjątkowo potrzebny, mając na uwadze to, co dzieje się dziś na świecie. Ma szansę stać się przestrogą?

W tej sprawie jestem akurat wielką pesymistką. Nie wierzę w to, że kino może zmieniać świat. Choć bardzo bym chciała, żeby tak było. Tak się złożyło w moim życiu, że zrobiłam parę filmów, które o czymś ważnym mówiły i powinny być… może jeśli nawet nie przestrogą, to przesłaniem skłaniającym do refleksji. Być może nielicznym widzom, po projekcji takiego filmu, coś zapadnie w sercu, pamięci i nagle zostanie lepszym człowiekiem. Ale nie mam złudzeń, że to nie jest powszechne i my jako ludzkość nie wyciągamy z historii żadnych wniosków. To przerażające. Ale jak mówi Joanna Kos-Krauze: “Ludobójstwa były, są i będą”. I choć uważam, że należy przypominać, pokazywać, edukować, nawet straszyć, to cokolwiek byśmy nie robili, nie ma takiej możliwości, żeby przed kolejną zagładą uchronić nowe pokolenia.

Jowita Budnik, Viva! 24/2013
Fot. Olga Majrowska

A jednak wiele mówi się o misyjności aktorstwa.

Wkładam całe serce w ten zawód. Chcę, żeby nasza praca poruszała, wywoływała często skrajne emocje od wzruszenia, poirytowanie aż po radość. Mam szczęście, że często gram w produkcjach, które poruszają istotne kwestie, mądrze traktują o świecie. Ale misją bym tego nie nazwała. Zwłaszcza, że filmy i sztuki są bardzo różnorodne i różnie bywa z tym niesieniem przesłań, mądrości, czy głębokich przekazów.

Która z filmowych kreacji jest Pani najbliższa?

Zawsze śmieję się, że ta ostatnia jest najbardziej pamiętna. Trudno powiedzieć, ale nie skłamię, jeśli powiem, że wszystkie.

Można powiedzieć, że jest pani specjalistką od tych ważnych, trudnych tematów. Wchodzi Pani w trudne postaci. Chociażby w filmach Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego. W życiu prywatnym jest pani szczęśliwą kobietą, tryskającą optymizmem.

Tak wyszło. Nie wiem, dlaczego tak jest, chociaż bardzo się z tego cieszę. Dziwię się, kiedy ludzie utożsamiają moje role z prywatnym temperamentem, sposobem patrzenia na świat i pytają mnie czy na co dzień naprawdę jestem taka smutna i udręczona... Absolutnie nie! To też wynika z faktu, że moje życie do tej pory bardzo mnie oszczędzało i nie było w nim wielu dramatycznych chwil. Mam w sobie za to ogromną wdzięczność. Jestem człowiekiem, który jest najczęściej zadowolony z życia i roześmiany. Ale cóż, to jest o tyle ciekawe, że granie siebie samej nie dawałoby mi takiej satysfakcji. Dlatego cieszę się, że dostaję role, które w niczym nie przypominają mnie prywatnie.

Od każdego słyszę, że jest Pani wyjątkiem w tym świecie show-biznesu. Szczera, szlachetna, prawdziwa…

Jest mi niezmiernie miło i bardzo dziękuję wszystkim osobom, które tak o mnie się wyrażają! Przyznam szczerze, że nie jestem obiektywna, ale wydaje mi się, że to nie ma nic wspólnego z zawodem, który się wykonuje, czy środowiskiem, w którym człowiek się obraca. Tak się składało, że w życiu zawodowym zawsze dobrze trafiałam. Zawsze byłam zadowolona z ludzi, z atmosfery, która panowała na planie, czy w teatrze. Obie strony są z takiej współpracy zadowolone i pewnie stąd wynika ta życzliwość w opiniach o mnie.

Jowita Budnik, Viva! 24/2013
Fot. Olga Majrowska

 Ten świat show-biznesu chyba też nie do końca jest Pani bliski.

