Pisarki milionerki, J.K. Rowling, Stephenie Meyer, Helen Fielding
Fot. Getty Images
VIVA! Tylko u nas

Od zera do bestsellera! E.L. James, J.K. Rowling... — to one zarabiają miliony!

ZUZANNA O'BRIEN 25 marca 2017 13:55
Pisarki milionerki, J.K. Rowling, Stephenie Meyer, Helen Fielding
Fot. Getty Images

Zarabiają miliony a ich książki stały się częścią globalnej popkultury. Autorki bestsellerów E.L. James, Helen Fielding czy Stephenie Meyer  to zwykłe kobiety. Takie jak my. Jak to się stało, że zawładnęły sercami i umysłami czytelników na całym świecie?

 

Zobacz też: Tak „Ulica Sezamkowa” przełamuje stereotypy. Poznaj nową bohaterkę, czteroletnią Julię, która ma autyzm


Prawie żadna z nich nie planowała globalnego sukcesu jako pisarka. Stephenie Meyer była gospodynią domową i mamą trójki małych dzieci, przekonaną, że nie potrafi sklecić porządnie dwóch zdań. E.L James wiedziała wszystko o wycenie produkcji programów telewizyjnych i od czasów studiów nie napisała nic dłuższego niż służbowy e-mail. Dla J.K. Rowling pisanie przygód Harry’ego Pottera było terapią na depresję. Czyżby książkowy hit był zatem wyłącznie kwestią przypadku?


Wygrać na loterii

Piękna „myszka” o dobrym sercu i seksowny miliarder z niepokojącym zamiłowaniem do pejcza – na ekrany naszych kin weszła właśnie ekranizacja drugiej części trylogii E.L. James, pod tytułem „Ciemniejsza strona Greya”. Książki o niewinnej Anastazji Steele i mrocznym Christianie Greyu rozeszły się we wszystkich zakątkach globu w tonach  egzemplarzy. Ich autorka, zainkasowawszy trzy lata temu 95 milionów dolarów ze sprzedaży ok 125 milionów kopii, do dziś zarobiła znacznie więcej – zarówno na serii erotycznych gadżetów, którym udzieliła swojej marki, jak i na składankach z muzyką „pościelową” i wreszcie na sukcesie pierwszego filmu. Sukces to o tyle fascynujący, że jej książki pod względem literackim są o wiele gorsze niż przeciętna publikacja spod winiety Harlequina. Opisana w nich relacja damsko - męska wzorowana na bajkach Disneya, ale przyprawiona dużą dawką ryzykownego seksu, trafiła jednak najwyraźniej w odpowiednim czasie w wyobraźnię masowej czytelniczki. Bo, nie ukrywajmy, to właśnie głównie kobiety wywindowały E.L. James na szczyty list bestsellerów.

 


- Nikt lepiej ode mnie zdaje sobie sprawy, że wygrałam los na loterii – powiedziała mi wtedy  Erica Mitchell, znana milionom czytelników jako E.L James. Mitchell jest energiczna,  inteligentna i ma do siebie i do swojej twórczości ogromny dystans. – Przecież wiem, że to grafomania . Nigdy nie pisałam tego z myślą, żeby to wydać. Cała ta historia jest zupełnie niewiarygodna i są dni, że sama w nią nie wierzę.


Od tamtej pory Mitchell z pewnością zdążyła się pogodzić z rzeczywistością. Jej bajka dla dorosłych nie tylko przyniosła jej fortunę, ale doczekała się poważnych analiz przez organizacje feministyczne, prasowych debat na temat sado – maso i opinii ze strony seksuologów. -To dobrze, że ludzie mówią o seksie – kwitowała to Erica. – Nie uwierzyłaby pani, ile dostałam listów od czytelników, którzy dziękowali mi za ożywienie ich zarastającej pajęczynami alkowy. To cieszy, ale umówmy się, ja tego kompletnie nie planowałam.

 

