ZE ŚWIATA KULTURY

Natasza Socha: „Powieści świąteczne powinny dawać nadzieję, nie muszą zabarwiać świata na różowo”

Jej najnowsza książka „Pokój kołysanek” to znakomity prezent pod choinkę!

Weronika Kostyra 26 listopada 2018 12:15
Natasza Socha, pisarka, autorka książki Pokój kołysanek
Fot. Materiały prasowe

Natasza Socha ma na swoim koncie kilkanaście powieści obyczajowych, które podbiły serca czytelników. „Chciałabym, żeby z książkami było tak jak z muzyką, żeby istniała popowa literatura, a nie tylko literackie disco polo i wyrafinowany jazz. Jest jeszcze coś pomiędzy!”, mówi. Autorka z dumą mówi, że tworzy literaturę kobiecą, którą można czytać dla odprężenia po ciężkim dniu, ale jednocześnie wyciągnąć z niej wartościowe wnioski. Jej najnowsza książka Pokój kołysanek to ciepła opowieść o mężczyźnie, który wymyślił piękny sposób na przeżycie swojej starości, pokazując, że nigdy nie jest za późno, by być potrzebnym.

Pani najnowsza książka „ma swoje korzenie w rzeczywistości”. Jaka to historia?

Zaczęło się od tego, że moja koleżanka zamieściła na Facebooku film o starszym panu z Ameryki, który przytulał niemowlaki. To był emerytowany nauczyciel, który przechodził rehabilitację w jednym ze szpitali w Atlancie. Nazywał się David Deutchman. Pewnego dnia po skończonych zabiegach zatrzymał się na oddziale dziecięcym i stanął przed szybą, która go oddzielała od noworodków. Widok maluchów tak go wzruszył, że zapytał pielęgniarkę, czy w szpitalu nie znalazłby się jakiś wolontariat dla osoby w jego wieku. Wtedy też po raz pierwszy wziął na ręce wcześniaka. Maleństwo było trochę niespokojne, ale kiedy zaczął je głaskać i przytulać, w końcu zasnęło w jego ramionach. Od tamtej pory został zatrudniony w szpitalu jako profesjonalny „przytulacz” i robi to od 12 lat. Pomyślałam sobie wtedy, że to byłaby przepiękna historia na książkę. I tak powstał Pokój kołysanek.

Często inspiruje się Pani prawdziwymi historiami?

Bardzo lubię pisać książki, które nie są od początku do końca wymyślone, tylko w jakiś sposób opierają się na wydarzeniach autentycznych. Często zauważam, że kiedy ktoś mi coś opowiada, to automatycznie układam sobie w głowie ciąg dalszy. Włącza się mój wewnętrzny dyktafon i zaczynam nagrywać tę historię w głowie. Jednocześnie rozpisuję ją, dopełniam, wymyślam bohaterów, dokładam postaci. Za każdym razem historia się rozrasta, ale jej punkt wyjścia ma zakorzenienie w rzeczywistości. Myślę, że było tak z każdą moją książką. Najbardziej jest to widoczne w Aptece marzeń, powieści niemal całkowicie opartej na faktach. To autentyczna historia dziewczynki, która zachorowała na neuroblastomę i przez kilka lat walczyła z rakiem. W Aptece marzeń opisana jest jej historia i cała droga jaką przeszła – różne chemioterapie, proces leczenia, losy jej rodziców, historia powstania Drużyny Szpiku. Ta książka to zapis życia małej, dzielnej dziewczynki i ludzi, którzy chcą pomagać innym.

Akcja „Pokoju kołysanek” dzieje się w czasie okołoświątecznym…

Tak, chciałam stworzyć książkę pasującą do tego okresu, ale ta historia jest aktualna przez cały rok. Nie jest opowieścią stricte świąteczną, ale kiedy zaczęłam ją pisać, pomyślałam, że okres Świąt będzie do niej idealnie pasował. To opowieść trochę baśniowa, bardzo melancholijna. Z jednej strony oparta na faktach, z drugiej pełna różnych zbiegów okoliczności, które mogą wydawać się cudem.

