TYLKO U NAS!

Jak odchudzają się celebrytki? Oto brutalna prawda o modnych dietach i operacjach plastycznych!

Rozmowa z autorką książki „Naciągnięte”

Katarzyna Sielicka 23 kwietnia 2019 17:58
operacje plastyczne
Fot. Adobe Stock

Czy dieta tasiemcowa naprawdę istnieje? Czy gluten rzeczywiście szkodzi? Dlaczego celebrytki reklamują niesprawdzone diety? Rozmowa z Elżbietą Turlej, autorką książki Naciągnięte.

Wywiad z Elżbietą Turlej

„Jedna moich bohaterek, która była szefową agencji modelek XXL powiedziała mi, że każda z jej modelek się odchudzała. Wszystkie miały marne poczucie własnej wartości. One się nie pokazywały. One się wystawiały. Powiedziała: Ja się wystawiałam, żeby się mną nażarli. Żeby sobie mną napchali pyski. W końcu schudła”, mówi Elżbieta Turlej, autorka książki Naciągnięte. Jak Polki uwierzyły, że tylko piękne będą szczęśliwe, w rozmowie z Katarzyną Sielicką.

Dlaczego napisałaś tę książkę?

Pisałam ją prawie trzy lata na zamówienie pewnego wydawnictwa. W założeniu miała być o celebrytach – o tym, jak się odchudzają, najbardziej dziwne, zwariowane sposoby. Miałam pokazać np. dietę tasiemcową. Polega ona na tym, że kupuje się tabletki z jajami tasiemca, połyka się je, a kiedy tasiemiec spełni swoje zadanie, przyjmuje się kolejny specyfik, który powoduje wydalenie go z organizmu. Ale nie udało mi się wpaść na trop tej diety. Jedynym śladem było to, że kiedyś jakaś celebrytka powiedziała o tym w telewizji. Zaczęłam sprawdzać, czy ktoś się tak odchudzał i okazało się, że to jest fake, humbug. To jest wymyślone. Ale na tym fake’u wyrósł przemysł oszukiwania ludzi. Kobiety płacą po kilkaset złotych za specyfiki, które nie działają. Nie ma żadnego tasiemca.

Kobiety tracą pieniądze, ale w tym przypadku nie tracą zdrowia. A Ty opisujesz też różne straszne historie dotyczące przemysłu urodowo-lifestylowego. Operacje plastyczne, diety… Częścią winy za to, co się dzieje, obarczasz celebrytów, przez to, że mają tak wielki wpływ na ludzi i go wykorzystują.

Nie chciałabym, żeby to tak zabrzmiało. Rozmawiam z gwiazdami, które miały do czynienia z tym przemysłem. Na przykład z Anią Powierzą. Miała kłopoty z utrzymaniem wagi, utyła, a kiedy zaczęła chudnąć zgłaszały się do niej firmy produkujące suplementy diety, żeby je reklamowała, mimo że schudła w zupełnie inny sposób – dzięki zrównoważonej diecie i ćwiczeniom. Jestem bardzo wdzięczna Ani, że dała nazwisko i twarz. Nie atakuję celebrytów chcę tylko pokazać, że wszyscy są uwikłani w ten biznes: producenci środków i osoby zajmujące się medycyną estetyczną, celebryci i na końcu kobiety, które poddają się temu szaleństwu. Chcę powiedzieć, że ważny i jest umiar i wiedza co się dzieje w ciele. Na przykład z tymi substancjami, które się wstrzykuje czy specyfikami, które się przyjmuje.

Ale dziś trzeba być szczupłym i fit. Nie ma szczęśliwych grubasów.

Nie ma. Jedna moich bohaterek, która była szefową agencji modelek XXL powiedziała mi, że każda z jej modelek się odchudzała. Wszystkie miały marne poczucie własnej wartości. One się nie pokazywały. One się wystawiały. Powiedziała: „Ja się wystawiałam, żeby się mną nażarli. Żeby sobie mną napchali pyski”. Ona też próbowała wszystkiego, żeby schudnąć. W końcu się udało.

Jest bardzo wiele różnych diet, niektóre obiecują cuda.

W dietetyce panuje szarlataneria. Nie ma żadnej ustawy, która reguluje, kto może się nazywać „coachem zdrowia” albo „specjalistą od zdrowego żywienia”. To może być każdy! Na przykład ktoś, komu się udało schudnąć albo skończył jakiś kurs prowadzony przez innego takiego „coacha”, założył Instagram albo ogłosił się w internecie, wystąpił w telewizji śniadaniowej i kobiety za tym idą.

Wstrząsający jest fragment Twojej książki o dziewczynie chorej na anoreksję, która została skierowana przez rodziców na turnus reklamowany w programach śniadaniowych. Trzy tygodnie pobytu miało ją uleczyć, jej rodzice zapłacili za to i w to uwierzyli. Jak to możliwe?

