O NIEJ JEST GŁOŚNO

Książka In vitro. Rozmowy intymne to budujące opowieści i bolesne przeżycia...

Małgorzata Rozenek-Majdan zadaje trudne pytania

Redakcja VIVA! 20 maja 2019 18:52
Małgorzata Rozenek-Majdan, VIVA!
Fot. Marlena Bielinska/MOVE

Czym dokładnie jest in vitro? Jak wygląda procedura? Co się dzieje z mrożonymi zarodkami? Co przeżywają pary, które przez lata nieskutecznie starają się o dziecko? A co rodzice, którzy skorzystali z tej metody leczenia niepłodności? W Polsce problem niepłodności dotyka aż półtora miliona par! Książka In vitro. Rozmowy intymne zawiera trzynaście rozmów i jeden temat – in vitro. Małgorzata Rozenek-Majdan stawia trudne pytania lekarzom, embriologom, seksuologom. O swoich przeżyciach otwarcie opowiadają w książce m.in. pierwsza Polka, która urodziła dzięki tej metodzie, i kobieta, która, korzystając z procedury in vitro, padła ofiarą pomyłki. Nie brakuje tu pięknych i budujących opowieści o upragnionym macierzyństwie, ale także historii bolesnych i dramatycznych. Jest także głos duchownego, tak ważny w dyskusji o in vitro. 

Fragmenty książki Małgorzaty Rozenek-Majdan „In Vitro. Rozmowy intymne”

KOMU MA SIĘ UDAĆ, JAK NIE NAM? /fragment rozmowy/

Maciek, 40 lat, biznesmen w branży deweloperskiej, Teresa, 38 lat, członek zarządu korporacji 

Przed państwem ważny moment w życiu. 

Maciek: Najważniejszy! Stresuję się jak przed maturą. Nie, gorzej! Czuję taki strach jak wtedy, gdy byłem gówniarzem i wyprowadziłem ojcu motor z garażu, a potem go niechcący przewróciłem na ścianę. Czekałem jak na skazanie, bo wiedziałem, że jak wróci z pracy, to dostanę taką karę, że się nie pozbieram. Skręcało mnie w brzuchu, chciało mi się wymiotować, chciałem uciekać, ale wiedziałem, że muszę się z tym zmierzyć. Teraz też się tak czuję. Tamta sprawa miała dobre zakończenie: kiedy ojciec zobaczył swój poobcierany motor, bez słowa go odpalił i kazał mi wsiąść za kierownicę, a potem jeździliśmy po osiedlach cały wieczór. Uznał, że skoro chcę skakać na głęboką wodę, to muszę nauczyć się pływać. Dziś razem z narzeczoną też skaczemy do morza ze skarpy. 

Teresa: Od dwóch dni biorę hormony w zastrzykach. Jeszcze nie odważyłam się sama wbić sobie igły – a raczej igiełki – w brzuch. Pomaga mi sąsiadka, pielęgniarka. To wcale nie boli, ale ręce mi się pocą, z wrażenia robi mi się gorąco. Nie, nie boję się. Raczej czuję ekscytację. 

Dlaczego zdecydowaliście się na leczenie niepłodności? 

T: W zasadzie nie wiadomo, dlaczego starania o dziecko nam nie wychodzą. U mnie parametry są w normie, a więc pewnie chodzi o nasz wiek, bo przecież nie jesteśmy już pierwszej młodości, nawet jeśli tak się czujemy. Do tego przez wiele lat byłam otyła. To znaczy miałam nadwagę na granicy otyłości pierwszego stopnia. Nie znajdowałam czasu, żeby się tym zająć. Czułam się relatywnie dobrze w swoim ciele; jestem wysoka, kilogramy rozkładały się równo. Lekarz potwierdził, że to też mogło mieć wpływ na płodność. 

M: Moje plemniki wprawdzie są nieco leniwe, ale jak to ujął lekarz: widział znacznie mniej bojowych komandosów, którzy mimo to sprawdzili się w misji. 