Historia toczy się dwutorowo. Czas akcji to rok 2015, kiedy główny bohater ma 85 lat, a także lata 50., kiedy był młodym chłopakiem i przez przypadek trafił do powojennego domu dziecka, gdzie zaczął pracę jako pomocnik i jednocześnie poznał miłość swojego życia, właśnie w okresie przedświątecznym.

Jak wygląda pisanie książki? Proces wydawniczy zajmuje trochę czasu, więc powieść musiała powstawać, kiedy na dworze panowały jeszcze upały.

Książkę pisałam wiosną i latem, a skończyłam na początku lipca. Rzeczywiście za oknem panowały wtedy upały, a ja musiałam włączyć  sobie Last Christmas, żeby choć trochę wczuć się w klimat. Z drugiej strony nieważne jest kiedy coś piszemy i jakiego okresu to dotyczy, bo i tak niejako „wchodzimy wtedy w inny świat”. Autor niemal zawsze żyje w dwóch rzeczywistościach. Żyje w swojej codzienności z dziećmi, psami i wszystkim tym, co musi zrobić w domu, a potem się zamyka i wchodzi w ten drugi świat. Wtedy nie ma znaczenia, czy jest to zima, czy lato. Trzeba wejść  w swoją wymyśloną historię, zacząć wyobrażać sobie bohaterów, zacząć żyć ich życiem, płynąć ich rytmem.

Czy „Pokój kołysanek” to dobry pomysł na świąteczny prezent?

Tak. Jak już wiemy, akcja powieści toczy się w okresie przedświątecznym. Ktoś z moich czytelników zauważył, że mogłaby być traktowana jak kalendarz adwentowy, ponieważ całość dzieje się w ciągu dwudziestu czterech dni grudnia. Można ją czytać codziennie od pierwszego dnia grudnia i tak stopniowo dozować sobie do samych Świąt, kiedy wszystko się wyjaśnia i mamy finał.

Myślę, że miło jest poznać historię człowieka, który naprawdę istnieje i wymyślił sobie sposób na fajną starość, który nie chce tylko siedzieć i czekać na to, co nieuniknione, ale woli pomagać innym i do samego końca być potrzebnym. Główny bohater mówi, że jeżeli człowiek nie jest potrzebny, to tak naprawdę zajmuje tylko miejsce na świecie. A jedną z najpiękniejszych rzeczy,  które możemy zrobić, to oddawanie siebie innym.

To była myśl przewodnia, którą chciała Pani przekazać w tej książce? Bycie potrzebnym?

Między innymi. Ale równie ważny jest dotyk, bliskość drugiego człowieka. Właśnie po to ktoś wymyślił miłość. Druga osoba jest nam potrzebna bardziej niż myślimy. Owszem, każdy z nas chce od czasu do czasu pobyć sam, zaszyć się gdzieś, uciec, ale to nie znaczy, że samotność jest idealnym rozwiązaniem. Jedna z bohaterek książki mówi, że „na świat przychodzimy sami i sami też umieramy”, ale to, co jest pomiędzy tymi wydarzeniami, to nasze relacje z innymi ludźmi.

Czy w każdej książce stara się Pani zawrzeć jakieś przesłanie?

Lubię przemycać w książkach tematy społeczne. Nie lubię typowych love story, w których ona poznaje księcia na koniu, a potem na końcu wszyscy odjeżdżają ku zachodowi słońca i mamy jeden wielki happy end. Oczywiście, że historie miłosne są nam potrzebne, bo kobiety chętnie je czytają. Ale to nie znaczy, że muszą poruszać wyłącznie taki temat. Tak naprawdę każda historia miłosna może przemycić dużo więcej. Przecież Anna Karenina i Przeminęło z wiatrem to również historie o miłości, ale jak pięknie pokazane poprzez cały aspekt innych wydarzeń. W swoich książkach staram się poruszać różne tematy – późne macierzyństwo, romans starszej kobiety z młodszym mężczyzną, problem menopauzy, chorobę najbliższej osoby. To sprawy, które nas przecież dotykają, z którymi na co dzień się spotykamy, które są częścią naszego życia.

