Barbara Stuhr, Viva! 2016
Fot. Robert Wolański
O NIEJ SIĘ MÓWI!

Kto stoi za karierą Jerzego i Macieja Stuhra?

Jerzy Stuhr powtarza, że żyje dzięki swojej żonie!

Olga Figaszewska 25 lutego 2018 09:00
Barbara Stuhr, Viva! 2016
Fot. Robert Wolański

Kim jest ta wyjątkowa kobieta, która stoi za dwoma niezwykłymi artystami, których zna cała Polska: Jerzym Stuhrem i Maciejem Stuhrem? Ogromnie rzadko zdarza się, żeby sława i talent syna dorównywał sławie i talentowi ojca. Im się to udało. Może - w jakiejś części – właśnie dzięki niej? Dzięki Barbarze Stuhr. Żonie Jerzego i mamie Maćka. Już niedługo, bo 14.03.2018, na rynku ukaże się książka Beaty Nowickiej „Basia. Szczęśliwym się bywa”.

To ona stoi za sukcesem Jerzego i Macieja Stuhrów

Przez kilkadziesiąt lat spektakularnej kariery męża, a później także syna praktycznie nie istniała w medialnym świecie. Nie udzielała wywiadów (raz zrobiła wyjątek dla Vivy!) niczego nie komentowała, nie pokazywała się na bankietach, w telewizjach śniadaniowych, nie zabiegała o obecność w rubrykach towarzyskich.

Od czasu do czasu, podczas kolejnej głośnej premiery kolejnego wielkiego sukcesu Jerzego albo Maćka po prostu pojawiała się na zdjęciach u boku męża lub syna. Nie rzucała się w oczy. Zawsze Jerzy i Maciek byli na pierwszym planie. Barbarę znali przyjaciele.

Drobna i filigranowa, zawsze świetnie ubrana, z łagodnym uśmiechem i przenikliwym spojrzeniem niebieskozielonych oczu. Ale to tylko piękna, nieco złudna fasada, bo za nią kryje się kobieta o stalowym charakterze.

Teresa Czerniejewska-Herzig, przyjaciółka, trafnie ją opisała: „Basia może strasznie zwieść ludzi, bo jest taka cichutka, stoi skromnie z boku. Łatwo można się na to nabrać. Ona nie lubi się eksponować. Tak było od lat, nie ma w tym żadnej pozy. Ta powściągliwość zawsze Basię wyróżniała. Może taka jest z natury, a może przy Jurku nie można było inaczej? Dominacja natury Jurka jest przeogromna. To jest żywioł. Staranowałby wszystko swoją osobowością”.

Solo skrzypcowe i pięcioletni Jerzyk

W przedszkolu w Bielsku – Białej nauczycielka odkryła jej talent muzyczny. Rodzice kosztem ogromnych wyrzeczeń kupili córce małe skrzypce. Szybko nauczyła się grać Ave Maria, więc rodzina i znajomi zapraszali ją na śluby, bo była atrakcją – małe dziecko o wyglądzie aniołka stoi na środku kościoła i gra dla młodej pary solo skrzypcowe.

W tym samym przedszkolu poznała Jerzyka Stuhra, syna zastępcy prokuratora powiatowego w Bielsku. Choć mają wspólne zdjęcie, w ogóle go nie pamiętała. Któregoś dnia musiała zatańczyć z nim w parze krakowiaka. Pięcioletni Jerzyk był niezgrabny, deptał koleżance po stopach i Basia na niego była wściekła za to, że pani kazała jej z nim tańczyć. Nie lubiła go wtedy, ale zapamiętała.

W tamtych czasach do szkoły muzycznej chodziły dzieci z tzw. dobrych, inteligenckich domów. Bielska śmietanka towarzyska. Barbara była z rodziny chłoporobotniczej. Mama pochodziła z bogatych chłopów, tato z wiejskiej nędzy. Do pracy w fabryce poszedł na bosaka jako szesnastoletni chłopiec. Ich miejskie życie to był gigantyczny sukces życiowy. Ale Barbara się w tym świecie dusiła. Muzyka była dla niej wybawieniem, szansą na inne życie. Jerzy chodził do liceum ogólnokształcącego, ona muzycznego, widywali się na lekcjach religii w salce parafialnej, gdzie… czytali poezję Gałczyńskiego.