T: Lekarz zdecydował, że nie ma na co czekać. Jeszcze przed inseminacją polecił mi badanie drożności jajowodów, laparoskopię zwiadowczą i histeroskopię – nic przyjemnego, ale zabieg był w znieczuleniu ogólnym, jakoś to przeżyłam. Dwa miesiące temu mieliśmy inseminację, niestety nic z tego nie wyszło. Teoretycznie powinniśmy kilka razy powtórzyć ten zabieg, ale lekarz strasznie się śpieszy. Twierdzi, że w naszym przypadku każdy miesiąc jest ważny, a więc nie będziemy już próbować inseminacji, tylko przejdziemy od razu do in vitro. Poleca pobrać więcej niż sześć ustawowych komórek, jeszcze o tym jednak nie zadecydował. Marzyły mi się bliźniaki, ale ostudził mój zapał. Twierdzi, że ciąże mnogie są zagrożeniem, transfery będą więc pojedyncze, za to więcej zarodków zamrozimy na przyszłość. 

M: Ze względu na nasz wiek będziemy mieli in vitro ICSI – plemnik zostanie zaaplikowany do komórki w laboratorium, tak jak na obrazkach w Internecie – pipetka wbije się w jajeczko i wprowadzi plemnik. To podobno skuteczna metoda. Lekarz mówi, że w ten sposób uda się szybciej uzyskać ciążę, zwłaszcza że moje plemniki nie lubią się śpieszyć. 

T: Omijamy kilka etapów procedury. To dobrze, bo zależy nam na jak najszybszym rezultacie. Już bardzo tęsknimy za naszym dzidziusiem. 

Dość późno zaczęliście się starać o dziecko. Dlaczego? 

M: Bo późno się poznaliśmy. Dopiero od trzech lat jesteśmy parą, od dwóch podejmujemy intensywne próby, aby mieć dziecko. Wcześniej ja byłem jedynie w przelotnych związkach i chwilowych romansach. Nie miałem czasu na rodzinę, dorabiałem się. 

T: Ze mną było podobnie. Miałam wprawdzie jakichś tam partnerów, ale nie w głowie była mi rodzina. Mam jeszcze czas, myślałam. Pamiętam, jak wściekałam się, gdy kilka lat temu w telewizji leciała kampania społeczna „Nie zdążyłam…”. Na filmikach kobiety sukcesu wyznawały: zdążyłam kupić dom, zdążyłam zostać prezeską, zdążyłam pojechać do Nowego Jorku, ale nie zdążyłam być mamą. Wtedy nawet udzielałam się w Internecie, tak oburzały mnie te słowa. A co z feminizmem, z wolnością i równością kobiet? Sprowadza się nas do roli rozrodczej, grzmiałam bojowo. Dziś niestety muszę przyznać, że ta kampania wcale nie była taka głupia. To znaczy była prawdziwa, była właśnie o mnie. Przez ostatnią dekadę harowałam jak wół w korpo, pięłam się po szczeblach kariery. Dziś osiągnęłam, co chciałam. Nie jestem na szczycie, ale wystarczająco wysoko, aby trochę odpuścić i zająć się sobą. Tak, nieskromnie uważam, że osiągnęłam sukces. Stać mnie na ładny samochód i dom pod miastem. Zwiedziłam świat, jadałam wykwintne dania. Tylko co z tego, skoro prawie przeoczyłam to, co najważniejsze: miłość i rodzinę? Nie chcę popadać w patos, dalej jestem feministką z krwi i kości, uważam, że kobiety mają prawo się rozwijać i walczyć o sukces zawodowy; że mogą świadomie zrezygnować z posiadania dziecka i męża i nikt nie ma prawa tej decyzji oceniać, tyle że u mnie to wcale nie była świadoma rezygnacja. Chęć ustatkowania się i wicia gniazdka przyszła po prostu późno. O mały włos nie za późno. Nie, wcale tego nie żałuję. Gdyby moje życie potoczyło się inaczej, dziś nie byłabym z Maćkiem, nie miałabym z nim dziecka. To znaczy jeszcze nie mamy dziecka, ale niedługo będziemy przecież mieć. 

