Ewa i Marek Bukowscy, "Viva!" czerwiec 2013
Fot. Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek/LAF AM
Z archiwum

Marek Bukowski o żonie: "Moja kochanka jest osobą emocjonalnie niezrównoważoną. Wariatka po prostu"

29 stycznia 2016 18:11
Ewa i Marek Bukowscy, "Viva!" czerwiec 2013
Fot. Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek/LAF AM

Ewa i Marek Bukowscy uchodzili za najpiękniejszą aktorską parę, a ich małżeństwo było uważane za wyjątkowo udane. Dziwi więc informacja, że po ponad dwudziestu latach związku postanowili się rozstać. Jeszcze trzy lata temu, gdy po raz pierwszy udzielili wspólnego wywiadu, było to nie do pomyślenia. Przypomnijmy,  co wtedy powiedzieli "Vivie!" w wywiadzie z Krystyną Pytlakowską.

 

- Czy życie pisze się przez duże „Ż”? Bo chciałeś rozmawiać wyłącznie od dużej litery.

Marek: Mam nadzieję, że tak. Przynajmniej u nas, do tego dążymy. A duże „Ż” oznacza, że żyjemy naprawdę.

Ewa: Wyłącznie od dużej, bo każdą minutę przeżywamy intensywnie, nawet podczas kontemplacji, wyciszenia cały czas mamy świadomość życia. 

Marek: Straszny banał.

 

– Ja bym prosiła, żebyś nie krytykował swojej żony.

Ewa: Kochanki. Napisz: „kochanki”! Jestem przyzwyczajona, właściwie ciągle się nawzajem krytykujemy. A może to właśnie taki sposób na życie? 

Marek: Jesteśmy w ciągłym sporze.

Ewa: Od czasu do czasu te spory prowadzą do zbliżeń, które sprawiają nam dużą przyjemność. Dlatego tak się trzymamy.

 

– Taka superidealna para, która się nigdy nie kłóci, musi się ze sobą nudzić. A jak jest nuda, to nie ma miłości.

Ewa: Absolutnie masz rację. Ale kto powiedział, że się nie kłócimy?

Marek: U nas jest zupełnie odwrotna sytuacja, uważam, że moja partnerka życiowa, czyli kochanka, jest osobą emocjonalnie niezrównoważoną. Wariatka po prostu.  Ale ja widocznie potrzebuję kogoś takiego, skoro to tyle trwa. 

 

Ewa i Marek Bukowscy,
Fot. Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek/LAF AM

Ewa i Marek Bukowscy, "Viva!" czerwiec 2013

 

 

– Mówicie o sobie, że jesteście „kochankami”, a nie małżeństwem. Chodzi o seks czy uczucia?

Ewa: Głównie o seks (śmiech).

Marek: Chodzi o to, że małżeństwo to instytucja, która się wyczerpała. Potrzeba bliskości i bycia ze sobą dwojga ludzi nie musi być zagwarantowana na papierze. Tak naprawdę każdy marzy o tym, żeby mieć kogoś, kto go kocha, żeby z tym kimś spędzać miłe chwile, o rodzinie po prostu. Ale w małżeństwo nie wierzę. A znam się na tym i Ewa też, bo jesteśmy wiele lat małżonkami.

 

– I Ewa jest pierwszą żoną?

Marek: I na pewno ostatnią.

 

– Słyszysz, Ewa? Nie zagrażają Ci żadne celebrytki. Ostatnio czytałam w internecie, że byłaś o nie zazdrosna. 

Ewa: Mnie to nie dotyczy. Tabloidy muszą się czymś żywić.

Marek: Zwłaszcza że unikamy pokazywania się i rozgłosu. Nie puszczamy oka do paparazzi – patrzcie, tu jesteśmy! Chociaż ostatnio pokazaliśmy się z naszym starszym synem, już studentem, na wręczeniu Telekamer, co jest moim zdaniem naturalne, i media podchwyciły to z dużym zapałem.

 

– No tak, skoro można się nim jako doskonałym tenisistą pochwalić. Dlaczego jednak postanowiliście stworzyć antymałżeńskie lobby?