W 1966 roku dostała się na skrzypce na Akademii Muzycznej w Krakowie. Była w euforii, że będzie studiowała w Krakowie. Znalazła się w klasie profesora Zbigniewa Szlezera, świetnego skrzypka. Bardzo się polubili. Studia na Akademii Muzycznej były elitarne, ale ona w ogóle nie czuła się jak zahukana dziewczynka z prowincji, choć była z prowincji i wyglądała na kruchą i bezbronną. Została Najmilszą Studentką PWSM. Roztaczała wokół siebie aurę wyjątkowości i niedostępności, nawet o tym nie wiedziała. Ale wiedziała, czego chce. Zostać świetną skrzypaczką.

Rok później zakochała się... we Włoszech. Zdała trudny egzamin i otrzymała stypendium na światowej sławy Akademii Santa Cecilia w Wenecji.

Barbara: „Miałam dziesięć oficjalnych dolarów, prezent od rodziców i dziesięć dolarów, które podarowała mi ciotka. Tato zrobił mi w bucie specjalną dziurę i tam je schowałam. Na Okęciu wsiadałam do samolotu ze skrzypeczkami i małą tekturową walizeczką. W środku: dwie sukienki, spódnica, bluzka, jedna para butów i sweter”. To ona zaraziła Jerzego Stuhra miłością do Włoch, ona go zainspirowała.

To nie był grom sycylijski

Z Jerzym spotkali się przypadkowo na schodach Wyższej Szkoły Muzycznej i PWST. Schody były wspólne, ponieważ obie uczelnie mieściły się w tym samym budynku. Nie widzieli się ponad rok, odkąd Jerzy pierwszy wyjechał z Bielska na studia do Krakowa. Nie poznał Basi. Zmieniła się, wydoroślała, wypiękniała. Stanęli w kącie na korytarzu, żeby porozmawiać. Tak to się zaczęło.

To nie był żaden grom z jasnego nieba ani piorun sycylijski. Było wzajemne zaciekawienie, przyciąganie. Na początku ważne było to, że są z jednego miasta, że mają te same punkty odniesienia, że jego pasjonuje teatr, ją muzyka i że rozsadza ich to euforyczne poczucie, że wreszcie życie należy wyłącznie do nich. Takie rzeczy łączą, budują bliskość. Na tym można zbudować miłość.

Są dwie wersje oświadczyn. Wersja Jerzego brzmi tak: oświadczył się w klubie studenckim Żaczek, powiedział to tak jakoś niezgrabnie, bo akurat w oświadczaniu się nie miał wprawy, że Basia się rozpłakała. Wszyscy dookoła wywijali rock and rolla, a Basi kapały łzy. W wersji Basi: w klubie Zaścianek, w podziemiach akademika Politechniki Krakowskiej przy ul. Bydgoskiej Jerzy złożył pierwszą deklarację o wspólnej przyszłości. Powiedział, chyba: – Może byśmy tak razem spędzili życie… Basia nie miała wprawy w przyjmowaniu oświadczyn, więc popłakała się ze wzruszenia. W tle słychać było jazz na żywo. Czuła się szczęśliwa. Była wiosna 1968 roku.

Barbara: „Długo nie zastanawiałam się, gdzie będziemy mieszkać, z czego będziemy żyć i jak. Klepaliśmy biedę, jedliśmy jeden studencki obiad na spółkę, bo nie mieliśmy pieniędzy, ale czuliśmy się wolni. Żyliśmy w jakimś sensie z dnia na dzień, sztuką, liczył się spektakl, w którym Jurek wystąpi, film, w którym zagra, przedstawienie przyjaciół, na które pójdziemy, jakieś moje koncerty, wspólne wieczory w SPATi- F-ie nazywanym wylęgarnią talentów”.

Po pierwszych sukcesach filmów Kieślowskiego, Jerzy zaczął grać, grać i grać. A to granie wiązało się z nieustannymi wyjazdami z Krakowa. Na świecie pojawił się Maciek. W pewnym momencie wariactwo osiągnęło apogeum.