M: Życie bywa przewrotne. Przez większość dorosłego życia robiłem wszystko, żeby nie mieć dziecka. Wręcz paranoicznie dbałem o to, żeby partnerki stosowały antykoncepcję, sam też się dodatkowo zabezpieczałem, a teraz potrzebuję pomocy, aby to dziecko wreszcie mieć. I zapłacę za pomoc niemałą kwotę. Czyż to nie ironia? 

Rozumiem, że problem finansowania drogich badań, leków i zabiegów państwa nie dotyczy? 

M: Nie jesteśmy krezusami, ale żyje nam się lepiej niż przeciętnym Kowalskim. Na razie tym aspektem się nie przejmujemy. Niedawno sprzedałem dobrze prosperującą firmę, zainwestowałem w akcje. Do tej pory na wszystko, co związane z leczeniem, wydaliśmy mniej niż dziesięć tysięcy złotych. To nie jest kwota zaporowa, chociaż bez wątpienia to dużo pieniędzy. 

T: Myślimy, że niedługo zakończą się nasze wydatki związane z poczęciem dziecka. Później będziemy potrzebować pieniędzy, żeby je wychować, wykształcić. Tyle się mówi o kosztach wyprawki, szczepionek, a potem przedszkola i edukacji. Pragniemy dać dziecku wszystko, co najlepsze. Będziemy potrzebować niani na pełny etat, bo nie wyobrażam sobie, że nie wrócę do pracy. Potem prywatne przedszkole, wszystkie te kursy angielskiego, baletu czy piłki nożnej. To wielka inwestycja w przyszłość dziecka.

Państwo bardzo optymistycznie myślą o przyszłości. 

M: To źle? Dlaczego mamy uprawiać czarnowidztwo? Lekarz mówi, że wszystko będzie dobrze. Badania są okej, my dbamy o formę. Już dwa lata temu rzuciłem palenie, uprawiam boks. Jesteśmy w najlepszych rękach, musi się udać. 

T: Ja też wzięłam się za siebie. Zmieniłam tryb życia. Kiedy dziecko długo się nie pojawiało, przeczytałam w Internecie na forach, że muszę zmienić dietę. Odstawiłam mięso, gluten i nabiał, a przede wszystkim zaczęłam jadać regularnie. To nie jest tak, że osoby przy kości obżerają się czym popadnie. Ja zawsze jadłam dość zdrowo, tyle że rzadko, bo praca mi na to nie pozwalała. Zdarzało się, że nic nie miałam w ustach aż do wieczora, a potem w domu robiłam napad na lodówkę. Ale to zmieniłam – zaczęłam zabierać do pracy pojemniczki ze zdrowym jedzeniem, w końcu zmusiłam się, żeby pójść na siłownię, która przecież od zawsze była w podziemiach naszego biurowca. Piję wodę, zioła i zdrowe napary, zażywam suplementy i superfood – chlorellę, jęczmień. W ciągu roku zgubiłam piętnaście kilogramów. Jestem gotowa, aby w moim ciele zamieszkał lokator. Posprzątałam je, teraz czekam na najważniejszego gościa. 

Nie chcę, żebyście mnie źle zrozumieli, ale zastanawialiście się, co będzie, jeśli zabieg in vitro się nie uda?

M: Dlaczego pani o to pyta? Czy przystępując do procedury, myślała pani, że się nie uda? Najważniejsze jest pozytywne myślenie, optymizm podobno może góry przenosić. Pozytywne nastawienie to podstawa, dlatego nie zastanawiamy się, co by było, gdyby… Będziemy o tym myśleć na bieżąco. Szczerze wierzymy, że najdalej za dwa miesiące usłyszymy bicie serca naszego dziecka. 

T: Oczywiście, że przychodzą złe myśli. Czasem wieczorem ogarnia mnie strach, rozmyślam: a co, jeśli już nigdy nie będę mamą? Staram się jednak odgonić te myśli od siebie, skupić się na pozytywach. Nie wyobrażam sobie naszego domu za kilka lat bez biegającego, głośnego berbecia. Zrobimy wszystko, aby zostać rodzicami. 

