Robert Janson, Monika Kuszyńska, festiwal w Opolu, czerwiec 2001
Fot. MIECZYSLAW WLODARSKI/REPORTER
O NICH JEST GŁOŚNO

Zrobił z niej gwiazdę, tragedia zmieniła wszystko. Trudne relacje Moniki Kuszyńskiej i Roberta Jansona

Artystka w swojej biografii kierowała pod jego adresem mocne oskarżenia

Konrad Szczęsny 7 czerwca 2023 13:51
Robert Janson, Monika Kuszyńska, festiwal w Opolu, czerwiec 2001
Fot. MIECZYSLAW WLODARSKI/REPORTER

Tragiczny wypadek, do którego doszło 28 maja 2006 roku, był dla obojga z nich niewyobrażalnie trudnym doświadczeniem. Robert Janson – twórca legendarnej grupy Varius Manx, która w latach 90. była na absolutnym szczycie. Monika Kuszyńska - wokalistka, dla której przygoda z show-biznesem zaczęła się właśnie od tej formacji. Jeden dzień zmienił w ich życiu wszystko... W wydanej ponad sześć lat temu biografii artystka rozliczyła się z przeszłością i nie szczędziła muzykowi gorzkich słów, mimo że wcześniej go broniła przed mediami. On uparcie milczy, mimo kolejnych oskarżeń. Jaka jest prawda na temat ich relacji?

Monika Kuszyńska, Robert Janson i Varius Manx: „u wokalistów wzbudzał respekt, był legendą”

Miała zaledwie 20 lat, gdy zastąpiła Kasię Stankiewicz jako główna wokalistka Varius Manx. W wakacje 2000 roku poznała Roberta Jansona. Już wówczas w branży wzbudzał mieszane uczucia...

„W tamtym czasie Janson był jurorem w jednym z pierwszych talent show nadawanych w polskiej telewizji. Program nosił tytuł „Zostań gwiazdą” i miał wyławiać młodych, zdolnych wokalistów. Nawet nie wiem, czy któryś z nich odniósł sukces. Z pewnością jednak rola Roberta budziła kontrowersje. Był bezwzględnym, surowym jurorem, który nie przebierał w słowach. Nieraz otwarcie krytykował wykonawców, nie szczędząc im ostrych uwag”, wspominała Monika Kuszyńska na łamach książki „Drugie życie”, napisanej wspólnie z Katarzyną Przybyszewską-Ortonowską w 2015 roku.

Ona była jednak w niego zapatrzona. Sama wychowywała się na przebojach Varius Manx, w latach 90. słuchała ich razem z innymi nastolatkami. Latem 2000 roku była wokalistką zespołu Farneheit, który tworzyła razem z Krzysztofem Tonnem, Bartoszem Sapotą, Radosławem Osowskim i Dariuszem Piekarą. Udało im się nawet nagrać kilka piosenek, w tym single „Film”oraz „Sens istnienia”. Próbowali także dostać się do opolskich Debiutów, ale bezskutecznie. Jednak z racji tego, że pochodzili z jednego miasta i grali próby w tym samym miejscu, co kultowa formacja, losy tych dwóch zespołów nieoczekiwanie splotły się.

Jawił mi się jako postać niemal mityczna. Charyzmatyczny lider jednego z najlepszych wówczas pol­skich zespołów, twórca wielkich przebojów, które śpiewała cała Polska. Również i ja. Dwie płyty, które zespół nagrał z pierwszą wokalistką Anitą Lipnicką, znałam na pamięć. Mogłam śpiewać te piosenki nawet obudzona w środku nocy. Uwielbiałam tek­sty Anity i jak to nastolatka bardzo się z nimi utożsamiałam. Obie kasety „Emu” i „Elf” zajeżdżałam niemal na równi z moim ukochanym „Dotykiem” Edyty Górniak. Czy mogłam przy­puszczać, że kiedyś zostanę wokalistką Varius Manx? Nigdy. Nawet w najśmielszych marzeniach”, zwierzała się w swojej biografii.

W końcu los się do niej uśmiechnął. Krzysztof, kolega z zespołu, wręczył jednemu z muzyków formacji demówkę, którą nagrali, by przekazał ją Jansonowi (ten nie pojawiał się na próbach). „Może przekazałby ją komuś z wytwórni albo z radia? Ma przecież tyle znajomości...”, miał powiedzieć. Nie było to trudne: zarówno Varius Manx, jak i Farneheit mieli tę samą salę prób. I wiele wskazuje na to, że lider tej pierwszej wręczoną mu płytę przesłuchał, ale... w jego głowie pojawiła się inna myśl niż oczekiwali ci, którzy ją nagrali.

