TYLKO U NAS!

Andrzej Grabowski: „Osiągnąłem wagę 140 kilo i to już była otyłość olbrzymia

Aktor opowiedział nam o pracy, alkoholu i swojej metamorfozie

Beata Nowicka 18 sierpnia 2019 12:47

Genialny aktor, niewiarygodnie dowcipny człowiek, melancholijny mężczyzna, pracoholik uciekający z domu przed samotnością. Beacie Nowickiej opowiedział o pechu w życiu, tajemniczym Bolku, alkoholu, nowej płycie, śpiewie na stole i pod stołem, otyłości olbrzymiej, władzy i schizofrenii zawodu. I o swojej wolności.   

Policzył Pan, o ile jest mniej Andrzeja Grabowskiego w Grabowskim?

Mniej więcej wiem, ale ostatnio przestałem patrzeć się na wagę. Boję się, że trochę przytyłem. Chociaż z drugiej strony przy mojej wadze – która i tak jest spora, bo ważę 100 kilo, no, ale jestem dużym facetem – czy ja przytyję kilogram, czy dwa, nic nie zmieni. Byle nie poszło w 10 albo 15, wtedy będzie źle. A ubyło mnie ponad 40 kilogramów.

„Zmniejszył” się Pan spektakularnie.

Fizycznie tak, ale duchowo poszedłem do góry (śmiech). Proszę ciasteczko: z serem, z wiśnią…

Dziękuję… Jak Pan to zrobił? Ciało „położyło się Rejtanem” i powiedziało: „dość”?

Rozum mi podpowiedział. Osiągnąłem wagę 140 kilo i to już była tak zwana otyłość olbrzymia. To mnie przeraziło, pomyślałem: Jezus Maria, trzeba coś z tym zrobić. Poza tym mam dwa sztuczne biodra, cały ten ciężar trzeba było nosić na tych metalach, kolana odmawiały mi posłuszeństwa. Teraz nie czuję, że mam biodra, że mam kolana, czyli jest dobrze.

Siłą woli osiągnął Pan ten spektakularny sukces?

Nie, no skąd. Operacja bariatryczna, czyli wycięcie fragmentu żołądka, co powoduje brak łaknienia. Przez pewien czas, jak widać… (śmiech). Pyszne są te drożdżówki.

Tylko dodam, że na naszym stole pachną ciepłe drożdżówki. A wracając do diety…

Nie stosuję żadnej jakościowej diety, tylko ilościową, którą narzuca mój żołądek. Czyli „mniej zryć” – jak śpiewał Młynarski, co jest naprawdę świetną dietą. Niczym innym nie osiągnąłem tego rezultatu, tylko metodą „mniej zryć”.

 À propos Młynarskiego, zewsząd słychać: „Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre na wiosnę”.

Pamiętam, śpiewałem to w szkole teatralnej na jakieś zaliczenie, patrzyłem się do lustra: „No co ja mam w twarzy? Cierpienie, cierpienie, bezdenne cierpienie”. A teraz sam wydaję płytę. Płyta się zwie „Pechy i peszki”. Miała się nazywać „Pechy”, ale producent stwierdził, że to jest niedobry tytuł. „To może pechy i peszki?”, wymyśliłem. „O, ten jest dobry”, powiedział.

Kojarzy się z Janem Peszkiem i jego rodziną.

I dobrze. Od kiedy pamiętam, zawsze grałem z Jankiem Peszkiem i gram z Peszkiem. Zresztą to była dziwna historia z tą płytą. Dwa i pół roku temu zadzwonił mój telefon, w telefonie odezwał się głos i powiedział: „Cześć, jestem Bolek. Napisałem piosenki i chciałbym, żebyś je zaśpiewał”. Mnie po prostu zatkało: „No, ale…”. „Dobra, to ja ci wyślę jedną mp3”. Dostałem tę mp3, oddzwoniłem, że chyba nie dam rady tego zaśpiewać, a on na to: „To spróbujmy chociaż tonację ustalić”. Umówiliśmy się na spotkanie, pojechałem, na miejscu nagrałem dwie piosenki, potem sukcesywnie resztę. Miała to wydać inna wytwórnia płytowa, ale nie wydała. Po dwóch latach dzwoni telefon. „Cześć, Bolek mówi. Polskie Radio chce wydać nasze piosenki” (śmiech).

Sprytnie Pana podszedł. To już Pana trzecia solowa płyta.

Nie wiem, co się tak uparli, przecież ja nie umiem śpiewać. Ale może właśnie dlatego chcą, bo to jest takie chropowate, trochę Waitsowskie. Jak wiele osób uważa, do czego chętnie się przyznaję.