Pisarki milionerki, J.K. Rowling
Fot. Getty Images


Mitchell zawsze miała słabość do szmatławej literatury: romansideł i soft porno. Czytała je namiętnie w metrze, w drodze do pracy - z zawodu jest producentką telewizyjną. Traktowała je jako metodę na odstresowanie i ucieczkę w niewymagający świat wyobraźni. Była fanką książek serii „Zmierzch” Stephenie Meyer – do tego stopnia, że na forum internetowym  dla fanów „Zmierzchu” zaczęła publikować w częściach wymyśloną przez siebie historię o słodkiej Anastasii i poranionym przez życie miliarderze. – Siedziałam wieczorami w mojej czekającej od lat na remont kuchni, pisałam i paliłam papierosy. I sama z się z siebie śmiałam!  Jej mąż, pisarz Niall Leonard, patrzył na to pobłażliwie – ot, nieszkodliwe hobby. Jej dwaj już dorośli synowie kategorycznie odmówili przeczytania nawet strony. Ku jej miłemu zdziwieniu okazało się, że ktoś jednak ma ochotę zapoznać się z jej twórczością. Przeniosła więc całość na własną stronę internetową, a publika wciąż rosła, z odcinka na odcinek. Pojawiły się sugestie, żeby to wydała. Niszowe australijskie wydawnictwo zgłosiło się samo, więc fani mogli nabyć już kopie papierowe, ale drukowano je tylko na zamówienie. – Okazało się, że czytano to głównie w Ameryce i że były to przede wszystkim gospodynie domowe i matki małych dzieci – opowiadała Mitchell. – Przekazywały sobie wieść o tej książce z ust do ust, na placach zabaw i na szkolnych boiskach. Nikt nie wyłożył przecież ani dolara na marketing. Ale dopiero kiedy prawa odkupiło wydawnictwo Vintage, wybuchła międzynarodowa sensacja:  fala entuzjazmu czytelników i zalew miażdżącej krytyki znawców literatury. Mitchell spokojnie inkasowała i tylko wzruszała ramionami. – Miałam nawet pomysł, żeby następne wydanie poprawić, ale wydawca wybił mi to z głowy. Po co? Ludzie to kochali, a jak się komuś nie podoba, to nie ma obowiązku czytać. Nie wiem, dlaczego los tak wybrał; dlaczego akurat mi się udało, chociaż wcale o to nie zabiegałam. Ale czy to nie przykład, że jednak warto próbować robić rzeczy, które sprawiają nam przyjemność, nawet jeśli wszyscy patrzą na nas jak na wariatki? No i nareszcie wyremontowałam kuchnię!

Jak ze snu

- O tym, że po nocach piszę powieść o wampirach, nie powiedziałam nawet mężowi. Pomyślałby, że zwariowałam – wyznała na kanapie w programie Opry Winphrey Stephenie Meyer, autorka trylogii „Zmierzch”. Meyer, absolwentka literaturoznastwa, była gospodynią domową i mamą trójki małych dzieci. – Byłam tak zajęta codziennymi obowiązkami i opieką nad małymi ludźmi, że chyba straciłam część siebie – przyznała. Pomysł historii romansu pomiędzy dziewczyną a młodym wampirem po prostu jej się przyśnił. Wizja przelania go na papier była ekscytująca, bo Stephenie nigdy wcześnie nie napisała nawet krótkiego opowiadania – od dziecka była żarłoczną czytelniczką, ale nawet eseje na studiach przychodziły jej z trudem. Jedyną osobą, która wiedziała o jej „literackiej ucieczce od rzeczywistości” była jej siostra. I to ona zabroniła jej się poddawać, gdy ośmiu z dziewięciu agentów, do których Meyer wysłała swoje dzieło, przysłało albo grzeczną odmowę, albo nawet nie raczyło odpowiedzieć. Jeden jednak zgodził się przeczytać jej książkę. Gdy pod koniec 2005 roku „Zmierzch” ukazał się w druku, nikt nie potrafił przewidzieć, jaką wywoła sensację. Przez 11 lat pierwsza część sagi spędziła w sumie dwa i pół roku na pierwszym miejscu listy bestsellerów The New York Timesa i sprzedała się w ponad 120 milionach egzemplarzy w 38 krajach. A za nią poszły dwie kolejne. – To po prostu historia dwojga nastolatków, którzy się w sobie zakochują – tłumaczyła ten globalny fenomen Meyer. – Powieść dla zadurzonych dziewczynek, to zawsze się sprzedaje. Literatura to raczej nie jest – zawyrokował mistrz horroru Steven King, którego poproszono o opinię na temat książek Stephenie. Meyer jest mormonką i przyznaje, że niewinność jej bohaterów , którzy nie mogą się nawet dotknąć, ma źródło w jej własnej religijności. Wiadomość o tym, że była inspiracją dla E.L. James, przyjęła z lekkim zażenowaniem – Życzę jej jak najlepiej, ale to nie moja bajka. Ja nawet nie czytam erotyki, to dla mnie jak inna planeta – wyznała w wywiadzie dla Guardiana.  Ekranizacja jej powieści zrobiła gwiazdy z grających główne role Kirsten Stewart i Roberta Pattinsona, a w miasteczku Fork w stanie Waszyngton, gdzie dzieje się akcja książki, co roku odbywa się festiwal „Zmierzchu”. Jednak jej książka science - fiction „Host” (Gospodarz) i wyprodukowany przez nią film na jej podstawie, nie powtórzyły jednak nawet ułamka sukcesu wampirzej trylogii. Bo jakie są szanse ponownej wygranej w literackiego totka?