Czy wasza rodzina, przyjaciele wiedzą, co u was słychać? 

M: Oczywiście. Nie mamy w planach tego ukrywać, choć taki był pomysł. Na początku wstydziłem się o tym mówić, ale tajemnica mnie gniotła. Kiedyś, na piwku, opowiedziałem o tym kumplowi, z którym współpracuję. Wysłuchał mnie, popatrzył na moją zgorzkniałą minę i najpierw zaczął się głośno śmiać – wkurzył mnie, miałem ochotę dać mu w zęby – ale po chwili wyznał, że jego dwie córki też urodziły się dzięki in vitro. „Stary, nic się nie martw”, poklepał mnie po ramieniu. Ulżyło mi. Do dziś spotykamy się towarzysko. Jakoś mi lżej na sercu, że człowiek, którego cenię i szanuję, zmagał się z takim samym problemem. 

T: Moje dwie przyjaciółki i siostra o wszystkim wiedziały od początku. To one mnie pocieszały, gdy kolejne testy ciążowe pokazywały jedną kreskę. Ostatnio nawet zrobiły mi głupi żart: wpadły w odwiedziny i przyniosły kartonową figurkę raczkującego niemowlaka – taką samą dał mąż Charlotte York w Seksie w wielkim mieście. Jesteśmy fankami tego serialu, widziałyśmy wszystkie odcinki. Tak więc dziewczyny cieszą się razem ze mną. Moja młodsza siostra, która mieszka w Kanadzie, ostatnio przesłała mi zdjęcie cudownych śpioszków i kocyka, które już kupiła dla naszego przyszłego malucha. Ja nie odważyłam się jeszcze rozpocząć zakupów, ale w nowym domu jest już pokoik zarezerwowany dla synka lub córeczki. Nieśmiało oglądam wózki i łóżeczka. Kręci mi się w głowie – tyle tego jest, tyle rzeczy jest potrzebnych. Już się nie mogę doczekać, kiedy to wszystko będę mogła zacząć wybierać.

M: Ojcu powiedziałem tylko tyle, że się leczymy i wkrótce zostanie dziadkiem. Mama nie żyje, a nowa żona ojca jest mi obojętna. Tata się ucieszył, chociaż ma już dwóch wnuków, synów mojej siostry. Nie pytał o szczegóły, więc nie opowiadałem zbyt wiele. 

T: Moja mama na początku źle zareagowała. „A nie mówiłam?”, powtarzała przez łzy. Od wielu lat ciśnie mnie, że najwyższy czas na dziecko. Nigdy nie podobało jej się, jak żyję. Wcześniej myślałam, że jest skostniałą konserwatystką, która nie rozumie potrzeb współczesnych kobiet, dziś mam dla niej więcej wyrozumiałości. Po prostu wiedziała, że kiedyś zapragnę być mamą, i chciała mnie chronić. Matki wiedzą, co dla dzieci jest dobre. Przestraszyła się, gdy powiedziałam, że raczej nie mamy szans na naturalną ciążę. Nie bardzo wiedziała, o co właściwie z tym in vitro chodzi – wiadomo, osobom z jej pokolenia trudno zrozumieć postęp technologiczny i medyczny – teraz przywykła do tej myśli, czyta wszystko na temat in vitro i bardzo nam dopinguje. Ciągle tylko pyta – a to dość irytujące – czy aby na pewno nie stanie się nam krzywda, czy to na pewno bezpieczne. 

A państwu nie towarzyszą takie lęki, wątpliwości? 

M: Nie, jesteśmy nowocześni. Przecież to nie jest średniowiecze, chociaż są ludzie – i wcale nie jest ich mało – którzy próbują wmówić społeczeństwu bzdury o zabijaniu dzieci, zarodkach spuszczanych w toalecie. Strasznie mnie wkurza cała ta nagonka na in vitro. Rozumiem, że ktoś może myśleć inaczej, ja naprawdę to szanuję, ale dlaczego rości sobie prawo do potępiania takich jak my i dzieci poczętych w klinikach leczenia niepłodności? Metoda in vitro jest bezpieczna i skuteczna, cały świat ją stosuje, to będzie przyszłość ludzkości, bo płodność raczej się nie poprawi, lecz pogorszy. Nawet w Polsce takie zabiegi odbywają się od kilku dekad. Jesteśmy pod opieką znanego lekarza, w renomowanej klinice. Nie ma się czego bać. 

