O NIEJ SIĘ MÓWI

Joginka walcząca z rakiem: „Czułam się, jak tykająca, umierająca bomba”

Daria Dziewięcka przeszła chemię, wróciła na matę i wspiera innych chorych

Katarzyna Sielicka 7 kwietnia 2019 08:57

Daria Dziewięcka, dziennikarka i joginka przygotowywała się do wyjazdu do Indii, kiedy dowiedziała się, że jest chora na raka jajnika. Wyjazd musiała odłożyć ale jeszcze w trakcie leczenia, po chemioterapii wróciła na jogę, pracuje. Jej wpisy na Facebooku pomagają innym chorym walczyć. „Najważniejsze to żyć normalnie. Oczywiście na tyle, na ile można. Ćwiczyć, uprawiać seks, jeść papryczki jalapeno”. 

Rozmowa VIVY! z Darią Dziewięcką

Daria jest po czwartej z sześciu chemioterapii, pracuje teraz nad artykułem o joginach walczących z rakiem. Kiedy proponuję, żeby napisała o tym książkę odpowiada: „Najpierw muszę wyzdrowieć. Bo jak umrę nikt tego nie kupi!”. I śmieje się. Bo śmiech podobno zabija komórki rakowe. O swojej walce, jodze i wsparciu jakie dostaje i jakie sama daje innym Daria Dziewięcka opowiedziała Katarzynie Sielickiej.

Kim jesteś?

Jestem dziennikarką, mam prawie 38 lat. Urodziny będę obchodzić w kwietniu, już po ostatniej chemioterapii. Od 10 lat praktykuję jogę, od 3 z pełnym zaangażowaniem, codziennie z przerwą raz w tygodniu.

Po co ci ta joga?

Nie przypuszczałam, że w ogóle mi się spodoba. Obawiałam się, że to będzie nudne, statyczne – taki jest stereotyp jogi. Ale znajoma wyciągnęła mnie na ashtangę, dynamiczną i wymagającą sporo wysiłku odmianę jogi twierdząc, że to coś dla mnie. Rzeczywiście, spodobało mi się. Na początku przeżyłam szok. Okazało się, że mimo że uprawiam dużo sportów: rower, narty, rolki, to moje ciało jest dość sztywne. Asany wydawały mi się trudne. Ale szybko przekonałam się, że jeśli ktoś siedzi osiem godzin w pracy, przed komputerem i ćwiczy jogę to odchodzą wszystkie rzeczy typu łokieć tenisisty, ból w plecach i tak dalej.

A ideologia?

Przyszła później, kiedy zaczęłam codziennie praktykować i rzeczywiście się temu oddałam. Ideologia bardzo mi pasowała, wspierała równowagę, siłę, balans, wytrwałość.

Często ludzie którzy uprawiają jogę albo jakieś sporty mają poczucie wielkiej mocy, niemal czują się nadludźmi. Bo bardzo dbają o siebie, dużo wiedzą o swoim ciele, mogą mu ufać.

Tak, to daje takie poczucie.

A Ty zachorowałaś.

To było wielkie zaskoczenie.

Jak się dowiedziałaś?

W październiku zaczęłam kaszleć. Po kilku dniach, poszłam do lekarza, ale to nie było przeziębienie tylko przerzut na płuca. Nie okazało się to szybko. Lekarz zlecił prześwietlenie. Rentgen był na miejscu więc od razu zobaczył, że w płucu jest woda. Kazał mi natychmiast jechać do szpitala, od razu zostałam przyjęta na oddział. Procedury są takie, że najpierw się sprawdza, czy to nie jest zapalenie płuc, gruźlica. Ale kolejne badania to wykluczały, więc zaczęto szukać przyczyn onkologicznych. To też nie szło szybko, bo nawet po USG do końca były wątpliwości, czy lekarze coś widzą, czy nie widzą. W końcu miałam laparoskopię rozpoznawczą i dopiero po pobraniu wycinków i badaniu PET, które jest najbardziej szczegółowe przyszło ostateczne potwierdzenie. W sumie, trwało to do grudnia. Czas do diagnozy był najtrudniejszy, bo funkcjonowanie z zalanym płucem jest, powiedzmy, niekomfortowe. Nie bardzo mogłam cokolwiek robić. Chodzić do pracy, ćwiczyć. Nic.

Bałaś się?