Ma Pan w życiu więcej pecha czy szczęścia?

Myślę, że więcej szczęścia albo – jak bym to ujął dyplomatycznie czy dyplomatołkowo – mam trochę szczęścia w pechu. No bo pecha mam, w związku z tym ten pech czasem przynosi mi szczęście. Całe moje życie zawodowe polegało na tym, że ja ciągle miałem kłopoty z szefami, zwierzchnikami, dyrektorami. Krystyna Meissner wyrzuciła mnie z Teatru Starego, odszedłem ze Słowackiego po pół roku, w połowie sezonu opuściłem Teatr Solskiego w Tarnowie, bo się pokłóciłem z dyrektorem. Może mam trudny charakter? Choć mnie się wydaje, że bardzo łatwy, tylko że nie znoszę, gdy ktoś mi zarzuca coś bezpodstawnie. Wtedy potrafię publicznie powiedzieć słowa, jakich generałowie nie lubią. A jak generał nie lubi, to szeregowego zwalnia albo przenosi do innej jednostki. Zawsze tak było. W szkole teatralnej powtarzałem trzeci rok, z akademika mnie wyrzucili…

O, a za co?

Za wybryki chuligańskie. Na drugim roku wyleciałem z impostacji głosu za brak szacunku dla przedmiotu i pedagoga. Ale ten pech, spowodowany przecież przeze mnie, zawsze mnie czegoś uczył. Najwięcej nauczyło mnie powtarzanie trzeciego roku. Kiedy Jerzy Jarocki wpisywał mi dwóję do indeksu, powiedział takie oto słowa: „Ja panu daję dwóję nie dlatego, że pan nie będzie aktorem. Bo pan będzie. Ale pan jest za głupi, żeby tę szkołę skończyć teraz”. Najpierw się obraziłem, a potem pomyślałem: A może on ma rację?

I chyba miał. W wieku 17 lat został Pan najmłodszym studentem.

Pamiętam, jak przyjechałem do domu w pięknej Alwerni koło Krakowa i zakomunikowałem rodzicom, że powtarzam rok. Mama, która właśnie przeszła na emeryturę, bo ja byłem późnym dzieckiem, powiedziała: „Synu, a myśmy z ojcem myśleli, że ty już skończysz te studia i zaczniesz pracować”. Dotarło do mnie, że to jest jeszcze rok wydatków dla rodziców. W domu nie było biedy, ale się nie przelewało. Mama pracowała jako kierowniczka Kasy Spółdzielczej, ojciec był kierownikiem zaopatrzenia, choć oboje mieli zupełnie inne wykształcenie. Ojciec – historyk, przed wojną ukończył Uniwersytet Jagielloński i uczył historii, która po wojnie była niepotrzebna i uważana za fałszywą, a mama skończyła Seminarium Nauczycielskie sióstr Klarysek przy ulicy Grodzkiej.

Było Panu chociaż trochę wstyd?

Rzeczywiście głupio mi się zrobiło. W ogóle nie pomyślałem, że oni co miesiąc muszą popełnić jakiś wysiłek, żeby mi te pieniądze zapewnić, a powinni raczej odpoczywać i oczekiwać, że to ja będę im pomagał. A ja z kwiatka na kwiatek, dziewczyny, wino, śpiew… Wtedy postanowiłem, że z przedmiotów, które oblałem, będę mieć same piątki. I tak się stało. Gdyby nie to, prawdopodobnie dojrzałbym – albo i nie dojrzał – o wiele później.

Miał Pan 22 lata, kiedy znalazł się w zespole Teatru Słowackiego.

Razem z Jurkiem Kryszakiem, moim przyjacielem. Pamiętam, wymarzyłem sobie rolę porucznika Lubomira w „Ułanach” J.M. Rymkiewicza, bo wiedziałem, że mają zostać wystawieni. „Muszę to zagrać, na pewno zagram” – nauczyłem się całej roli na pamięć i na tablicy ogłoszeń zobaczyłem, że gra Jurek Kryszak. Natychmiast odszedłem z teatru. Poszedłem do Tarnowa, byłem tam trzy i pół sezonu, grałem wszystko to, co powinienem i czego nie powinienem. Oczywiście najwięcej nauczyłem się na tym, czego nie powinienem. Bo tylko kiedy człowiek popełnia błędy, zaczyna analizować, co się stało, dlaczego, o co chodzi.

Jak wszystko idzie dobrze, człowiek niczego nie analizuje, bo po co?

Szczególnie kiedy ma się 23 lata, jak ja wtedy. Ludzie biją brawo, recenzenci piszą, że świetnie – no i dobrze.