Marek: Tylko nie lobby… Nie będziemy się wpisywać w coś, co jest ostatnio modne. Chodzi o to, że cały ten entourage, związany z zaślubinami, weseliskiem, prezentami, teściami, ciotkami, wujkami, ludzi usztywnia, komercjalizuje ich związek już na samym początku, w tym najlepszym momencie, kiedy są w sobie zakochani. Jesteśmy więc przeciwko formalizowaniu uczuć, bo to tak, jakby kupować samochód czy dom. To nie papierek powinien sprawiać, że kobieta i mężczyzna są ze sobą, tylko dzieci na przykład – największa wartość. A to właśnie rozwód, czyli upokarzające wizyty w urzędach sprawiają, że ludzie coraz bardziej się nienawidzą, a ofiarami są dzieci. Lepiej postawić sprawę od początku uczciwie i być ze sobą z powodu miłości, a nie dla satysfakcji teściowej. I niepotrzebna jest żadna instytucja, która mogłaby małżeństwo zastąpić. 

Ewa: Ale życie można sobie wyreżyserować bez papierka. I bez niego też można skrzyknąć się i zrobić jakąś imprezę z szampanem. 

Marek: W ludziach istnieje jednak utrwalone przez wieki naturalne dążenie, by się pobierać. Kobieta, bo ma wtedy poczucie bezpieczeństwa, a facet, bo chce tę kobietę „zaklepać”. Ale to narzucony z zewnątrz schemat, przed którym buntuje się rzeczywistość.

 

Ewa i Marek Bukowscy,
Fot. Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek/LAF AM

Ewa i Marek Bukowscy, "Viva!" czerwiec 2013

 

 

– Chciałeś „zaklepać” Ewę? Pobraliście się bardzo szybko.

Ewa: Raczej poklepać (śmiech).

Marek: Wzięliśmy cywilny ślub na zasadzie happeningu w przerwie między zajęciami. I byliśmy tylko my, żadnych gości weselnych.

Ewa: Marek powiedział: „Chodź, to się pobierzemy”. A ja na to: „Dobra”. Na zasadzie zabawy. Nigdy nie przypuszczałam, że przetrwa to dłużej niż rok. 

Marek: Byliśmy młodzi, kochaliśmy się, to był impuls. I tkwiliśmy jeszcze wtedy w okowach konwenansu. Poza tym mieliśmy taką fantazję.

Ewa: I to prawda, że nie zaprosiliśmy nikogo. Po prostu z ulicy weszliśmy do urzędu i powiedzieliśmy sobie „tak”. Żadnego szampana, żadnych życzeń. Nic z tych rzeczy. 

 

– A skąd wzięliście obrączki?

Ewa: Marek jakoś skołował, zresztą mamy je do tej pory.

Marek: Gdzieś tam leżą zardzewiałe.  

Ewa: Od razu je zdjęliśmy.

 

 – I unieważniliście swoje małżeństwo?

Marek: Formalnie nie, po co? Postanowiliśmy po prostu żyć tak, jakbyśmy nie mieli papierka.

Ewa: W każdej chwili możemy spakować walizki i rozstać się, gdybyśmy chcieli. Taka jest między nami umowa.

 

– Ale nie chcecie? Uchodzicie za bardzo trwałą parę, i to już od 20 lat. Podobno pojechałaś za Markiem z łódzkiej Filmówki do Krakowa, gdzie on studiował aktorstwo?

Ewa: Nie, to nie tak było. Przeniosłam się do Krakowa i tam trafiłam na Marka.

Marek: W pewnym sensie wtrąciło się przeznaczenie, bo niby dlaczego ja wyjechałem na studia właśnie do Krakowa, skoro wcześniej nie miałem żadnego kontaktu z tym miastem? Przypadek? Życie to same przypadki.

 

– Zobaczyłeś Ewę i osłupiałeś?

Ewa: Właśnie, powiedz, jak mnie spotkałeś.

Marek: Kraków był specyficzny. Wiadomo: Piwnica pod Baranami, klimaty egzystencjalne, wszyscy ubierali się na czarno. I nagle pojawia się Ewa, taka kolorowa.

Ewa: Miałam pióropusz?

Marek: Na tyłku (śmiech). Byłaś zdecydowanie inna, barwna i pełna życia. 

 

Ewa i Marek Bukowscy,
Fot. Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek/LAF AM

Ewa i Marek Bukowscy, "Viva!" czerwiec 2013

 

 

– Jak mi powiesz, w co była ubrana, naprawdę chylę czoło.

Marek: Mało miała na sobie.

Ewa: On pamięta ten drugi raz, bo przy pierwszym spotkaniu był tak pijany, że nie może nic pamiętać. A tak poważnie, byłam ubrana ekscentrycznie, ale jednak ubrana. Reszta to Marka imaginacja.  