T: Na początku trochę się wahałam. Wiadomo, że człowiek planował to inaczej. Byłoby super, gdyby dziecko ot tak się urodziło, przecież setki tysięcy par płodzą dzieci naturalnie, dlaczego nie my? To pytanie nieraz spędzało mi sen z powiek. I to koszmarne poczucie winy. Mocno przeżywałam każde słowo poprzedniego ministra zdrowia, który przecież przerwał program finansowania in vitro, albo okrutne, poniżające głosy kościelnych przedstawicieli. Ja naprawdę miałam poczucie winy, że gdy przystąpię do in vitro, to po drodze zabiję potencjalne ludzkie życia. Pozbyłam się go już po pierwszej rozmowie z naszym lekarzem. Podszedł do nas wyrozumiale. Nie oceniał mnie, że tak późno zapragnęłam dziecka. Przeciwnie, rozumiał, że czasy się zmieniły. Teraz już myślę, że in vitro to nie odbieranie, lecz tworzenie życia. Bez tej pomocy nie mamy chyba żadnej szansy na ciążę, a więc żadne życie nie powstanie. Może nie zginą po drodze zarodki, ale też nie powstanie człowiek, a to chyba ważniejsze. In vitro to wielka nadzieja, a nie powód do lęku. Należałoby się bać, gdyby nie było tej metody, wtedy świat by się ludziom zawalił, a tak – jest nadzieja, i to całkiem spora. Nie bardzo rozumiem, o co w ogóle robić wielkie halo. Gdy ktoś ma raka, podaje się chemioterapię, gdy ktoś potrzebuje przeszczepu, szuka się dla niego nerki. Gdy ktoś ma problem z płodnością, pomaga mu in vitro. To proste i logiczne. Powinniśmy być dumni z dorobku cywilizacji, a nie potępiać wszystko, co nowe, przełomowe. Przypominam, że Mikołajowi Kopernikowi też niewielu wierzyło. My podejmiemy się każdej sprawdzonej i bezpiecznej metody, aby spełnić marzenie. Wszystko jest lepsze niż bezskuteczne staranie się o dziecko. /…/

NIEPŁODNOŚĆ BOLI /fragment rozmowy/

Marta Górna, przewodnicząca zarządu  Stowarzyszenia na rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji „Nasz Bocian” 

Stowarzyszenie „Nasz Bocian” powstało w dwa tysiące drugim roku i wciąż jest jedynym, które działa na rzecz osób borykających się z problemem niepłodności i bezpłodności. 

Powstało z inicjatywy osób, które starały się o to, by zostać rodzicami, także na drodze adopcyjnej. Zależało im nie tylko na własnym leczeniu, lecz także na podjęciu działań na rzecz poprawy dostępu do leczenia, wzrostu świadomości na temat niepłodności, poprawy legislacji. Nie jestem jedną z założycielek „Naszego Bociana”, dołączyłam dopiero po latach, kiedy sama zaczęłam się starać o dziecko, ale część z tych ludzi wciąż jest w stowarzyszeniu, mimo że mają już dorosłe dzieci. 

Co się zmieniło na przestrzeni niemalże dwóch dekad? 

Zmienia się wiele. Przede wszystkim na lepsze, choć w pewnych aspektach zauważamy regres. Wzrasta świadomość społeczeństwa na temat niepłodności. Skala problemu jest ogromna; w Polsce żyje dzisiaj około półtora miliona niepłodnych par, czyli co piąta w wieku rozrodczym. Prawdopodobnie będzie ich przybywało, bo raczej nie należy się spodziewać, że nagle statystyki się zmienią i że problem będzie dotyczył mniejszego odsetka populacji. Osób z niepłodnością przybędzie, obserwujemy tę tendencję od lat. Oczywiście nie wszyscy doświadczający trudności reprodukcyjnych będą potrzebować leczenia najbardziej zaawansowanymi metodami. 