 

Pisarki milionerki, Stephenie Meyer
Fot. Getty Images

Wszyscy jesteśmy czarodziejami

Jeśli ma się magiczną różdżkę, to wygrywać można za każdym razem, gdy skończy się kolejną książkę o małym czarodzieju. J.K. Rowling, autorka serii przygód Harry’ego Pottera i jego przyjaciół, zamieniła dzieło swojej wyobraźni w globalną fabrykę fantazji i pieniędzy, którą ściśle kontroluje. Jest pierwszą pisarką w historii, która na swoich książkach, ich ekranizacjach, parkach rozrywki i gadżetach dla „Potteromanów” na całym świecie zarobiła miliard dolarów.


Harry Potter mógł równie dobrze nigdy się nie narodzić. Rowling zaczęła pisać powiastkę o chłopcu – czarodzieju, kiedy nudziła się w pociągu z Manchesteru do Londynu. Z wykształcenia lingwistka, od dziecka pisywała do szuflady i dla zabicia czasu. Do pierwszych trzech rozdziałów przelała swój ból i żal spowodowany chorobą jej matki, która cierpiała na stwardnienie rozsiane. Śmierć mamy położyła kres pisaniu, a załamana Jo wyjechała do Portugalii uczyć angielskiego.


 Dwa lata później deszcz spływała po oknach pociągu tak samo nieustępliwie, jak podczas tamtej podróży z Manchesteru. Tylko że tym razem Rowling jechała do siostry do Edynburga. Nie była też sama, lecz ze swoją półroczną córką, Jessiką. - Samotna matka i bezrobotna – perspektywy rysowały się fantastycznie! – żartowała pisarka w jednym z wywiadów. Trzy rozdziały „Harry’ego Pottera” woziła ze sobą w walizce już trzeci rok. – Uważałam się za kompletną porażkę, zdiagnozowano u mnie kliniczną depresję. Jej manifestacja w książce to dementorzy – bezcielesne potwory wysysające ludzką duszę – mówiła w wywiadzie dla BBC. – Byłam tak biedna, jak tylko można, nie będąc bezdomną. Tylko pisanie dawało mi jakiś cel, więc postanowiłam skończyć tę historię o małym czarodzieju.


Tym razem agent przyjął ją pod swoje skrzydła szybko, ale 12 wydawców odmówiło publikacji. I gdyby nie ośmioletnia córka dyrektora Bloomsbury, która po przeczytaniu pierwszego rozdziału zażądała natychmiast dlaczego ciągu, świat czekałby na Harry’ego znacznie dłużej. Wydawca zażądał też od Joanne pseudonimu. Tak narodziła się J. K. Rowling – bo chłopcy podobno nie przeczytaliby książki napisanej przez kobietę.


Trudno uwierzyć, że Harry będzie miał w tym roku 20 lat. Pierwsze wydanie powieści kosztuje dziś co najmniej 16 tysięcy funtów. I ta, i jej kolejne części, wygrały chyba wszystkie możliwe nagrody literackie dla książek dla dzieci po obu stronach oceanu. Prawa do dwóch pierwszych części kupiono za co najmniej milion dolarów, do następnych  - za więcej. Na tym etapie Rowling nie była już gotowa na ustępstwa i zażądała pełnej kontroli nad wizją wymyślonego przez nią świata. Nie zrezygnowała z niej do dziś. Z satysfakcją przyjęła też swoją „detronizację” z listy miliarderów, bo z racji ponad 100 milionów funtów przekazanych na cele dobroczynne, drastycznie spadła w rankingach.

Pomóc szczęściu

- Mało kto zna moją twarz i bardzo mnie to cieszy – mówiła w jednym z rzadkich wywiadów Suzanne Collins, autorka trylogii „Igrzyska śmierci”. Collins zawsze żyła z pisania - z zawodu jest scenarzystką programów telewizyjnych dla dzieci. „Produkcja liter” – jak mówi o swojej pracy, to dla tej zazdrośnie chroniącej swojej prywatności kobiety chleb codzienny. Serię popularnych książek dla małych dzieci napisała, kiedy jej syn i córka byli mali. Gdy podrośli, zaczęli oglądać reality show i trudno ich było oderwać od internetu – zabrała się za powieść dla nastolatków. – Podobno pisarze powinni pisać o tym, co znają. To łatwe, bo poniekąd masz gotowy materiał. Ja jednak poszłam na całość i połączyłam fascynacje moich dzieci z własnym upodobaniem do dystopii, zainteresowaniem wojną i polityką. Po roku od ukazania się pierwszych dwóch części „Igrzysk śmierci” książka była już bestsellerem w USA. A kiedy jej bohaterka, Katnis Everdeen, dostała w ekranizacji powieści twarz Jennifer Lawrence, nawet te nastolatki, które omijały do tej pory papier szerokim łukiem, doprowadziły do kolejnego wyczerpania nakładów w księgarniach.  