Nawet nie to, że się bałam. Raczej byłam zła, że to wszystko zajmuje tyle czasu, że nie wiadomo, co mi jest, że chciałabym już zacząć leczenie. Badania diagnostyczne są bardzo męczące, bo co chwila gdzieś trzeba się gdzieś stawić, czekać w kolejce. Ani laparoskopia ani bronchoskopia nie są też przyjemne. Miałam podwyższone markery nowotworowe we krwi, ale całą resztę morfologii w porządku, co było mylące.

Miałaś silny organizm?

Spotykałam osoby, które mówiły: „Po co tak zdrowo żyłaś, jeśli i tak zachorowałaś”. Ale moi znajomi z jogi zwracali uwagę, że dzięki jodze mój organizm jest silny i łatwiej mu walczyć. Nie miałam poczucia, że zdrowy tryb życia nic mi nie dał.

Przed chorobą Twoje życie było bardzo fajne. Ciekawa praca, studia w Londynie, joga. Chyba dlatego, kiedy udzieliłaś wywiadu o jodze i chorobie pojawiło się pod nim sporo nieprzychylnych komentarzy…

Pisali, że normalne kobiety po chemioterapii wracają do dzieci, a nie na jogę.

Miałaś poczucie, że prowadzisz wyjątkowe życie?

Przecież ja też zasuwałam w pracy i często nie tylko w jednej. Ludzie w mediach społecznościowych chwalą się tym, co jest fajne, a poza tym, jak zaczęłam mówić o chorobie, to wolałam mówić o tych pozytywnych rzeczach. Po tamtych komentarzach napisałam o tym, że to nie jest tak, że spędzam czas tylko na spotkaniach towarzyskich i na jodze. Bo spędzam też czas w szpitalu, straszliwie źle się czuję po chemioterapii, mam mnóstwo skutków ubocznych, które nie są przyjemne. Chorzy wiedzą że tak jest. Ja chcę zwrócić uwagę na to, że bywa też inaczej.

Zaczęłaś pisać o chorobie na Facebooku.

W zasadzie nie lubię się dzielić takimi rzeczami i jestem raczej introwertykiem. Ale zmieniłam zdanie, kiedy po pierwszej chemioterapii wróciłam na jogę. Kilka dni wcześniej zaczęłam trochę ćwiczyć w domu i wtedy koleżanka, redaktor naczelna miesięcznika Joga Agnieszka Passendorfer przekonała mnie, żebym wróciła na zajęcia  zamiast siedzieć sama. Byłam bardzo słaba i naprawdę robiłam minimum w porównaniu do tego co było wcześniej.

Wolałaś się zamknąć w domu?

Nie, ale się trochę stresowałam, że wcześniej robiłam bardzo zaawansowane asany, a teraz nawet najprostszej nie zrobię. Ale jak przyszłam na zajęcia przypomniałam sobie jak to jest – każdy jest zajęty sobą, nikt nie zwraca uwagi na to, co ja robię. I zaczęłam przychodzić regularnie. Potem wydarzyło się coś, co sprawiło, że pomyślałam, że warto mówić i pisać o chorobie. Podeszła do mnie dziewczyna i opowiedziała jak jej się bardzo nie chciało rano wstać, ale jak zobaczyła, że ja codziennie przychodzę to postanowiła przyjść i nie narzekać. Wiedziała, że jestem chora, bo już wtedy nie miałam włosów. Nosiłam chustkę czy czapkę.

Jak ludzie reagowali, kiedy przyszłaś na zajęcia z chustką na głowie?

Dość szybko doszłam do wniosku, że jest mi niewygodnie w czymś na głowie, więc zaczęłam ćwiczyć bez i kilka osób powiedziało, że nie wiedzą, po co ja w tej czapce chodziłam przecież normalnie wyglądam. Ale chciałabym, żeby mi już włosy odrosły. Myślę, że w maju zaczną. Niedługo. Zgoliłam je, kiedy zaczęły wychodzić garściami a miałam długie.

To traumatyczne przeżycie.

Tak. Przykre. Tak jak to, że prawie nie mam rzęs. Z drugiej strony cieszę się, że one będą takie nowe. Myślę, że to fajnie. Staram się podchodzić do tego jak do jakiejś przygody.

Ta przygoda jest bardzo trudna.