Marek: Spotkaliśmy się w klubie Pod Jaszczurami na koncercie jazzowym. Wzięła mnie do siebie i już zostałem. To było absolutnie fizyczne zauroczenie.

Ewa: A ja starałam się nie zauważać takich przystojniaków. Marek był strasznym mrukiem, ale interesująco mówił wiersze, z jakąś mocą. I to mnie dopiero w nim zainteresowało. W dodatku pisał wiersze, a ja nie. Ja je tylko czytałam.  

Marek: Ewa jest strasznie upoetyczniona.

Ewa: Teraz też proszę: „Przeczytaj mi coś”. To mnie uspokaja. Ale jemu często się już nie chce.

 

– Uroda więc czy intelekt?

Ewa: Na początku absolutnie intelekt. Mówię za siebie, oczywiście. Całe życie intelekt jest ważny.

Marek: Wyłącznie ciało, wyłącznie uroda – jaki tam intelekt. Przecież to ja ją wszystkiego nauczyłem, takich słów, jak „alternatywa” czy „kompromis”. A ona się cały czas przed tym broni. Ale na serio, inteligencja jest warunkiem absolutnym. A w ogóle co to za temat, czy ktoś jest ładny, czy brzydki?

 

– Ale gdyby była łysa i ważyła sto piętnaście kilo, albo gdybyś Ty był rudy i mierzył metr sześćdziesiąt. Co byłoby wtedy z Waszą miłością?

Ewa: To naprawdę czysty przypadek, że Marek wygląda, jak wygląda. Ja naprawdę kompletnie nie byłam zainteresowana jego urodą.

Marek: No fakt, mój wygląd to nie moja zasługa. A tym bardziej wina. Chociaż Maria Czubaszek kiedyś na mój widok powiedziała: „No nie, on jest ładniejszy od Ibisza!”.  

Ewa: Absolutnie odrzucałam zewnętrzne piękno. Tylko i wyłącznie mózg. Ale teraz dochodzę do wniosku, że cielesność też ma duże znaczenie. Jeżeli ludzie są pod tym względem dopasowani, bardzo wiele innych rzeczy można wybaczyć.  

Marek: Bo z seksem jest jak z bieganiem – im dłużej biegasz, tym większa przyjemność. Wiem, co mówię, bo uprawiam jedno i drugie od lat.

Ewa: Też tak to widzę na tym etapie życia. I moja cielesność mnie cieszy. 

Marek: Nie zgadzamy się w niczym, ale w tym się spotykamy – twoja cielesność mnie też cieszy.

 

Ewa i Marek Bukowscy,
Fot. Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek/LAF AM

Ewa i Marek Bukowscy, "Viva!" czerwiec 2013

 

 

– Dwa razy na pewno się spotkaliście, macie dwóch synów. 

Marek: Zapewniam, że więcej niż dwa.

Ewa: Bo ja tu słucham ciebie bardzo uważnie i ty mnie też, jak sądzę. Z tym że nie chodzi tylko o seks, oczywiście, tu zawsze między nami było dobrze, bardziej chodzi o świadomość i akceptację własnego ciała. Dochodzi się do takiego consensusu po różnych wyprawach w głąb siebie i poza siebie. Właściwie tylko jeszcze nie pojechaliśmy do Indii.

Marek: Tam niebezpiecznie, gwałcą wszystkich, a ciebie w szczególności.

Ewa: Na Marka też by się rzucili.

Marek: Nie dopuściłbym do tego, jestem strasznie konserwatywny.  

 

– A gdyby Ewa Cię zdradziła i się do tego przyznała, wybaczyłbyś jej.

Marek: Oczywiście, że nie. Ona by mi wybaczyła. 

Ewa: I tu się mylisz. 

Marek: Zdrada każdego boli, jeśli się ludzie kochają. Tylko nie można popaść w paranoję zazdrości, granica tu jest bardzo cienka. 

Ewa: Nie można śledzić, czytać sms-ów i e-maili, jakiś rodzaj tajemnicy jest absolutnie niezbędny w byciu razem.

(Ewa właśnie odbiera tajemniczy telefon.)

Marek: Widzisz, może jakiś narzeczony dzwoni. Kobiety mają właśnie takie tajemnice.