Podobnie było z Pokojem kołysanek. Powieść świąteczna rządzi się swoimi prawami, ale bardzo łatwo jest w niej przekroczyć granicę kiczu. Wszystkim się wydaje, że to powinna być książka, która pachnie pierniczkami, lukrem, kończy się wielkim cudem, jest w niej choinka i szczęśliwa rodzina przy ogromnym stole. Ale święta nie polegają tylko na tym. To również okres rachunku sumienia, wybaczania, zastanawiania się nad tym, co zrobiliśmy źle, co moglibyśmy ulepszyć. Powieści świąteczne powinny dawać nadzieję, ale nie muszą zabarwiać świata na różowo. Nie muszą zmieniać rzeczywistości w bajkę, tylko pokazywać codzienność. Powinny wzruszać, ale nie mdlić. Wbrew pozorom to jedne z trudniejszych książek do napisania. Trzeba oddać w nich ducha Świąt, ale nie zrobić tego w taki sposób, żeby od nadmiaru kiczu zakręciło nam się w głowie.

Jak wygląda u pani proces pisania? Siada pani z gotowym pomysłem czy raczej konstruuje opowieść w trakcie?

U mnie wygląda to dość spontanicznie. Na pewno muszę mieć wymyśloną historię, wiedzieć, o czym chcę pisać i mieć zakończenie. To mi w zasadzie wystarczy. Jeżeli mam w głowie koniec, to już wiem, że książka powstanie. Natomiast to jakimi drogami dojdę do zakończenia, okazuje się dopiero podczas pisania. Wiem, że są pisarze, którzy robią sobie bardzo szczegółowe konspekty, notatki, plany. Ja mam w głowie tylko szkielet, czyli wiem o czym chcę pisać, jaki jest motyw przewodni książki, kto ma być moim głównym bohaterem i o czym chcę opowiedzieć. Codziennie po odwiezieniu dzieci do szkoły, czyli około 8.30 siadam do komputera – bo najważniejsze jest, żeby zacząć pisać. Potem kolejne drzwi powoli same się otwierają. Pojawiają się nowi bohaterowie, nowe wątki, nowe drogi, które trzeba dokładnie sprawdzić. Nie mam praktycznie żadnych notatek poza imionami i wiekiem bohaterów, rokiem, kiedy toczy się akcja i informacją, jaka jest pora roku. Bo można kogoś ubrać w czapkę i rękawiczki, a potem okazuje się, że mamy lipiec. Zapisuję więc tylko główne punkty, żeby nie pomylić się w najprostszych rzeczach. Cała reszta jest w głowie.

W pisaniu ważna jest regularność. Trzeba to robić codziennie, bez dłuższych przerw, bo wtedy wypada się z rytmu. Historią, którą się tworzy, trzeba samemu żyć.

Który moment tworzenia książki jest pani ulubionym, a którego wolałaby pani uniknąć?

Najbardziej lubię moment, kiedy już wiem, że jestem w świecie moich bohaterów. Początek pisania to rozkręcanie się. Myślę wtedy: potrzebuję nowej postaci, potrzebuję konkretną scenę, muszę mieć dodatkowy wątek. Ten moment też jest ciekawy, ale to jeszcze nie jest etap, kiedy za wszelką cenę chcę usiąść do pracy, bo wiem, co dalej napisać. Kiedy w końcu wszystko zaczyna się ze sobą zazębiać, a historia niejako toczy się sama, można już tylko siedzieć i ją spisywać.

Oczywiście zdarzają się też momenty zawieszenia, kiedy akcja staje w miejscu i nie wiadomo, co dalej. Robię sobie wtedy dwu- trzydniowy detoks i w ogóle nie myślę o książce. Muszę gdzieś pojechać, coś zrobić, zająć głowę czymś innym. Potem siadam i wszystko wraca. Nie lubię takich dni, bo lubię pisać systematycznie. Kiedy nie wiem co dalej, czuję niepokój, że wybrałam złą drogę, bo przecież utknęłam. Na szczęście czasami potrzebne jest po prostu zwykłe „wyczyszczenie mózgu”, żeby zacząć od nowa.

A moment ukończenia i wysłania książki?

Lubię pisać zakończenie. Wtedy przyspieszam. Wiem, że wszystko się udało i spięło. Chciałabym wtedy jak najszybciej wysłać książkę, żeby zobaczyć czy to, co sobie wymyśliłam, ktoś odbierze tak samo.