Wszyscy chcą szybkich, spektakularnych efektów. Jeśli ktoś proponuje długą żmudną pracę, nie przebije się dziś. Dziś liczy się kilka dni detoksu sokowego, po którym mam być szczupła. A co dalej? Jak dalej żyć?

Piszesz o trenerkach, z których jedna poszła na wojnę z glutenem, druga proponuje mordercze ćwiczenia. Jesteś wobec nich dość krytyczna. Udało Ci się sprawdzić, czy można jeść ten gluten czy nie?

Można jeść. Dowiadywałam się tego rozmawiając ze specjalistami. A nie z instagramerkami. Problem polega na tym, że ludzie biorą za pewnik coś, co nie zostało zbadane. Specjaliści podkreślali szczególnie to, że nie ma niepodważalnych dowodów na to, że dieta bezglutenowa jest sposobem leczenia choroby Hashimoto, zapalenia stawów czy innych chorób z autoagresji. Rozmawiałam z kobietami, które stosowały diety proponowane przez różne trenerki i to nie szło w dobrą stronę.

Nie spotkałaś nikogo, kto byłby zadowolony?

Spotkałam, oczywiście, że tak. Ale to były krótkie okresy, pytanie co się dzieje potem. Człowiek wraca do normalnego żywienia, waga rośnie, sięgamy po kolejną dietę organizm się rozregulowuje.

Zarzucasz trenerkom brak kompetencji?

Nie tyle brak kompetencji. One mają prawo, żeby mówić, jak się zmienić, bo same mają sukcesy w tej dziedzinie, wyglądają dobrze. Chodzi o to, żeby kobiety się zastanowiły, czy to, co jest dobre dla pani X, jest też dobre dla nich. Wiara w to, że dieta która pomogła pani X, pomoże też mi, jest złudna – zwłaszcza kiedy przychodzi z okienka smartfona, nie jest poprzedzona badaniem, rozmową z człowiekiem, zrozumieniem, jaki on ma tryb życia, co lubi, jakie ma nawyki żywieniowe. Chciałam powiedzieć w tej książce, że każdy z nas jest inny. Opisuję zjawisko ujednolicenia, poddania się dyktatowi, który płynie z różnych stron, owczego pędu. Ten dyktat płynie z mediów społecznościowych, bo to już nie jest prasa ani telewizja tylko smartfon, który człowiek ma zawsze przy sobie, z aplikacjami, które ci przypominają, że masz coś zjeść albo się przebiec. Rozumiem, że taki jest świat i zawsze są jakieś trendy. Kiedyś trendem było, że kobieta ma wyszywać na tamborku albo szorować mieszkanie na błysk. Teraz to się zmieniło. Kobieta nie ma być aktywna w domu, tylko w przestrzeni własnego ciała. Kiedyś wyszywała, a teraz ma sobie doklejać rzęsy i ostrzykiwać się.

Rozdział o operacjach plastycznych jest porażający. Piszesz na przykład o procederze szkoleń. Kobiety zapisują się na zabiegi, podczas których szkolą się kosmetyczki, nawet nie lekarze. 

Osoby, które szkolą, to też nie są lekarze. Często nawet nie kosmetyczki, tylko ludzie, którzy też przeszli wcześniej szkolenie gdzieś u kogoś, na przykład u producenta specyfiku, który ma być wstrzyknięty. Powikłania mogą być straszne. Pisałam o kobiecie, której jeden policzek „robiła” osoba ucząca się, a drugi osoba, która prowadziła szkolenie. Ta kobieta ma teraz niesymetryczną twarz. Zdarzają się zakażenia, substancje (nawet te sprawdzone) są na przykład wstrzykiwane niefachowo, za płytko, za głęboko, co prowadzi do okaleczeń. To jest szara strefa, w której działają kompletnie nieprzygotowani do tego ludzie, posługując się niesprawdzonymi substancjami, wprowadzanymi do ciała na zasadach nieuregulowanych przez żadne prawo. Konsekwencje tego, co się tam dzieje, w całości ponoszą kobiety, które przed zabiegiem muszą podpisać papier, że w razie czego nie będą rościć żadnych pretensji. W momencie, kiedy ktoś przychodzi z powikłaniami, ta kosmetyczka, nie może nawet wypisać recepty. Mówi: „Sorry ale ja ci nie pomogę. Może to jest jakieś uczulenie, mogę ci dać zyrtec”. Opisałam taką sytuację. I gdzie ta kobieta ma iść? Do szpitala? Powiedzą jej: „Proszę wrócić do tego kto to pani zrobił. Albo proszę powiedzieć co pani podano”. A ona nie wie, co jej podano. „To do widzenia”.

Ale te kobiety płacą dużo mniej niż gdyby robiły zabiegi w renomowanych gabinetach. To jest coś za coś.

Problem polega na tym, że one nie zdają sobie sprawy z tego jak te substancje, które są im wprowadzane do ust, do lwiej zmarszczki czy do doliny łez, będą się zachowywać za rok czy dziesięć lat. Ludzie, którzy to robią, którzy sprzedają te substancje, też tego nie wiedzą.