Ewa: Bycie razem to kwestia odpowiedzialności. Szymon, nasz młodszy syn, ma osiem lat, wyjechał na zieloną szkołę. Kiedy jest poza domem, obawiam się, czy mu się coś nie stało, albo że tęskni, i wtedy odbieram telefony. Normalnie nie odbieram. Mali chłopcy wymagają większej uwagi.

Marek: Ewa cały czas jeszcze karmi (śmiech). Ale ja też uwielbiam moich synów, jestem w stanie dla nich zrobić wszystko.

 

– Byliście bardzo młodzi, kiedy urodził się Marcin. To była trudna decyzja?

Ewa: Dzieci trzeba mieć, gdy się jest młodym. Chociaż poród wspominam okropnie. Nie mogłam Marcina urodzić przez 13 godzin, to było straszne, dostał, biedaczek, zero punktów w skali Apgar.

Marek: Może dlatego teraz ma w życiu tyle szczęścia, bo przy urodzeniu dostał strasznie w kość. 

Ewa: Szymek urodził się stosunkowo łatwo, ale potem przez pierwsze trzy lata przebił brata. Spał dwie godziny na dobę. Horror. Zresztą teraz też daje popalić, mocny jest. 

Marek: Ale chciałbym jeszcze córeczkę. Księżniczkę.

Ewa: O, nie! I jeszcze raz nie. No widzisz, niczym się nie zraża. A wracając do tej tajemnicy, o której mówiłeś, to ja nienawidzę gier, udawania. Trzeba być całkowicie naturalnym. 

 

Ewa i Marek Bukowscy,
Fot. Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek/LAF AM

Ewa i Marek Bukowscy, "Viva!" czerwiec 2013

 

 

– Ale nie o wszystkim mówisz Markowi?

Marek: Ewa może by i chciała, ale ja nie będę tego słuchał.

Ewa: Już dawno temu ustaliliśmy, że nie o wszystkim sobie mówimy, bo to nie ma sensu.

Marek: Wiesz, jaka rozmowa jest dla mnie najgorsza? Bo ty myślisz, że ja myślę… albo ty czujesz, że ja… Nienawidzę tego po prostu. 

Ewa: Przesadzasz, są momenty, kiedy raz na parę lat taka rozmowa się przydaje. Inaczej nigdy nie zrozumiesz moich intencji.

Marek: I tak nigdy ich nie rozumiem. I nie nazwałbym tego rozmową, tylko walką. 

Ewa: Marek zrobił dziurę w podłodze butelką, strasznie ciężką, kamienną. Rzucił nią o posadzkę.

 

– Czym go tak zirytowałaś?

Ewa: Poszło o sprawy zawodowe, inne nie są w stanie nas poróżnić. My kłócimy się wyłącznie o pracę. Ja zupełnie inaczej widziałam pewną scenę w filmie, który realizowaliśmy kilka lat temu, niż Marek. Ale to on był reżyserem „Sukcesu”.

Marek: Trwałość naszego związku polega też na tym, że mam bardzo krótką pamięć, szczególnie emocjonalną. Po prostu co złe, zapominam. Co dobre zresztą – też. 

 

– Wystawiliście swój związek na próbę – podjęliście decyzję o zmianie zawodu, odejściu od niego na kilka lat.  

Marek:  Nigdy nie byliśmy przyklejeni do aktorstwa.

Ewa: Namawiam wszystkich, żeby realizowali się w swojej pasji, żeby iść w jej kierunku, a jak trzeba, to nawet zmienić zawód.

Marek: To były czasy, które zmuszały do podjęcia jakiejś decyzji. Kiedy studiowaliśmy, robiliśmy filmy. To były lata 90. Wspaniałe życie. Jak mi ojciec wysyłał siedem stów, mogłem wódkę kupować codziennie i stawiać kolegom. Gdy kończyliśmy studia, kręciło się 30 filmów rocznie. W 2000 roku około 10. Wszystko się zmieniło. SPATiF stał się różową pizzerią. Nie mogliśmy czekać, była rodzina, konieczność zapewnienia jej bytu. Zawód aktora niesłychanie się spauperyzował. Mieliśmy więc inny pomysł na życie i chcieliśmy uciec od aktorstwa. Trzeba było się przystosować do nowej rzeczywistości. 

 

– I przekwalifikowaliście się na pisanie scenariuszy, reżyserię i produkowanie filmów. Chodziło o pieniądze?