Jako stowarzyszenie systematycznie rozprawiamy się też z mitami. Długo pokutował pogląd, że niepłodność to sprawa kobiety. Kiedy para nie mogła doczekać się dziecka, przypisywano winę kobiecie. Dzisiaj wiemy, że to niczyja wina; czynniki, które powodują niepłodność, rozkładają się równo po obu stronach. Wiemy też, że w jednej piątej przypadków w ogóle nie da się ustalić przyczyny problemu. Nie wiadomo, dlaczego para nie może mieć dzieci. 

Wracając do pytania o zmiany na przestrzeni lat: wzrasta świadomość na temat niepłodności jako takiej i stało się jasne, że jest to problem społeczny, a nie jednostkowy. To zasługa krótkiego – niestety – czasu, kiedy leczenie niepłodności było refundowane na poziomie krajowym. Refundacja in vitro nie tylko dała możliwość podjęcia leczenia chorym, lecz także wywołała społeczną refleksję, że mamy do czynienia z chorobą, którą należy leczyć, a co więcej, że istnieją skuteczne metody jej leczenia. Stworzyła wizję normalności, przekonanie, że niczym się to nie różni od leczenia innych chorób, zaowocowała akceptacją społeczną. 

Ale nowy rząd z programu się wycofał. 

No i tutaj mamy regres, ogromny krok w tył. Do tego dochodzi promocja naprotechnologii, która nie jest żadną alternatywą dla metod medycznie wspomaganej reprodukcji.

Rząd i Kościół gwarantują, że naprotechnologia to samo dobro. 

Jej zwolennicy lansują przekonanie, jakoby była ona bardzo skuteczna, a na pewno w niczym nie mogła zaszkodzić; że chorzy nie mają nic do stracenia. Przekonanie, że naprotechnologia nie może zaszkodzić i że co najwyżej nie uda się dzięki niej uzyskać ciąży, jest złudne. Ona zabiera czas, a czas jest niezwykle istotnym czynnikiem w leczeniu niepłodności. Zanim chory podejmie leczenie, problem na ogół trwa już jakiś czas. W konsekwencji często, chociaż nie zawsze, dotyczy osób w bardziej zaawansowanym wieku. Czas leci, a zwłoka bynajmniej nie gra na korzyść niepłodnych. Każdy rok w sytuacji, kiedy mamy kłopoty z płodnością, jest na wagę złota. W nielicznych źródłach wspomina się o skuteczności naprotechnologii w oparciu o cykl dwuletni, trwa to więc bardzo długo i może oznaczać zamknięcie drogi dalszego leczenia. Oczywiście nie możemy podejmować decyzji za samych zainteresowanych, mówiąc, że nie powinni iść drogą naprotechnologii, że to jest naiwne. Ludzie z różnych powodów się na nią decydują i mają prawo do podejmowania autonomicznych decyzji. Ważne, by te decyzje były świadome. Nie oceniajmy, nie stygmatyzujmy. I tak leczący się są napiętnowani i uderza się w nich z każdej strony. Sama niepłodność dla wielu osób jest piętnem. 

Zwłaszcza dla kobiet. 

Nie tylko. Mężczyźni też mają problem z niepłodnością, a jeszcze większy z mówieniem o niej, choć to przecież absurdalne, bo gdy mamy cukrzycę, to nie boimy się o tym mówić, nie czyni nas to gorszymi od reszty świata, tymczasem niepłodność w związku z tym, w jakich realiach żyjemy, a także jak i co się o niej mówi, wywołuje poczucie wstydu i niższości. Gdy się z nią zmagamy, jesteśmy stygmatyzowani, a gdy postanawiamy podjąć leczenie, nie zdobywamy akceptacji społecznej. Której drogi byśmy nie obrali, jesteśmy atakowani. Gdy zdecydujemy się na leczenie in vitro, atakuje nas Kościół, aktualny rząd i radykalni przeciwnicy. Z drugiej strony ludzie, którzy wybierają naprotechnologię, bo tak chcą i tak czują, też są atakowani z racji tego, że idą drogą, która jest nieskuteczna. Właściwie czego byśmy nie zrobili, dostajemy po głowie. Wydawałoby się, że nie ma właściwych rozwiązań. I to jest straszne.