Bywa bardzo ciężko. W jednym ze szpitali zgodziłam się, żeby studenci mnie obejrzeli, ale nie chciałam z nimi rozmawiać. Lekarka chciała mnie przekonać, żebym jednak porozmawiała i w pewnym momencie ona powiedziała: „No tak, pani ma takie okropne rozpoznanie”. Uświadomiłam sobie, że ona miała na myśli, że to jest rak jajnika. I dlatego to jest okropne dla kobiety. Ja w ogóle nie miałam takiego podejścia. Bo jeśli mam raka żołądka to jestem bardziej kobietą niż jak mam raka jajnika, kiedy trzeba usunąć cały narząd? Wkurzyłam się i powiedziałam że chyba dla każdego ciężko chorego człowieka jego rozpoznanie jest okropne.

Nie zastanawiałaś się: „Dlaczego ja?”.

To pytanie cały czas wraca. Staram się go nie stawiać, bo wiem, że nie ma odpowiedzi. Bo do kogo jest to pytanie? Nawet zakładając, że istnieje jakaś siła wyższa to nie sądzę, że decyduje że zachoruję albo nie. To mnie w jakimś sensie uspokoiło.

Takie myślenie pomaga?

Myślę, że pomaga poczucie sprawczości. Że nie jakaś siła decyduje o tym, czy wyzdrowieję tylko decyduje dostępność leczenia, moje nastawienie i przypadek, którego nie jestem już w stanie wziąć pod uwagę.

Co pomyślałaś, kiedy miałaś już diagnozę?

Pierwszą myślą było, że jestem tykającą, umierającą bombą. Potem poszłam porozmawiać z lekarzem, żeby jednak bazować na rzetelnej wiedzy. Joga uczy, żeby się zakorzeniać w rzeczywistości, a nie odlatywać choć wielu osobom wydaje się, że jest odwrotnie. Podczas rozmowy z lekarką strasznie płakałam, ale ona powiedziała mi, że są skuteczne metody leczenia i że oczywiście szanse są różne, ale w moim wieku i przy tak silnym organizmie one są dużo większe. To mi pomogło skupić się na tym, żeby jak najszybciej rozpocząć leczenie, mieć chemioterapię. Nawet na etapie diagnostyki starałam się nachodzić lekarzy, żeby coś pchnąć do przodu, przyspieszyć. Sama zawoziłam do Centrum Onkologii próbki swoich badań z innych placówek. Wyszłam ze szpitala w czwartek, w piątek rano wsiadłam w samochód i objechałam szpitale, żeby jak najszybciej dostarczyć te wyniki, żeby to się już działo.

Jesteś osobą działającą.

Wolę wiedzieć. Nie szukam w internecie informacji, jakie straszne rzeczy dzieją się po chemioterapii ale wiem, co to za leki, ulotkę informacyjną przeczytałam. Wierzę w pracę umysłową. Jeśli leki mają zabijać komórki rakowe w jamie otrzewnej, to ja się w trakcie chemioterapii koncentruję na tym, żeby mój układ odpornościowy w tej jamie otrzewnowej walczył.

Teraz bardzo dużo się śmiejesz.

Tak? Śmiech podobno też zabija komórki nowotworowe i bardzo dobrze działa na układ odpornościowy. W pewnym momencie zaczęłam oglądać komedie w domu, żeby się jak najwięcej śmiać. Myślę, że wszystko po trochu pomaga. Najbardziej oczywiście chemioterapia, od początku byłam do tego przekonana. Ale myślę, że mnóstwo innych rzeczy też pomaga. Choćby joga. Miałam takie dni, że myślałam że jestem cała zepsuta, a potem przychodziłam na jogę, robiłam mostek ze stania i okazywało się, że jednak nie. To też niczego nie oznacza, ale jak ciało robi takie rzeczy to wraca pozytywne myślenie.

Masz poczucie misji w tym, co piszesz?

Zbyt wielkie słowo. Raczej cieszy mnie kiedy komuś mogę pokazać stronę, w jaką można spojrzeć. Cieszy mnie kiedy w szpitalu są osoby, które lubią być ze mną na sali. Nie zawsze jest łatwo, mnie też potrafi coś przybić, ale wiem, że są ludzie, którzy mają o wiele gorzej. 

Ile miałaś chemioterapii?