Marek: Szczerze? O pieniądze. Tylko że u nas wszystko działo się w sposób naturalny, to nie była trudna decyzja.

Ewa: Po prostu przeszłam na drugą stronę kamery. Uczyłam się u jednego z producentów, robiłam programy. 

Marek: Zrealizowaliśmy dwa filmy – „Blok.pl” i „Sukces”, które nas kompletnie wyprały emocjonalnie. Trudny nie jest pomysł, ale zaczynanie ciągle od nowa.

Ewa: To są dobre filmy, niedawno nawet widziałam „Sukces” na TVP Kultura. Zjechaliśmy z tym filmem cały świat, ale jednak nie wystrzelił nas na jakiś inny poziom zawodowy…

Marek: A chcieliśmy żyć, dać naszym dzieciom wykształcenie, gdzieś pojechać, coś zobaczyć. Do tego potrzebna jest kasa.

 

– Nie baliście się, że wypadniecie z obiegu?

Marek: Nie, bo nas ten obieg nie interesował, weszliśmy w inny.

Ewa: Nie myśleliśmy jednak, że nie wrócimy nigdy do aktorstwa. Nie aż tak nostalgicznie.

Marek: Ale aktorstwo zaczęło samo do nas przychodzić. Zadzwonił do mnie Filip Zylber, mój przyjaciel, i mówi: „Marek, za dwa tygodnie jedziesz na Mazury na zdjęcia”. Kocham Zylbera, więc się zgodziłem. Ewa też zaczęła dostawać propozycje. My o nic nie zabiegamy, ale jak się kręci, to się kręci. 

 

Ewa i Marek Bukowscy,
Fot. Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek/LAF AM

Ewa i Marek Bukowscy, "Viva!" czerwiec 2013

 

– Weszliście w obsadę seriali – najpopularniejszych w Polsce. Za popularność aktor dałby się powiesić?

Marek: Popularność, sława to puste słowa. Nie mają dla mnie znaczenia.

 

– Ewa, ale Ty uzależniłaś się od tworzenia, od pisania? A teraz to zostawiłaś?

Ewa: Będę musiała się w pisanie jeszcze zagłębić. W pisanie powieści, na przykład – jest nią zainteresowany duży wydawca. Ale to nie jest dla mnie dobre, ja za bardzo się angażuję, spalam, nie ma wtedy ze mną kontaktu, rozmowy.

Marek: A ja dobrze znoszę to jej uzależnienie.

Ewa: Marek przejął całkowicie kontrolę, nad kuchnią chociażby.

Marek: Bo przecież nie żyjesz samotnie. Przesadzasz z tym przełożeniem na mnie obowiązków.

Ewa: Najpierw pisałam z powodu buntu, a teraz rozumiem naprawdę ludzi pióra. Uzależnienie od pisania daje inne poczucie szczęścia, endorfiny. I to jest fajne. 

 

– Aktorstwo nie daje takich endorfin?

Ewa: Aktorstwo to zupełnie inna bajka. W tej chwili jest mi potrzebne, żebym mogła wyjść do ludzi. Pisząc, odcinam się od świata. I wtedy wyjście na plan jest bardzo przyjemne.

Marek: Nasza rozmowa staje się smutna. Porozmawiajmy o czymś weselszym. 

Ewa: Pozwól mi skończyć. W aktorstwie mogę też celebrować siebie.

Marek: Czyli terapia, a ja nie potrzebuję terapii.

Ewa: Napisz, że bardzo głośno się zaśmiałam w tym momencie. Ja miewam depresje i wtedy to widać. Chyba różnimy się tylko tym, że Marek potrafi je lepiej ukryć.

Marek: Naprawdę nie jestem depresyjny. Mizantrop, owszem. Nie jestem też mizoginistą.

 

– To widać. Jak to zrobiliście – być ze sobą 20 lat i nadal się kochać?

Marek: Przypadek.

Ewa: Mnie się wydaje, że po prostu trzeba lubić tego człowieka, z którym się jest. A ja ciebie lubię. Zgadzamy się też w sprawach fundamentalnych.

Marek: Bóg, Honor, Ojczyzna.

 

– A co nie jest sprawą fundamentalną?

Ewa: Dom chociażby, choć drobiazgów w ogóle nie zauważamy. Na przykład gdy soli zabraknie. Wracam o siódmej i mówię: „Marek, nie kupiłam nic do chleba”. A on na to: „Nie przejmuj się, do jutra jakoś dożyjemy”. „Ale dzieci…?”. „Dzieciom się coś tam ugotuje”. 