Ale przecież warto mówić prawdę o naprotechnologii, żeby ludzi ostrzec. 

Najważniejsze, by ci pacjenci mieli świadomość, na co się decydują. By rzetelnie im powiedziano, jaka jest skuteczność tej metody i że czas na nią poświęcony jest nie do odzyskania. Takiego uczciwego podejścia niestety brakuje wśród propagatorów naprotechnologii. 

Wasze stowarzyszenie walczy przecież o prawdę i obalanie mitów. 

Działamy na rzecz wzrostu świadomości. Nie spodziewam się, że pozytywne zmiany nastąpią z dnia na dzień, bo to zawsze jest proces. Jesteśmy odważni w tym, co robimy. Ostatnią naszą inicjatywę przeprowadziliśmy wspólnie z Fertility Europe, paneuropejską organizacją zrzeszającą stowarzyszenia pacjenckie, takie jak nasze, w ramach Europejskiego Tygodnia Świadomości Niepłodności. Ta inicjatywa miała za zadanie informować o niepłodności w różnych kontekstach, nie tylko w tym najbardziej oczywistym. Pokazywała pary jednopłciowe, które mają dziecko dzięki in vitro. Pokazywała pary, które nie doczekały się dziecka i świętowały nie urodziny potomka, tylko kolejną rocznicę swojego związku, który przetrwał mimo niepłodności. Staramy się wyprzedzać o krok to, co się dzieje w Polsce. Ktoś musi patrzeć w przyszłość. 

Jest wiele podmiotów, które działają wokół niepłodności, ale są skupione głównie na tym, aby tu i teraz zabezpieczyć potrzeby niepłodnych. Wśród nich wciąż powszechne jest wsparcie poprzez zagrzewanie do walki. Nawet na warsztatach pary słyszą: „będzie dobrze”, „dacie radę”, „bądźcie wytrwali”. My już wiemy, że leczenie nie zawsze jest skuteczne. Przekaz, że na pewno będziesz mamą czy tatą, nie w każdej sytuacji jest pożądany i na pewno nie zawsze jest prawdziwy. Jest taki moment, kiedy chcemy słyszeć, że wszystko będzie dobrze, że zostaniemy rodzicami, ale przychodzi też czas, kiedy potrzebujemy przekazu, że nasze życie może być szczęśliwe i spełnione nawet bez urzeczywistnienia marzeń o rodzicielstwie. Dla niektórych ludzi ten silny pozytywny doping jest agresywny, bo powoduje presję: „walcz!”. Co znaczy „walcz”? A może już nie mam siły walczyć? Może po dziesięciu latach, pięciu kredytach mam dosyć i chcę, by pozwolono mi w spokoju podjąć decyzje dotyczące mojego ciała, mojego życia, mojej przyszłości? Może chcę znowu odnaleźć siebie, swoje przyjemności, odnaleźć swojego partnera? Musimy pozwolić każdemu, by wyznaczył własną granicę. To jest bardzo osobista, intymna decyzja. Mamy różne możliwości finansowe, różną odporność psychiczną, różne sytuacje życiowe, zawodowe, rodzinne. Niektórych trudności mobilizują, innych wręcz przeciwnie. Mamy prawo zrobić tylko tyle, ile możemy czy po prostu chcemy zrobić bez szkody dla siebie. 

Na ten aspekt zwraca uwagę psychoterapeuta par. Do jego gabinetu często trafiają pacjenci, którzy nie umieją się wydostać ze spirali wiecznej walki o dziecko. Ale nie wszystkie pary otrzymają wsparcie od psychologa.