Młodszym kolegom zaproponowano, by wystąpili jako support przed koncertem Variusów w Tomaszowie Mazowieckim pod Łodzią. Zgodzili się z wielką radością. Czuli ekscytację, wiedzieli, że to ich szansa. Monika Kuszyńska wspominała, że dała z siebie wówczas wszystko. A po występie w końcu poznała legendę – Roberta Jansona.

„Podszedł do mnie i nie podnosząc oczu z ziemi wymamro­tał jakieś jedno czy dwa zdania. Trudno było coś wychwycić, bo gwar zagłuszał wszelkie rozmowy. Poza tym twarz mojego rozmówcy była całkowicie zasłonięta daszkiem jego nieodłącz­nej czapki. Wystawał spod niej jedynie nos. Byłam tym nieco zdezorientowana. – Czemu nie spojrzał mi w oczy? – zastanawiałam się. Dopiero później pojęłam, że po prostu taki ma styl. Jedyne, co wtedy udało mi się wychwycić z jego wypowiedzi, to jakaś lakoniczna pochwała. Coś w rodzaju: – Fajnie, fajnie, rób tak dalej. W jego ustach brzmiało to jednak jak największy komplement”, podkreślała na łamach swojej biografii.

ZOBACZ TEŻ: Wypadek zmienił życie Moniki Kuszyńskiej: „Wreszcie wyszłam z tego więzienia, które sobie stworzyłam”

„Sam fakt, że podszedł do mnie tamtego wieczoru, był wielkim wyróżnieniem. Postrzegałam go przecież jako muzycznego guru, wspaniałego kompozytora. Te kilka sekund, które mi wówczas poświęcił, sprawiło, że poczułam się nazna­czona palcem Boga”, wspominała. I tak też się stało. 

Po tym spotkaniu techniczny, który pomagał obu zespołom, powiedział do członków Farenheita: „Zobaczycie, chłopaki, że on ją weźmie do zespołu. Będzie następna po Kasi”, stwierdził bez grama niepewności. Oczywiście wszyscy zaczęli się śmiać i wyrazili niedowierzanie. „Znam go, nie podszedłby, gdyby nie miał takich planów”, obstawał jednak przy swoim mężczyzna.

I jego słowa okazały się prorocze. Jednak nie od razu. Przez kolejne tygodnie nie działo się zbyt wiele. Monika Kuszyńska wraz z koleżanką wyjechała na wakacje nad morze. Pogoda jednak nie dopisywała, padało, obie miały do dyspozycji jedynie ciasny namiot i niewiele pieniędzy. I gdy wydawało się, że nic już się nie zmieni, zadzwonił telefon 20-letniej wówczas, początkującej wokalistki. „Tu Robert Janson”, usłyszała po drugiej stronie.

Zaproponował jej nagranie trzech utworów do publishingu. „Tyle że zależy mi na czasie. Nagrywamy pojutrze w studiu pod Łodzią. Możesz wpaść?”, zapytał. Ona co prawda odparła, że jest nad morzem, ale wiedziała, że taka szansa może się nie powtórzyć. Nazajutrz wsiadła w pociąg i pojechała na nagrania. 

Przebiegły bezproblemowo. Nie otrzymała za nie wynagrodzenia – taka była umowa. „Okej, postaram się załatwić jakąś reklamę, wtedy coś zarobisz”, skwitował Robert Janson. Ale po dwóch tygodniach zadzwonił ponownie. Tym razem w studio miała wykonać kilka ulubionych utworów Varius Manx. W teorii członkowie formacji chcieli sprawdzić, jak brzmi po polsku (przy poprzedniej sesji śpiewała w wymyślonym języku). W praktyce był to ostateczny sprawdzian przed dołączeniem do zespołu...

Nie poszło jej najlepiej. Była zestresowana. Nie brzmiała tak, jak by chciała. Wiedziała, że traci swoją szansę. „Nie pamiętam już, jakie pio­senki śpiewałam, może „Księżycową”, może „Orła cień” i pewnie jeszcze kilka innych. Nie wyszło to jednak dobrze. Tonacje nie były komfortowe dla mojego głosu, tu za nisko, tam za wysoko. Czułam, że grzęznę”, wspominała.

Ale dano jej jeszcze jedną szansę. Miała sama napisać teksty do utworów, do których muzykę skomponował Robert Janson. Tym razem poszło jej znacznie lepiej. Otrzymała angaż, choć nikt jej o tym nie powiedział wprost. Po prostu pod koniec roku została zaproszona na próby.