 

Pisarki milionerki, Helen Fielding
Fot. Getty Images


„Na czym polega fenomen tej bohaterki?” – zastanawiały się media dwie dekady temu, gdy do księgarń trafiły „Dzienniki Bridget Jones”. – Może na tym, że większość znanych mi kobiet ma w sobie coś z Bridget? Nie wyglądamy jak modelki, pragniemy miłości, robimy głupoty jak napijemy się za dużo wina? – mówiła w wywiadzie w Radio 4 autorka tego bestsellera, Helen Fielding. Oczywiście miała rację. Książka jako jedna z pierwszych napisana też była w zupełnie nowym stylu – jej narrację przerywały teksty e-mali wymienianych przez głównych bohaterów i zapiskami Bridget, które dziś mogłyby stanowić blogonotki lub żartobliwe wpisy na Facebooku. Tylko że ani o blogach, ani o Facebooku nikt jeszcze wtedy nie słyszał.


Fielding nie miała nigdy ambicji zostać „poważną pisarką”. Z wykształcenia anglistka, po studiach pracowała dla BBC jako dokumentalistka. Po kilku latach porzuciła telewizję dla prasy papierowej i pisywała z wolnej stopy dla kilku dzienników. Z pieniędzmi bywało krucho. W The Independent  poproszono ją o pisanie cotygodniowych felietonów o jej własnym życiu – 30-letniej singielki w Londynie.  – Chyba bym umarła z zażenowania – tłumaczyła szefowi działu. – Ale chętnie wymyślę fikcyjną bohaterkę. Nazwijmy ją Bridget. Bridget Jones.


Pierwsza książka o pannie Jones była właśnie zbiorem felietonów Fielding dla The Independent. Druga, „W pogoni za rozumem” , powstała już jako samodzielne dzieło. Przygody Bridget sprzedały się w ponad 15 milionach egzemplarzy, a ekranizacje jej przygód były międzynarodowym hitem. Jones była bohaterką na nowe czasy – The Guardian ogłosił te książki jako jedne z najlepiej podsumowujące schyłek XX wieku. – Bridget to niestety nie ja! – żartowała Fielding. – Ale każda z nas chciałaby mieć jej szczęście do wychodzenia cało z opresji!


- Szczęściu trzeba pomóc – twierdziła Elisabeth Gilbert, autorka hitu „Jedz, módl się i kochaj”. Zawodowa pisarka, laureatka kilku nagród i dziennikarka miała ugruntowaną pozycję w amerykańskiej prasie i u wydawców. Wiedziała jednak, że dzieło życia jest wciąż przed nią. Po rozstaniu z mężem postanowił pojechać w podróż dookoła świata w poszukiwaniu samej siebie. Dokładnie to zaplanowała. – Napiszę dziennik z podróży, opiszę spotkanych ludzi i wszystko, czego doświadczę. Zobaczysz, to będzie przebój – przekonywała swojego wydawcę. Z 200 tysiącami dolarów zaliczki ruszyła do Włoch, Indii i Indonezji. Zgodnie z obietnicą, wszystko przelała na kartki książki. Do Stanów wróciła z poznanym na Bali mężem – o szczegółach romansu wiedzą wszyscy, którzy widzieli film nakręcony na podstawie jej pamiętników, z Julią Roberts w roli głównej. Autobiograficzna powieść rzeczywiście przyniosła jej sławę i majątek, goszcząc na liście bestsellerów The New York Timesa przez 144 tygodnie. Dziewięć lat później Gilbert zapowiedziała, że planuje kolejną książkę o swoim życiu. Jeśli myśli o opisaniu swojej najnowszej miłości, do tym razem najlepszej przyjaciółki, możliwe, że szykuje się kolejny bestseller.

 

Przeczytaj też: Najbardziej nieoczekiwany powrót tego roku? Kayah i Bregović znów na scenie! Poznajcie szczegóły

Wideo

Marynarki, kardigany, sukienki maxi, kozaki na słupku. Te produkty będą modne jesienią i zimą 2020/2021

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

MAŁGORZATA ROZENEK-MAJDAN i RADOSŁAW MAJDAN w przejmującej rozmowie o walce o dziecko, mierzonej poświęceniem, niepewnością, ale i wdzięcznością. MICHAŁ ŻEBROWSKI i EUGENIUSZ KORIN, dyrektor i reżyser Teatru 6. piętro. Czy się lubią, podziwiają i... kłócą. MARIOLA BOJARSKA FERENC Los naznaczony tragediami: wypadek mamy, walka o życie synka, rozwód, choroba męża. W cyklu EXTRA: Czy w kontekście niemieckich obozów koncentracyjnych może być mowa o modzie? – opowiada antropolożka mody Karolina Sulej. PODRÓŻ „Będziecie tam wracać”, mówi o Bieszczadach słynna podróżniczka Elżbieta Dzikowska.