Na szczęście w tej kwestii już bardzo dużo się zmieniło na lepsze. Na początku, kiedy powstało stowarzyszenie, i nawet wiele lat później, nie dostrzegano potrzeby objęcia osób zmagających się z niepłodnością pomocą psychologiczną. Kliniki niechętnie nawiązywały współpracę z psychologami. Dzisiaj mamy naprawdę szeroką ofertę warsztatów, często bezpłatnych. Coraz więcej lekarzy ma świadomość tego, że pacjentów warto skierować na konsultację psychologiczną, bo są wtedy bardziej świadomi, pewniejsi tego, co robią, łatwiej im przejść przez proces leczenia. Oczywiście ciągle jest grupa lekarzy, którzy zupełnie nie dostrzegają takiej potrzeby, ale to się na szczęście zmienia. Od wielu lat prowadzimy wolontariacki projekt Linia Pomocy Pacjent dla Pacjenta. Byli pacjenci rozmawiają z aktualnymi pacjentami, wspierają, dzielą się doświadczeniem, wskazują miejsca, gdzie można znaleźć rzetelne informacje na temat leczenia. Widzimy, jak zmniejsza się zapotrzebowanie pacjentów na tę formę kontaktu z nami, bo są objęci opieką psychologiczną w klinikach. I to jest świetna wiadomość. Rozmawiamy z psychologami i oni potwierdzają, że dzisiejsza sytuacja jest nieporównanie lepsza od tego, co się działo dziesięć lat temu. Kiedyś bardzo trudno było zebrać grupę, żeby w ogóle rozpocząć warsztaty, dzisiaj takie grupy pękają w szwach i trzeba otwierać kolejne. Kliniki leczenia niepłodności inwestują w tę formę pomocy, więc jest ona często bezpłatna również dla pacjentów spoza kliniki. To się pięknie uzupełnia z całą procedurą leczenia, więc wszyscy na tym zyskują, zwłaszcza pacjenci, a nas paradoksalnie cieszy fakt, że jesteśmy pacjentom mniej potrzebni. /…/

Książka Małgorzaty Rozenek-Majdan In Vitro. Rozmowy intymne ukazała się nakładem wydawnictwa Prószyński i Ska. 

Małgorzata Rozenek-Majdan
Fot. Albert Zawada

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

W życiu zdarzyć się może niemal wszystko… Podważanie mojego wieloletniego zaangażowania w temat In vitro i autorstwa książki jest niestosowne i krzywdzące. Dlatego czuję, że powinnam zabrać głos i ostudzić te emocje. Książka „In vitro. Rozmowy intymne” jest moim autorskim pomysłem, który zaproponowałam wydawnictwu Prószyński i S-ka. Przez wiele miesięcy przygotowywałam merytorycznie każdą rozmowę i merytorycznie ją opracowywałam . We wstępie mojej książki dziękuję wszystkim osobom biorącym udział w projekcie. Wyjaśniam też kulisy i charakter jego powstawania. Nie chcąc być oskarżoną o jednostronność debaty, postanowiłam opublikować również wypowiedź przeciwników tej metody. Na ten głos czekają ludzie głęboko wierzący, walczący z problem niepłodności. Bardzo bym nie chciała, żeby niepotrzebne komentarze odwracały uwagę od społecznego problemu. Na najbliższe dni zaplanowaliśmy publikacje zdjęć i nagrań dokumentujących kulisy powstawania tej książki. Mam nadzieję, że sama książka i one przyczynią się do pogłębionej dyskusji o sytuacji niepłodności i in vitro w Polsce. Uważam, że rozmowa jest potrzebna i czas ją zacząć. @proszynski_wydawnictwo #invitro

Post udostępniony przez Małgorzata Rozenek-Majdan (@m_rozenek)

Wideo

Dziś wypada 3. rocznica ich ślubu. Oto historia miłości Agnieszki i Piotra Woźniak-Staraków

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Joanna Krupa w oczekiwaniu na córeczkę zdradza tajemnice nowego życia we troje. Anna Puślecka mówi wprost, że nie podda się chorobie, a Katarzyna Cichopek i Marcin Hakiel opowiadają nam o pokonywaniu trudności, 14 wspólnych latach i nowych wyzwaniach