Trochę tak. Ale to wynika z faktu, że mnie interesuje sama praca, tylko granie, a wszystko, co dzieje się gdzieś dookoła, z mojej perspektywy, jest zbędne. Gdyby nie zobowiązania związane z promowaniem filmów, to w życiu bym nie poszła na żadną ściankę i żaden wywiad. Nie mam poczucia, że mam coś szczególnie ciekawego światu do powiedzenia, wolę czytać mądrzejszych od siebie. A ta część zawodu związana z popularnością i splendorem jest dla mnie zupełnie nieinteresująca. Jestem bardzo niedzisiejsza.

To dlatego Pani swojego życia nie związała wyłącznie z aktorstwem? Przez pewien czas była Pani agentką. Przypadek rządził Pani życiem.

I pewnie nadal tak jest. Grywając od dziecka liczyłam się z tym, że jeśli nie pójdę do szkoły teatralnej, to nie będę wykonywać zawodu. Ale on zawsze, bocznymi ścieżkami, sam na mnie wpadał. W agencji aktorskiej pracowałam przez 20 lat, a filmy robiłam tylko raz na jakiś czas. Wszystko zależało od częstotliwości z jaką swoje produkcje tworzyli Joanna Kos-Krauze i Krzysztof Krauze. Sploty okoliczności w końcu zadecydowały, coraz częściej pojawiały się różne propozycje grania i trzeba było podjąć decyzję, co dalej. Porzuciłam stałą pracę i stało się. Aktorstwo wyszło niejako z konieczności. Nic innego w życiu już nie potrafię (śmiech).

 Mówiła Pani, że po każdym filmie robionym z Joanną i Krzysztofem Krauze wydawało się, że już niczego więcej w aktorstwie nie może Pani oczekiwać, bo dostawała od nich takie propozycje, że trudno wyobrazić sobie ciekawsze. Czy nadal tak jest?

,,Plac Zbawiciela”, w którym wcieliłam się w jedną z głównych postaci odniósł ogromny sukces i myślałam, że czegoś takiego już nie powtórzę, że nie będzie mi dane tego przeżyć. Potem była ,,Papusza”, która była moją przygodą życia, zawodową i emocjonalną podróżą w czasie. I oczywiście nie mogę nie wspomnieć o ,,Ptakach śpiewających w Kigali”, z którymi zjeździłam po festiwalach prawie cały świat. W międzyczasie przyszły wspaniałe propozycje od innych reżyserów, zagrałam u debiutantów, robiłam już kino gatunkowe.  Dlatego nie wymyślam, co chciałabym zagrać jeszcze, tylko siedzę sobie spokojnie i czekam, co wydarzy się dalej.

Gdzie teraz możemy Panią zobaczyć? Co z zawodowymi projektami? 

Czekam na premierę dwóch filmów. Najnowszy film Maćka Pieprzycy ,,Ikar. Legenda Mietka Kosza”. Przyznam, że niecierpliwie czekam na tę październikową premierę. Gram tam drugoplanową rolę, ale scenariusz mnie zachwycił. Widziałam już krótkie fragmenty filmu i podziwiałam wspaniałą metamorfozę Dawida Ogrodnika, który wcielił się w tytułową rolę. A drugi film to dzieło debiutującej w fabule, choć bardzo uznanej dokumentalistki, Małgosi Imielskiej, opowiadający nieco mroczną historię o problemach nastolatków. A z najświeższych wieści - za kilka dni wchodzę na plan nowego filmu. Jest to produkcja pod tytułem “Jedyny gatunek w rodzaju człowieka” w reżyserii Piotra Chrzana. Takiej bohaterki jeszcze nie grałam, więc już nie mogę się doczekać!   

Wideo

Dziś wypada 3. rocznica ich ślubu. Oto historia miłości Agnieszki i Piotra Woźniak-Staraków

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Wydanie La Dolce VIVA!, a w nim: Ania Starmach, jurorka polskich edycji MasterChef oraz MasterChef Junior, o związkach – tych rodzinnych oraz ze sztuką i kuchnią. Piotr Adamczyk naszym przewodnikiem po Rzymie. Jak to się dzieje, że Monica Bellucci z każdym rokiem staje się… piękniejsza. Włoszka Tessa Capponi-Borawska o arystokratycznych korzeniach i o tym, kto zaszczepił jej pasję gotowania.