Czy zawsze była Pani systematyczna?

Kiedy ma się dzieci, dom i rodzinę, to nie można w nieskończoność czekać na wenę, a potem z rozwianym włosem gdzieś na wzgórzu spisywać swoje złote myśli. Dla większości autorów to jest zwykła praca, tak jak dla tych wszystkich, którzy wychodzą rano, wracają o 16.00 czy 17.00  i w ciągu tych paru godzin robią to, co muszą. My mamy tak samo. Systematyczność jest w pewnym sensie narzucona. Gdyby człowiek czekał na natchnienie, to podejrzewam, że żadna książka by nie powstała.

Czy jest Pani w kontakcie z czytelnikami? Jak reagują oni na Pani książki?

Lubię nieoczywiste zakończenia, takie, w których czytelnik sam powinien sobie odpowiedzieć, co się wydarzy. Nie lubię książek, które kończą się ślubem, weselem i jednym wielkim wybuchem confetti. Niektórzy autorzy dopisują nawet „rok później”, dopowiadając wszystko ze szczegółami i nie zostawiając praktycznie żadnego pola dla wyobraźni. Moje zakończenia czasami denerwują czytelników tym, że absolutnie nie dają jasnej odpowiedzi. W Biurze przesyłek niedoręczonych dwoje ludzi nie może spotkać się przez kilkadziesiąt lat. Kiedy w końcu im się to udaje, nie opisałam jak wyglądało to spotkanie i co sobie powiedzieli, bo to było dla mnie drugorzędne. Każdy powinien sam sobie wyobrazić ten moment.

Oczywiście czytelnicy piszą do mnie, że „jak mogłam”, że „trzeba to dokończyć”, „nie można tak zostawiać innych w niepewności”.  A ja uważam, że można, a nawet trzeba, po to, żeby zmusić nie tylko do czytania, ale też do myślenia.

Jest pani dziennikarką, czy ta praca pomaga w pisaniu powieści?

Pracowałam bardzo długo jako dziennikarz. Nawet, kiedy napisałam pierwszą książkę, dalej pracowałam jako dziennikarka. Pisałam na wszelkie możliwe tematy. To bardzo mi teraz pomaga. Mam dobrą szkołę researchu i zbierania materiałów, którą wyniosłam jeszcze z tygodnika Wprost, w którym pracowałam prawie dziesięć lat. Wtedy nie było internetu, Google’a, Wikipedii. Jeżeli chciało się zdobyć jakąkolwiek informację, trzeba było do kogoś zadzwonić, spotkać się, albo pojechać do archiwum i przeglądać tony gazet, żeby zobaczyć, co ktoś na dany temat napisał. To mnie nauczyło, żeby szukać, drążyć, nie odpuszczać nawet przy drobiazgach.

Dla przykładu – akcja książki Kobiety ciężkich obyczajów toczy się w przedwojennej Warszawie. Potrafiłam kilka dni poświęcić na to, żeby zobaczyć, które ulice w tym okresie były wyłożone kostką brukową, a na których była jeszcze zwykła glina. Sprawdzałam, jak nazywały się poszczególne dzielnice, czy były tam już położone tory tramwajowe, co się wtedy jadło, w co się ubierano, do jakich domów mody chodziło, u kogo szyło buty, rękawiczki, kapelusze. Być może to wszystko jest nieistotne dla fabuły, ale dla mnie byłoby nieprofesjonalne nie sprawdzić tych danych. Z dziennikarskich lat wyniosłam naukę, że rzetelność jest podstawą dobrego pisania. Dopiero wtedy można całą książkę właściwie odebrać, bo widać, że ona jest prawdziwa. Natomiast, kiedy jest usiana błędami, to drażni i męczy mnie jako czytelnika.  Kiedy czytam, że Szczecin leży nad morzem, bo ktoś tego nie sprawdził, to po prostu nie mam więcej ochoty na takie „dzieło”.

Mówi się jednak, że nie jest łatwo zostać pisarzem. Jakie rady może Pani dać osobom, które o tym marzą?