Cztery. Po trzeciej, przez pierwszych kilka dni czułam się najgorzej. Najbardziej mnie trzepnęła. Ale jak już się podniosłam, to do czwartej nie wzięłam ani jednego proszka przeciwbólowego. Czułam się jak zdrowa osoba.

Kiedy przyszła choroba byłaś przed wyjazdem do Indii. Nadal chcesz tam pojechać?

Tak. Mam nadzieję, że za pół roku. Listopad, grudzień. Muszę się skupić na tym, żeby się doprowadzić do takiego stanu żeby móc pojechać. Moja nauczycielka jogi mi powiedziała: „Zdrowiej, to i ja pojadę”.

Masz poczucie, że taka choroba zdarza się po coś?

Nie, bo wyobrażam sobie, że bez takiego doświadczenia też można doskonale funkcjonować i się rozwijać. Aczkolwiek uważam, że choroba może czegoś nauczyć. Siły. Wiele rzeczy, które wydawały mi się problematyczne, teraz są niewielkim wyzwaniem przy tym, że trzeba przejść chemioterapię. Przy tym, że trzeba przeżyć. Wyzdrowieć. Uczy niezwracania uwagi na głupoty, nienarzekania. Nauczyłam się też wielu rzeczy na macie. Zaczęłam lepiej poznawać swoje ciało. I niektóre asany zaczęły mi lepiej wychodzić, bo stałam się uważniejsza. Wcześniej większość rzeczy była dla mnie łatwa i tylko tak parłam do przodu i do przodu po więcej.

Co będziesz robić, kiedy wyzdrowiejesz? Pomagasz ludziom swoimi wpisami. Chcesz nadal się tym zajmować?

Myślę o tym. Nie chcę nic planować dopóki nie zakończę leczenia i nie okaże się jak ono poszło.

Powtarzasz, że ważne jest, aby w chorobie żyć normalnie.

Robić to, co się wcześniej robiło. Oczywiście, pod warunkiem, że się sobie nie szkodzi. Dlaczego mam nie jeść papryczek jalapeno, które lubię?

Kiedy powiedziałaś, że można uprawiać seks, strasznie Cię hejtowali.

Tak, ale nie wiem dlaczego. To jest normalne. Tak jak normalne jest to, że jeśli ktoś ma siłę to jedzie na narty. Ja pojechałam na dwa dni na narty po drugiej chemioterapii. Te wszystkie fajne rzeczy pomagają, bo pokazują sens. Chcę wyzdrowieć, bo one istnieją. A nie wiem, jak byłoby bez nich się motywować. Miałam taką myśl, że bardzo chcę wyzdrowieć, żeby się znów nago kąpać w jeziorze. Znów mnie ktoś zhejtuje (śmiech). A to jest tak, że ja nie chcę umrzeć tylko chcę się nago kąpać w jeziorze.

Prowadzisz normalne życie, takie o jakim mówisz.

Myślę, że jak najwięcej osób powinno mieć to poczucie, że tak można zamiast siedzieć w domu i być smutnym. I, że nie ma się czego wstydzić że jest się chorym.

Ludzie się wstydzą?

Nawet pisali do mnie, że na przykład wstydzą się przyjść na jogę. Wstydzili się swojej niesprawności. Ja raczej myślę, że większość ludzi, którzy przychodzą na jogę, miała kiedyś jakąś niesprawność. Dlatego zaczęli chodzić na jogę.

Joga pomogła ci to wszystko poukładać.

W dużym stopniu tak. Myślę, że codziennie pomaga. To że codziennie się wraca na matę i spędza ze sobą godzinę to siłą rzeczy nie ucieka się od siebie. Przyglądasz się sobie, widzisz swoje słabości i się z nimi godzisz.  ZOBACZ ZDJĘCIA

Daria jeszcze przed chorobą…

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

#aegina #island #greece #travel #holiday #sea #beach #view #pink and #blue

Post udostępniony przez Daria Dziewiecka (@daria.dziewiecka)

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

the mood #yoga #lotus #ocean #beach #fuerteventura #canarias

Post udostępniony przez Daria Dziewiecka (@daria.dziewiecka)

Wideo

Poznaj historię miłości Agnieszki Woźniak-Starak i jej męża Piotra!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Blanka Lipińska  o swojej misji, seksualnych preferencjach i związku, Andrzej Chyra o ojcostwie po 50-tce i Roksana Węgiel o zwycięstwie w Eurowizji Junior i cenie sławy.