Mateusz Jacak, młody piłkarz nie żyje
Fot. Facebook/MateuszJacak
WSPOMNIENIE

Czekał na pomoc 7 godzin! Rodzice zmarłego 14-letniego piłkarza o koszmarze syna…

„Proszę zadzwonić później”

Monika Katarzyna Krupska 17 września 2018 11:29
Mateusz Jacak, młody piłkarz nie żyje
Fot. Facebook/MateuszJacak

Ta historia wstrząsnęła całą Polską! W ubiegłym tygodniu media obiegła bardzo smutna wiadomość o śmierci 14-letniego Mateusza. Młody piłkarz, który strzelał gole w klubie, gdzie karierę piłkarską zaczynał sam Robert Lewandowski, bardzo cierpiał przed śmiercią. O koszmarze, którego doświadczyła cała rodzina opowiedzieli rodzice chłopca dziennikarzowi Onetu. 

Rodzice Mateusza o tragedii 

Budzik w domu państwa Jacaków w ten feralny wtorek zadzwonił punktualnie o godzinie 5. Wszyscy wstali i jak zawsze szykowali się do wyjścia. Niespełna po godzinie leżącego, nieprzytomnego na schodach Mateusza znalazła jego mama, pani Agnieszka. Zawołała męża, który od razu zadzwonił pod numer alarmowy 112 prosząc o pomoc. Pan Darek w dyspozytorni sytuację syna tłumaczył dwa razy. Dopiero wtedy jego zgłoszenie zostało przyjęte. Wszyscy oczekiwali na pomoc. Gdy karetka przyjechała ratownicy wcale nie zamierzali od razu badać czternastolatka. Kazali znieść go do ambulansu.

Piłkarz trafił do szpitala w Otwocku. Medycy w karetce wciąż wypytywali rodziców o środki odurzające, jakie mógł zażyć ich syn.  „Każdy rodzic mówi, że chłopak nic nie wziął, a później wychodzi na badaniach coś innego”, mieli usłyszeć w karetce. Chłopiec w szpitalu odzyskał przytomność. Miał kłopoty z mówieniem, bardzo bolała go głowa. Neurolog podejrzewał udar, jednak nie mógł potwierdzić diagnozy, bo w Otwocku nie było tomografu. Lekarz zaczął dzwonić do innych placówek, ale w słuchawce miał słyszeć: „Proszę zadzwonić później, nie ma w tej chwili ordynatora”, „Proszę dzwonić na neurologię, nie na SOR”, „Proszę o telefon za jakiś czas”. 

Piłkarza Znicza Pruszków zgodziło się przyjąć Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Karetka, która miała zabrać Mateusza jechała do niego, aż z Legionowa, czyli ok. 50 km. W międzyczasie chłopiec odzyskał przytomność. „Kocham was. Chcę żyć”, powiedział rodzicom. 

Pani Agnieszka i pan Darek zarzucają szpitalowi, że nim Mateusz został przyjęty potraktowano go „jak worek ziemniaków”. „Przed przyjęciem były oczywiście papiery, bo papiery są najważniejsze. Znakomicie zachował się sanitariusz przewożący syna do placówki. Praktycznie nakrzyczał na personel. „Tu jest pacjent, a papierologię zostawcie na później!”. Na co lekarz z karetki podszedł do niego i powiedział: „Zostaw go, to już nie nasza sprawa, ty już za niego nie odpowiadasz”, mówił ojciec nastolatka. 

W szpitalu stan piłkarza znacznie się pogorszył. Dzwoniąc kolejnego dnia na oddział intensywnej terapii rodzice usłyszeli, że 14-latek jest w krytycznym stanie. „Syn zapadł w śpiączkę, a lekarze nie zrobili nic, żeby go ratować. Można było przecież wykonać trepanację czaszki, ale powiedziano nam, że w tym przypadku nie jest to zgodne z europejskimi standardami leczenia”. 

Rodzice doprosili się o dokumentację medyczną Mateusza. Z papierów wynikało, że jeśli ustanie krążenie, lekarze nie będą go ratować. Podczas próby wyjaśnienia sytuacji dowiedzieli się, że jeżeli stan nie poprawi  się w ciągu dwóch tygodni, zostanie odłączony od aparatury. Rodzice nie zgodzili się z tym założeniem. Nagłośnili sprawę Mateusza w mediach. 

Stanowisko szpitala 

Według profesora Andrzeja Piotrowskiego, kierownika Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii Centrum Zdrowia Dziecka, gdy do placówki zadzwonił telefon z Otwocka, nikt nie kwestionował, czy chłopca przyjąć czy nie. Mateusz na miejscu przeszedł serię badań. Tomografia potwierdziła, że doszło do udaru. Ale lekarzom wciąż brakowało odpowiedzi na pytanie: z jakiego powodu?

Centrum Zdrowia Dziecka nie zgadza się również z opinią, że popełniło błędy w leczeniu. „Myśleliśmy, że pierwsze dwie, trzy konsultacje pomogą nam ustalić przyczynę, ale tak się nie stało, więc szukaliśmy dalej, w genetyce. Nie da się przeskoczyć pewnych rzeczy. Gdyby to był inny narząd, można byłoby pomyśleć np. o przeszczepie, ale tutaj mówimy o mózgu”, powiedział Onetowi Piotrowski. 

Dodał, że lekarze cały czas szukali przyczyny. „Moje doświadczenie podpowiadało mi, że pacjent miał nikłe szanse. To był duży udar. Mateusz nie oddychał, miał sztywne źrenice. Od razu widać było, że z mózgiem stało się coś poważnego. To smutne, że spotkało to młodego, silnego człowieka. W niektórych sytuacjach jesteśmy po prostu bezradni”, zakończył kierownik ww. Kliniki. 

Śmierć Mateusza Jacaka 

Mateusz przez blisko tydzień walczył o życie. Wsparcie otrzymał od samego Roberta Lewandowskiego. Jego koledzy z boiska, trenerzy, przyjaciele, nikt nie miał wątpliwości, że mógłby kiedyś być „dziewiątką na boisku”. Zmarł 4 września.

Rodzice nastolatka cały czas się zastanawiają, dlaczego ich syn do specjalistycznej klinki trafił dopiero po siedmiu godzinach? Pan Darek po karetkę zadzwonił ok. godz. 6, natomiast Mateusz do Centrum Zdrowia Dziecka został przyjęty o godz. 12:51.

„My chcemy tylko sprawiedliwości. Proszę, niech pan to napisze. Nie chcemy żadnych odszkodowań, nie chcemy się dorobić na śmierci syna. Zależy nam tylko na tym, by ludzie poznali prawdę. By dowiedzieli się, jak przez absurdy systemu opieki zdrowotnej doprowadzono naszego syna do takiego stanu. On miał szansę”, kończy mama Mateusza.  

Wideo

Byli małżeństwem przez 3 lata. Oto historia miłości Agnieszki i Piotra Woźniak-Staraków

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

„Napisałam tę książkę po to, żeby oczyścić siebie dla dzieci. Żeby nie mieć już bagażu”, mówi w poruszającym wywiadzie wybitna pływaczka, OTYLIA JĘDRZEJCZAK. Były mąż Anji Rubik, SASHA KNEZEVIC, rozpoczął nowe życie – jako tata i jako… artysta. DEMI MOORE odkrywa mroczne strony swojego życia. Ile zostało z buntowniczki w MAŁGORZACIE OSTROWSKIEJ?