Przyjeżdżał na spektakl, Barbara przyprowadzała Maciusia do garderoby, witali się, omawiali najważniejsze sprawy domowe, Jerzy wychodził na scenę, grał, żona wracała do domu, zostawiała dziecko teściowej i z powrotem do teatru, żeby zanieść Jerzemu czyste koszule. Po spektaklu żegnali się, Jerzy wsiadał do zaprzyjaźnionej taksówki i jechał w Polskę na plan filmowy. Tak żyli miesiącami. Latami.

Samotność muzyka

Jerzy grał. Barbara musiała pogodzić dwa światy. Opiekowała się rodziną: dom, dzieci, szkoły, zaopatrzenie, remonty, przeprowadzki… cała logistyka to była ona. Ale równocześnie pielęgnowała ambicje, chroniła świat swojej muzyki. W cieniu szalenie mocnej osobowości męża, a potem także syna, potrafiła zbudować własne, bogate życie zawodowe. Połączenie i pogodzenie tych dwóch sfer wymagało od niej ogromnego wysiłku. Nie każda kobieta znalazłaby w sobie tyle silnej woli, żeby dokonać czegoś takiego. Ona dała radę.

Barbara: „Skrzypce są jednym z najtrudniejszych instrumentów. Żeby urzeczywistnić wizję muzyczną, którą masz w głowie, musisz pokonać materię instrumentu i przezwyciężyć ograniczenia własnego ciała, a jest to długa i mozolna droga”. Na początku trafiła do prestiżowej Capelli Cracoviensis, z którą koncertowała niemal w całej Europie.

Potem pojawiła się Muzyka Centrum. To była współczesna muzyka, grało się mnóstwo rzeczy nowych, niespotykanych, światowe premiery. Momentem szalenie ważnym w jej zawodowym życiu było założenie swojego kwartetu Amar Corde: pierwsze koncerty, pierwsze płyty to były wielkie wydarzenia. Znów jeździła po całym świecie z koncertami.

Jerzy Stuhr był bardzo dumny z grania żony. Doceniał wysiłek, jaki w to wkłada. Widział, że bycie muzykiem wymaga dużo więcej pracy niż aktorstwo. Wymaga ogromnej dyscypliny: jak się nie ćwiczy codziennie kilka godzin, nic się z tego nie ma.

Córka Marianna tak to widzi: „Mama wybrała sobie cholernie trudny zawód, ale on ją niesamowicie ciągnął, niósł, uskrzydlał, dawał poczucie własnej wartości i siłę. Wykorzystywała to na tyle, na ile pozwalała jej rodzina. Nie chciała poświęcić domu, ponieważ to by oznaczało porzucenie nas. Zawsze byliśmy priorytetem. I to, żeby tata robił wielką karierę. Przyjeżdżał do gotowego domu – zadbanego, pachnącego, bezpiecznego. On nie potrafił bez tego żyć”.

Wieloletnia przyjaciółka Maria Serafinowicz -Molska obserwowała tę walkę Barbary przez wiele lat: „Jej kunszt muzyczny nie był doceniany jak należy. Ale nie mógł być, ponieważ zbiegły się różne rodzinne kariery i co chwilę było coś ważniejszego. Zawsze była jakaś rola Jurka, jakiś sztuka Jurka, jakiś film Jurka, a potem na zmianę Jurka i Maćka, o których nagle mówiła cała Polska.

Nikt nie zaprzątał sobie głowy jakimś koncertem Basi. Jurek starał się chodzić na koncerty żony, ale to nie było to. Nie ona była na zdjęciach, nie ona wisiała na plakatach, nie ona udzielała setek wywiadów na każdy temat. Trzeba mieć dużo skromności, żeby wycofać się na dalszy plan w sposób tak świadomy: swoje wiem, znam moją wartości, ale to nie ja jestem najważniejsza. Bardzo ją podziwiam, że potrafiła usunąć się w ten cień”.

Życie jej nie oszczędzało.

Sama mówi o sobie: „Silna i słaba jestem. Silna, bo mam to z natury, a słaba, bo za bardzo dostawałam w życiu w łeb”. Chwilę po swoich pięćdziesiątych urodzinach zrezygnowała z pracy zawodowej. Od tamtej pory nie wzięła skrzypiec do ręki. Postanowiła poświęcić się rodzinie, to była przemyślana decyzja, a jednocześnie bardzo trudny okres w jej życiu.