Jest mnóstwo bardzo kompetentnych lekarzy, którzy wiedzą, co robią, robią to dobrze i z powodzeniem od wielu lat.

W porządku jeśli robią to lekarze. Kobiety, jeśli macie ochotę odchudzajcie się, wstrzykujcie sobie, co chcecie, tylko róbcie to z głową! Nie na dziko, u szarlatanów.

Piszesz też o tym, że kobiety czują się lepsze przez to, że się upiększają, katują dietą czy ćwiczeniami. W sferę, w którą powinien wchodzić psycholog, wchodzą trenerki.

Kobiety, ludzie w ogóle, chcą uciec od cierpienia, które jest związane z bezradnością. Z przemijaniem. Ze świadomością, że jest coś, na co kompletnie nie mamy wpływu.

Trudno się pogodzić z tym, że się starzejemy.

Trudno. Ale odkąd pamiętam, czyli od 1989 roku kiedy zaczęłam pracować w mediach, sama przykładam rękę do upowszechniania takiego myślenia, że w każdej chwili możesz zacząć wszystko od nowa. Nawet w wieku 60 lat możesz na przykład zostać matką.

Ale tak naprawdę to jest fajne, kiedy jesteś starzejącą się kobietą i możesz sobie coś wstrzyknąć. Fajnie jest nie mieć zmarszczek.

Nie wiem, bo ja sobie nic nie wstrzykiwałam. Ja się akurat tego boję.

Nie boisz się, że Cię gwiazdy znienawidzą po tej książce? Wiele z nich można rozpoznać.

Chciałabym tylko, żeby celebryci wiedzieli, że ja nie robię tego przeciwko nim, tylko dla nich. Żeby zobaczyli jaką krzywdę mogę zrobić, jaką mają siłę.

Obwiniasz też dziennikarzy, że to oni w początkach lat 90. zaczęli pytać aktorów, piosenkarzy o tryb życia, co jedzą, jak spędzają wolny czas, oni zaczęli opowiadać…

… i zaczęli zastępować autorytety naukowe. Bo człowiek nie chce słuchać o tym, jak ma doświadczać życia. Chce konsumować. Cały nasz świat polega na konsumpcji. Kobieta stała się słupem reklamowym. To widać na przykładzie instagramerek. Wystarczy dotknąć palcem i widać z czego kobieta się składa. Składa się z wypełniacza, kremu, sukienki, torebki, butów. To jest straszne.

Ale jest na to zapotrzebowanie…

To jest zaklęte kółko. Wszyscy są tu sobie potrzebni, bo jest wielka nadprodukcja różnego rodzaju dóbr, które trzeba komuś wcisnąć. W rezultacie, najmniejszy palec u ręki ma swój krem.

Pisałaś o kobiecie, nazwijmy ją kobietą sukcesu, która była w szpitalu na odwyku z Xanaxu i miała ze sobą mnóstwo kosmetyczek ze specyfikami do wszystkiego.

Jej się wydawało, że to jest niezbędne do przeżycia. I potem taka przysłowiowa Halina z Pcimia też żyje w przekonaniu, że musi to wszystko mieć. Przykładają do tego rękę celebrytki, dziennikarki. Wszyscy jesteśmy w to uwikłani. To jest książka o tym, że umarł umiar.

Podobno chodzi o to, żeby być lepszą wersją siebie.

Ale to też jest ułuda. Z czasem nie jesteśmy lepszą wersją siebie w sensie fizycznym. Jesteśmy mądrzejsze, ale ta mądrość nie jest istotna w przypadku kobiety. Ważne jest to, że ona ma zgrabną pupę. To jest straszne, że ja mam podziwiać dojrzałą kobietę za ładną pupę. Ja nie chcę jej za to podziwiać. Chcę, żeby ona powiedziała mi coś mądrego, co pomoże mi się starzeć. A ja nie widzę takich kobiet. To wszystko, co zrobiłam było też trochę dla mnie. Mam 52 lata. Starzeję się. Nie jestem lepszą wersją siebie, to się skończyło, już po ptokach. Ale nie widzę w przestrzeni medialnej lepszych wersji siebie w formie intelektualnej, a nie fizycznej. Jakby zacząć od pupy i dojść do głowy i zobaczyć, że kobieta ma jeszcze coś ciekawego do powiedzenia, to by było coś! Wiara w to że ta nowa twarz, ta odchudzona figura może dać ci szczęście to jest złuda. To może być składowa szczęścia, ale jak będziesz w środku niepoukładana ze sobą, to nigdy siebie nie pokochasz. Nawet w tej nowej wersji.  

książka „Naciągnięte”, Elżbieta Turlej
Fot. Materiały prasowe

Wideo

Ten kosmetyk zmniejszy widoczność zmarszczek w ciągu jednej nocy!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Niezwykła rozmowa z Grażyną Torbicką o jej wszystkich miłościach. A Remigiusz Mróz zdradza nam tajemnice swojego sukcesu!