W teatrze zarabiało się wtedy przyzwoite pieniądze?

Nie.

To co dawało Panu satysfakcję?

Życie. Kobiety. Alkohol. Śpiew… (śmiech). Ale taki na stole, człowiek stał i śpiewał. Czasem pod stołem…

 …śpiewał?

(śmiech) Jęczał bardziej, poezję recytował. Często recytowałem poezję na stole, pod stołem, różnie bywało, ale nigdy nie było związane z chorobą alkoholową, tylko ze stylem życia. Chorobę alkoholową ma się w genach, doszedłem do takiego wniosku. Moi koledzy, którzy są alkoholikami, nie zapowiadali się wcale, a znam wielu, którzy się zapowiadali i nie są.

Na czym zarobił Pan pierwsze przyzwoite pieniądze?

Zrobiłem monodram Schaefferowski „Audycja piąta” i wygrałem Festiwal Jednego Aktora w Toruniu. Pamiętam, jak koleżanka Lutosławska powiedziała do mnie: „Andrzej, zobaczysz, co teraz będzie!”. Nie wiedziałem, o co jej chodzi. „Zobaczysz, ile teraz dostaniesz zaproszeń”. I faktycznie, w ciągu miesiąca zagrałem trzydzieści kilka spektakli w całej Polsce, a za to płacili zupełnie inne pieniądze. Nagle zainkasowałem wielokrotność mojej pensji i to był dla mnie szok, że w tym zawodzie można tyle zarobić.

Oszczędził Pan coś wtedy?

Wtedy byłem po raz pierwszy żonaty i zacząłem może nie oszczędzać, ale kupować. Na świecie była Zuzia, miała trzy latka, więc nie szastałem tymi pieniędzmi na prawo i lewo, tylko inwestowałem w rodzinę. Natomiast takie prawdziwe duże pieniądze zarobiłem, kiedy zacząłem grać w „Kiepskich”.

Dla jednych to najzabawniejsza polska produkcja telewizyjna z Pana genialną rolą, od innych dostaje Pan baty, że marnuje talent w sitcomie.

Tym, którzy narzekają na „Kiepskich”, mówię: „To zrób taki sitcom. Spróbuj stworzyć coś takiego”.

„Świat według Kiepskich” pojawił się 20 lat temu. Już wtedy musiał się Pan tłumaczyć. Dowcipnie opowiada Pan o tym w swoim stand-upie.

Po pierwszych odcinkach „Kiepskich” szedłem przez rynek i zobaczyłem mojego kolegę aktora. Takiego, wiecie państwo, AKTORA! On też mnie zobaczył i wrzeszczy tak, żeby cały rynek słyszał: „Widziałem! Widziałem, w jakim gównie grasz. Ja bym odmówił”. Na co ja: „A zaproponował ci ktoś?”. „Nie”. „No to jak ci zaproponuje, to se odmówisz”.

 Uodpornił się Pan na to, co o Panu mówią i piszą?

Chyba po prostu pogodziłem się z tym, że nasze środowisko jest bardziej narażone, bardziej penetrowane przez środki masowego przekazu i tabloidy, wobec tego więcej o nas wiadomo. Że Grabowski rozwiódł się ileś razy, że Grabowski to, że Grabowski tamto… Tabloidy szukają taniej sensacji za pieniądze, a to jest swego rodzaju korupcja. Publikują kłamstwa, ale co mam robić? Pisać, prostować, grozić, procesować się?

Zagrał Pan kilkadziesiąt ról. Czy jest wśród nich bohater, któremu Pan czegoś zazdrości?

Jest wiele takich postaci. Na przykład zazdroszczę – paradoksalnie to zabrzmi – Ferdynandowi Kiepskiemu „tumiwisizmu”. Tego, że życie idzie obok, a on sobie egzystuje i się nie przejmuje. Jest mu dobrze. Pamiętam, jechałem kiedyś na jakąś imprezę, korek na drodze, stoję, nie ruszam się ani o centymetr, myślę tylko o tym, że rany boskie, przecież ja się spóźnię, cały jestem podenerwowany i nagle patrzę, a obok
w ogrodzie trzech chłopów siedzi sobie na ławce pod jabłonką. Piją wódkę czy wino, zagryzają jakimś salcesonem albo kiełbasą, nożykiem coś tam kroją na papierze, spokojnie sobie jedzą, jabłko jakieś podniosą, gadają, rechoczą. Patrzę na nich i myślę: Jezus Maria, ja tu się denerwuję…

 …a oni cieszą się życiem?