Przez wiele miesięcy nie potrafiła odnaleźć się w „nowym” wcieleniu. Kołem ratunkowym okazał się Unicorn, stowarzyszenie wspierające ludzi dotkniętych chorobą nowotworową, które współzałożyła niemal 20 lat temu. Czasami mówi, że może to był jakiś znak?

Jej działalność charytatywna splotła się z dramatycznymi, rodzinnymi doświadczeniami: chorobą Marianki, a potem męża, którego lekarze w pewnym momencie skazali na śmierć. To ona wtedy się nie poddała. Jerzy Stuhr powtarza, że żyje dzięki swojej żonie.

W Unicornie, 19 lat temu założyła swój Klub dla pacjentów onkologicznych i ich bliskich. Zapraszała ciekawych ludzi na spotkania: aktorów, reżyserów, muzyków, artystów plastyków, astronomów, filozofów, astrologów, dietetyków, chodzili razem do teatru, filharmonii, do kina, wyjeżdżali czasami na weekendy. Spotykali się co tydzień, w każdy wtorek.

Unicorn wielu ludziom dał nowe życie, nową nadzieję, szansę na przeżycie. Barbara oddała klubowi swój czas i swoje życie prywatne, przyprowadziła do nich całą rodzinę, zaprosiła do swojego domu na wsi. Oddała całe serce. Przy każdej okazji mówią o niej: – To jest nasz Anioł.

Miłość na całe życie

Kiedy państwo Stuhrowie obchodzili trzydziestą rocznicę ślubu, Jerzy Stuhr żartobliwie ob- liczył, że z tego piętnaście lat nie było go w domu, więc wciąż są młodym małżeństwem. Jego szczęście polegało na tym, że Barbara rozumiała, że praca jest sensem jego życia. Nie walczyła z tym. Lepiej funkcjonował jako członek rodziny, którego często nie było w domu. Rodzina go czasami męczyła. Barbara nią żyła.

Przeżyli prawie pięćdziesiąt lat w środowisku artystycznym, które nie sprzyja długim związkom. Zdrady, rozstania, romanse, rozwody, trójkąty... są tam smutną rzeczywistością. Wielu kolegów Jerzego Stuhra po fachu, wybitnych aktorów, próbowało szczęścia u boku drugiej, trzeciej, czwartej kobiety. Jemu taki pomysł nie wpadł do głowy. Może ważne jest to, że on wciąż WIDZI swoją żonę.

Barbara Stuhr: Całe życie staram się pamiętać o tym, co stanowi o pięknie kobiety: to nie tylko kobiecość, stroje, uroda, ale i osobowość, ciepło, esprit, relacje, które potrafi stworzyć. To nie ma nic wspólnego z wiekiem. To coś, co emanuje ze środka, to coś, co powoduje, że czuję się zawsze piękna dla mojego męża.

Od lat na plaży noszę kostiumy jednoczęściowe, mam już swój wiek, a one mi zapewniały bezpieczny komfort. Niedawno, przed wyjazdem na Sycylię mąż powiedział: – Basia, kup sobie strój dwuczęściowy. – Nie, bo mam brzuch. – Ale ja kocham ten brzuch. No to musiałam sobie kupić strój dwuczęściowy.

Cytaty pochodzą z książki naszej dziennikarki, Beaty Nowickiej: „Basia. Szczęśliwym się bywa”, wyd. W.A.B. premiera 14.03.2018 

Barbara Stuhr, książka
Fot. materiały prasowe

 

Jerzy Stuhr, Barbara Stuhr, Viva! 2016
Fot. Robert Wolański

 

Jerzy Stuhr, Barbara Stuhr, Viva! 2016
Fot. Robert Wolański

Wideo

Dziś wypada 3. rocznica ich ślubu. Oto historia miłości Agnieszki i Piotra Woźniak-Staraków

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Wydanie La Dolce VIVA!, a w nim: Ania Starmach, jurorka polskich edycji MasterChef oraz MasterChef Junior, o związkach – tych rodzinnych oraz ze sztuką i kuchnią. Piotr Adamczyk naszym przewodnikiem po Rzymie. Jak to się dzieje, że Monica Bellucci z każdym rokiem staje się… piękniejsza. Włoszka Tessa Capponi-Borawska o arystokratycznych korzeniach i o tym, kto zaszczepił jej pasję gotowania.