Marek: I na tym chyba wyczerpaliśmy temat. To jak u psychologa, po dwóch godzinach człowiek ma dość. 

Ewa: Marku, pozwól mi jeszcze coś powiedzieć. Klucz do życia leży w prostych sprawach, jak sprzątanie, pranie, prasowanie. Niegdyś należało to tylko do kobiety, a teraz ludzie będący ze sobą biorą wspólnie na siebie ten ciężar i może dlatego bardziej się nawzajem szanujemy.

Marek: Jesteśmy dużo bliżej takiego konwencjonalnego życia, niż nam się wydaje.

Ewa: A wiesz, jakie mamy postanowienie? Chyba rok temu w Portugalii ustaliliśmy sobie, że chcielibyśmy żyć tak, jak Paul Auster i jego partnerka – pisarka. Mieszkają sobie w Nowym Jorku w dwóch mieszkaniach, w ciągu dnia prowadzą swoje życie, wieczorem spotykają się na kolacji i omawiają cały dzień.

Marek: A więc jednak gra, a ty mówisz, że nie lubisz gier.

Ewa: Dla ciebie gra, dla mnie naturalność. 

 

– Przyszedł mi do głowy wiersz Edwarda Stachury „Życie to nie teatr”.

Ewa: Wiesz, że ja się urodziłam tam, gdzie on kiedyś mieszkał? Przechodził przez mój ogród na skróty, moja mama znała go bardzo dobrze.

 

Ewa i Marek Bukowscy,
Fot. Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek/LAF AM

Ewa i Marek Bukowscy, "Viva!" czerwiec 2013

 

 

– Kochał się w Twojej matce?

Ewa: Nie wiem, była piękną kobietą. Ale ja przeszłość odcinam. Nie lubię jej. Wychowałam się w rozbitej rodzinie. Bardzo szybko zaczęłam być samodzielna. Wyprowadziłam się. 

 

– A Marek?

Marek: Ja pochodzę z rodziny pełnej. Jestem z życiem pogodzony. Ze swoimi mocnymi i słabymi stronami. 

 

 – A co jest Twoją słabą stroną?

Marek: Prawa noga, bo mam zerwane więzadła w kolanie.

Ewa: Sport był jego najmocniejszą stroną, miłość do tenisa i ciepłe uczucie do piłki nożnej. Teraz przekazał je naszemu synowi.   

 

– Boicie się, jak wszyscy, przemijania?

Ewa: Nieustająco, ale już dawno zgodziliśmy się, że tylko eutanazja albo lot w jedną stronę na Marsa.

Marek: Ja się niczego nie boję, ja żyję tu i teraz.  

 

– Nie boisz się, bo Ewa Cię uspokaja.

Marek: Ona jest od pobudzania, a nie od uspokajania. Wiesz, co się dzieje, gdy ja gdzieś wchodzę? Nic. Ale jak ona wchodzi, robi się jakiś amok, nagle znajduje się mnóstwo wgapionych w nią facetów. 

Ewa: Tylko że my prawie nigdzie nie chodzimy, bo trzeba mieć powód, żeby wyjść z domu, więc Marek mówi tylko to, co sobie wyobraża. Ale dobrze, że tak myśli, kobieta musi mieć przecież swoje tajemnice.      

 

Rozmawiała Krystyna Pytlakowska 

 

Wideo

Marynarki, kardigany, sukienki maxi, kozaki na słupku. Te produkty będą modne jesienią i zimą 2020/2021

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

MAŁGORZATA ROZENEK-MAJDAN i RADOSŁAW MAJDAN w przejmującej rozmowie o walce o dziecko, mierzonej poświęceniem, niepewnością, ale i wdzięcznością. MICHAŁ ŻEBROWSKI i EUGENIUSZ KORIN, dyrektor i reżyser Teatru 6. piętro. Czy się lubią, podziwiają i... kłócą. MARIOLA BOJARSKA FERENC Los naznaczony tragediami: wypadek mamy, walka o życie synka, rozwód, choroba męża. W cyklu EXTRA: Czy w kontekście niemieckich obozów koncentracyjnych może być mowa o modzie? – opowiada antropolożka mody Karolina Sulej. PODRÓŻ „Będziecie tam wracać”, mówi o Bieszczadach słynna podróżniczka Elżbieta Dzikowska.