Kiedyś myślałem, że to jest tylko dowcip. To jest dowcip, ale z dużą dozą filozofii. Obecnie musiałby być inaczej opowiadany, ale wtedy brzmiał tak: Murzyn leży na plaży, podchodzi biały człowiek i mówi: „Słuchaj, leniu, dlaczego tak leżysz? Tam są krzaki, urwałbyś kawałek kija, przywiązał sznurek, szpilkę byś zakrzywił, robaka nadział, zarzuciłbyś, złowił rybę, sprzedał rybę i kupiłbyś wędkę. Jakbyś miał wędkę, dużo ryb byś łowił i kupił łódkę. Jakbyś miał łódkę, bardzo dużo ryb byś łowił i kupiłbyś kuter. Jakbyś miał kuter, kupiłbyś drugi, trzeci, piąty, dziesiąty. Miałbyś w końcu całą flotyllę rybacką, wynająłbyś ludzi, ludzie by na ciebie pracowali, a ty byś sobie leżał na plaży”. Na co Murzyn pyta: „A co ja teraz robię?”.

No i jaki z tego morał?

Taki, że zapieprzamy, żeby dostać to, co już dawno mieliśmy, czyli święty spokój. Bo co jest człowiekowi do życia potrzebne? Basen w domu? Niekoniecznie. Kiedyś będzie potrzebny basen, ale nie ten. To jest potrzebne: kawałek chleba, żeby było ciepło zimą, woda, herbata, mleko, pasztetowa, trochę boczku na święta, jakieś jajko, co kura zniesie. Tyle. Nic więcej. I bycie szczęśliwym. A szczęśliwym wcale nie jest ten, który ma pieniądze. Pamiętam, jak Robin Williams popełnił samobójstwo, Kamil Durczok, mój przyjaciel, zadzwonił do mnie – wtedy jeszcze pracował w TVN – i zapytał, czy mógłbym coś powiedzieć na ten temat. Byłem wtedy na wczasach odchudzających, dieta owocowo-warzywna w Karpaczu, mówię: „Kamil, nie mogę, bo odchudzam się w Karpaczu”. „To ja tam przyślę telewizję”, i przysłał. Musiałem pomyśleć, dlaczego człowiek, o którym cały świat myśli, że jest facetem wiecznie uśmiechniętym, mającym talent, pieniądze, sławę, no wszystko, popełnia samobójstwo?

Dlaczego?

Aktorzy to ludzie żyjący w wirtualnym świecie. Czasami nie jesteśmy sobą, wchodzimy w postać. Nie chodzi o to, że ja, Andrzej Grabowski, zapominam o tym, że jestem Andrzejem Grabowskim. Tylko że kiedy jestem księdzem, policjantem, chorym z urojenia, królem, żebrakiem, Gebelsem albo Ferdkiem, jest mi z tym dobrze, bo przez te parę godzin, kiedy gram, zapominam o bożym świecie. Jak aktora boli ząb, marzy o tym, żeby zagrać.

Bo tak się wkręca w rolę, że przestaje go boleć?

Dokładnie. Robin Williams zaczynał karierę od stand-upu. Ludzie nie mają pojęcia, co to znaczy robić stand-up, nie mając rekwizytu, kostiumu, tylko stojąc samemu przed mikrofonem i gadając przez godzinę na scenie amfiteatru, gdzie jest pięć tysięcy ludzi. To jest genialne uczucie. W tym momencie zaczynasz rozumieć ludzi, którzy walczą o władzę. Władza to narkotyk, a ty z tej sceny masz władzę nad ludźmi, bo teraz zrobisz tak, że oni będą się śmiali, a potem tak, że przestaną się śmiać. I wszyscy się na ciebie patrzą. To jest fascynujące. Ale żeby to osiągnąć, trzeba przejść przez etap…

 …kiedy dla publiczności człowiek jest gotowy zrobić wszystko?

Tak. To, że specjalnie dla nich przyjechałem, nie znaczy, że zaraz zdejmę spodnie, bo ja dla sztuki wszystko. Wtedy to jest do zerzygania. Pamiętam, jak byłem młodym aktorem, jednym z moich wzorów aktorstwa był Innokientij Smoktunowski. Były dwa Hamlety na świecie, o których się mówiło: Laurence’a Oliviera i Innokientija Smoktunowskiego. No i któregoś dnia Innokientij przyjechał z Moskwy do Krakowa i w Teatrze Słowackiego wystawili „Czajkę” Czechowa. On grał doktora i ja przyleciałem zobaczyć, jak on gra. Minął pierwszy akt, myślę: No, nic nie zagrał. Dobra, w drugim pokaże. Minął drugi, nic nie zagrał. Szykuję się na trzeci akt, ale nic nie zagrał. Zdegustowany wracam do domu i myślę sobie: No co, nic nie poradzę. Siadłem i nagle myślę: Kurwa go mać, jak on genialnie zagrał! Genialnie zagrał, bo on nic nie zagrał. Bo on nie musiał nic grać, a ja i tak cały czas tylko na niego patrzyłem. Na tym to polega. Że ja się chcę patrzeć na tego aktora, obojętne, co on robi. To jest charyzma. Ale o czym myśmy wcześniej rozmawiali…?