Dzisiaj chyba wyjątkowo łatwo jest zostać  pisarzem, ponieważ wydawane są tak słabo napisane książki, że to aż przeraża. Na rynku króluje potworna liczba książek niechlujnych, napisanych złym językiem, ubogim, prostym, niestarannym. Podobnego języka używa się coraz częściej w radio i telewizji, a teraz wszedł dodatkowo do literatury, która przecież powinna być dla nas wzorem. Wielu autorów nie wie, co to jest synonim, ulegają więc manii powtarzania tych samych wyrazów, tworzą sztuczne dialogi, które nic nie wnoszą, nie mają pomysłu na fabułę, nie kończą wątków. Takich książek jest zatrzęsienie.

To niestety bardzo szkodzi literaturze kobiecej. Do jednego worka wrzucane są wszystkie książki, często niesprawiedliwie, bo jest dużo pisarek, które tworzą świetne powieści obyczajowe. Książek dobrych i mądrych jest naprawdę sporo, ale leżą na tej samej półce, co gnioty. Później trudno z tego wyjść. Dużo złego robi też self-publishing. Każdy może dzisiaj wydać książkę. Nieważne na jakim jest poziomie i nieważne, że jest po prostu słaba.

Jeśli jednak ktoś chce zostać na rynku dłużej i dać się zapamiętać jako dobry autor, to powinien przede wszystkim stawiać na warsztat. Nie można napisać książki i samemu się nią zachwycać. Dajmy szansę redaktorom, żeby powiedzieli, co jest złe, co trzeba poprawić. Nad powieścią trzeba pracować, nie można pisać jej na kolanie, dorzucić okładkę z piękną kobietą z rozwianym włosem i powiedzieć, że to emocjonalna historia o miłości. Trzeba wymyślić coś swojego, nie patrzeć na to, co piszą inni, nie kopiować pomysłów, okładek, tytułów. Mieć własną historię do opowiedzenia. Na niej się skupić i cały czas szlifować warsztat.

Co sądzi Pani o stereotypach związanych z literaturą kobiecą?

Nie pojawia się na jej temat sensowna krytyka, ponieważ po literaturę kobiecą nie sięgają poważni recenzenci, którzy mogliby powiedzieć coś, co by się nam przydało. U nas istnieje wysoka półka z literaturą naprawdę doskonałą, ale i trudną. Nie dla każdego. Wiele kobiet po całym dniu pracy nie weźmie takiej książki do łóżka. One chcą się zrelaksować, trochę odpocząć, co nie znaczy, że czytają tylko głupie powieści. Literatura kobieca też może zmuszać do myślenia. Niestety umieszcza się ją na najniższej półce, razem z tanimi romansidłami i napisanym na kolanie chłamem.  Środkowej półki nie ma. Chciałabym, żeby z książkami było tak jak z muzyką, żeby istniała „popowa” literatura, a nie tylko literackie disco polo i wyrafinowany jazz. Jest jeszcze coś pomiędzy!

Czy uważa pani, że Polacy czytają?

Statystyki pokazują, że nie czytamy. Ja mieszkam w Niemczech i niemiecka kobieta czyta średnio 52 książki w roku, czyli jedną na tydzień. Rzeczywiście, kiedy idzie się przez miasto, jedzie autobusem czy metrem, to ludzie nie mają w rękach komórek, tylko książki. Jednak w Polsce na krakowskie czy warszawskie targi przychodzą tłumy. Ludzie stoją w kolejkach, żeby dostać się do swoich ulubionych pisarzy i kupić ich powieści. Nie powiedziałabym zatem, że nie czytamy. Z mojej perspektywy ludzie kupują sporo książek i chyba coraz bardziej lubią po całym dniu przenieść się w inny świat.

Książka Pokój kołysanek ukazała się nakładem wydawnictwa Edipresse Książki. 

Pokój kołysanek, Natasza Socha
Fot. Materiały prasowe

Natasza Socha, pisarka, autorka książki Pokój kołysanek
Fot. Materiały prasowe

Wideo

Czy to już koniec matowych pomadek

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Po raz pierwszy Joanna Krupa z mamą! Rozmawiają o kobiecości, mężczyznach i… mężach!