O samobójstwie Robina Williamsa.

No właśnie. I my, aktorzy, ciągle rzucani między – nazwę to może nieadekwatnie – sacrum i profanum, czasem nie wytrzymujemy tej schizofrenii.

Zbliżył się kiedyś Pan do tej granicy, którą Robin Williams przekroczył?

Nie znam definicji depresji, więc możliwe, że były jakieś początki, ale staram się z tego wychodzić, czasami się udaje. Zdarza się, że człowiek ma doła, za dwa dni wpada w euforię i znowu zjeżdża w dół, taka dwubiegunowość – to też jest choroba, i to paskudna. Tego też doświadczyłem, choć nie sobą, tylko na sobie. Ale chyba nigdy nie zbliżyłem się do tej granicy, mimo że czasami jest ciężko. Człowiek budzi się i myśli: A po co mi to wszystko? Przecież kiedyś też się budziłem, może to był inny sufit, na ścianach nie było obrazów, ale byłem młody, życie miałem przed sobą. A teraz?

Chce mi Pan powiedzieć, że życie ma już za sobą? Kilka dni temu miał Pan urodziny, co Pan rano pomyślał?

Nic. Nic kompletnie. À propos, że „ma się coś za sobą”, przypomniała mi się głupia anegdota. Mój kolega aktor dawno temu często prowadził konferansjerkę na różnych estradach i zawsze kończył w ten sposób: „Pewien austriacki kompozytor przeczytał bardzo niepochlebną recenzję od pewnego krytyka i napisał do niego list tej treści: »Łaskawy panie, siedzę teraz w ustronnym miejscu, mam pańską recenzję przed sobą, za chwilę będę ją miał za sobą«. I oto, proszę państwa, za sobą mamy dzisiejszy program”. Można było myśleć o totalnej głupocie mojego kolegi albo o totalnym dowcipie, ale to musiało być skierowane do odpowiednich ludzi, żeby oni zrozumieli, a nie pomyśleli: Co on, debil jest, że tak kończy?

A Pan jak kończy swoje stand-upy?

Opowiadam anegdotę o Himilsbachu, może pani zna? Do SPATiF-u wchodzi Himilsbach i krzyczy do gości: „Inteligencja wypierdalać”. Jedni zaczynają się śmiać, inni spuszczają głowy, cisza paskudna się zrobiła, na co wstaje Holoubek i mówi do zgromadzonych: „Nie wiem jak państwo, ale ja wypierdalam”. No więc ja tak kończę mój stand-up. Ale nie odważam się za każdym razem, bo niektórzy by się obrazili. A po co mi to?

 To ja na koniec zapytam: gdzie jest ten Pana duży, piękny dom?

Czterdzieści kilometrów od Warszawy, wieś totalna. Wychowany w Alwerni, w dużym domu z ogrodem, też mam ogród, ale mimo że uwielbiam tam być, to uciekam z tego domu, bo kiedy siedzę tam trzy–cztery dni i nikogo naokoło nie ma, to wcale nie jest takie miłe. Szczególnie że ja, nie znając definicji pracoholika, chyba nim jestem. Bez pracy nie wytrzymuję. Nie dlatego, że muszę zarobić, tylko dlatego, że muszę pracować. Ostatnio garderobiana w filmie mówi do mnie: „Proszę się nie schylać, zawiążę panu buta”. Nie, nie, nie… Może w przyszłym roku (śmiech). ZOBACZ ZDJĘCIA

Wideo

Byli małżeństwem przez 3 lata. Oto historia miłości Agnieszki i Piotra Woźniak-Staraków

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

„Napisałam tę książkę po to, żeby oczyścić siebie dla dzieci. Żeby nie mieć już bagażu”, mówi w poruszającym wywiadzie wybitna pływaczka, OTYLIA JĘDRZEJCZAK. Były mąż Anji Rubik, SASHA KNEZEVIC, rozpoczął nowe życie – jako tata i jako… artysta. DEMI MOORE odkrywa mroczne strony swojego życia. Ile zostało z buntowniczki w MAŁGORZACIE OSTROWSKIEJ?