Zespół Varius Manx, Monika Kuszyńska, Robert Janson, Opole, czerwiec 2001
Fot. MIECZYSLAW WLODARSKI/REPORTER

Zespół Varius Manx, Monika Kuszyńska, Robert Janson, Opole, czerwiec 2001

Monika Kuszyńska i Robert Janson: ona go oskarżała, on uparcie milczał

Początkowo wszystko szło fantastycznie. Monika Kuszyńska nagrała wokale na kolejną płytę formacji, zatytułowaną „Eta”. Singiel, który promował wydawnictwo – „Maj”  – świetnie przyjął się w rozgłośniach radiowych. Ona czuła dumę. Poznała smak sukcesu. Ale z racji tego, że do utworu nie powstał teledysk, nikt nie wiedział długo, jak wygląda. Aż do wiosny 2001, gdy pojawiła się wraz z innymi członkami Varius Manx na festiwalu w Opolu.

Co prawda nie na scenie a za kulisami, ale wytwórnia zorganizowała wówczas konferencję prasową. Po raz pierwszy 21-latka zetknęła się z dziennikarzami. Mimo że, jak sama twierdzi, nie była zbyt pewna siebie, dobrze radziła sobie w tej konfrontacji. Pytano ją oczywiście, jak czuje się jako następczyni Anity i Kasi, jak odnajduje się w nowej roli. 

„Nie miałam pojęcia, co mam robić, i denerwowałam się, jak wypadnę. Na szczęście był przy mnie Robert Janson, którego w tamtym czasie niezmiernie podziwia­łam. Byłam pewna, że jeśli będę postępować zgodnie z jego wy­tycznymi, na pewno się uda. On wszystko wiedział najlepiej”, wspominała w książce „Drugie życie”. 

I to poczucie stało się symptomatyczne dla ich dalszej współpracy. Nie zawieść go. Za wszelką cenę...

Robiłam więc tak, jak mówił, byłam grzeczną uczennicą. Ba­łam się go zawieść i to uczucie pozostało we mnie do końca na­szej współpracy. Było we mnie nawet wtedy, gdy prawie całkowicie przestaliśmy się rozumieć. Zawsze czułam do niego jakiś nieopisany respekt. Tamtego dnia w Opolu rozważałam w du­chu, że nie mogę go zawieść, przecież mnie wybrał, uwierzył we mnie. Może więc jestem dobra?”, zastanawiała się.

Ale kolejne krążki nie sprzedawały się tak dobrze, jak poprzednicy. Ani „Eno”, ani „Emi” i pochodzące z nich single nie podbiły list sprzedaży i przebojów. Co prawda zajęli 1. miejsce na Festiwalu Piosenki Krajów Nadbałtyckich w szwedzkim Karlshamn z „Moim Eldorado” w lipcu 2002, zaś w styczniu 2003 wzięli udział w pierwszych polskich preselekcjach do Eurowizji z utworem „Sonny”, ale nie zmieniło to napiętej atmosfery w zespole.

Przy pracach nad drugim wspólnie nagranym albumem, „Eno”, między Moniką Kuszyńską a Robertem Jansonem miało dojść – według relacji wokalistki – do ostrzejszej wymiany zdań. „Jechaliśmy samochodem do Warszawy, gdy Robert od niechcenia rzucił: – Chciałbym, żeby jedną piosenkę na płycie zaśpiewała Olissa. Olissa była czarnoskórą wokalistką, którą Robert poznał w Łodzi i zaangażował do naszych chórków. Zawsze chciał mieć w zespole egzotyczną dziewczynę. Wiedziałam, że pracowali też wspólnie przy innych projektach.

Zaniemówiłam. I nagle w jednej chwili z pokornej dziewczynki, która tylko słucha, zamieniłam się w lwa. – Jak to? – oburzyłam się. – Druga wokalistka na płycie? Nie, nie zgadzam się na to! Jak to będzie wyglądało? – Świetnie nagrała jedną z piosenek... – zaczął przekonywać. Przerwałam mu. – To może ja spróbuję nagrać tę piosenkę? Spojrzał na mnie spod byka. – Nie – odpowiedział. – Bo ty źle ją śpiewasz”, miała usłyszeć.

Sytuacja z roku na rok tylko się pogarszała. Nie zmieniły tego huczne obchody 15-lecia zespołu. Aż nadszedł pamiętny 28 maja 2006 roku...

CZYTAJ TEŻ: „Dzięki Kubie odzyskałam kobiecość”... Oto historia miłości Moniki Kuszyńskiej i Jakuba Raczyńskiego

Robert Janson, Monika Kuszyńska, festiwal w Opolu, czerwiec 2001
Fot. MIECZYSLAW WLODARSKI/REPORTER

Robert Janson, Monika Kuszyńska, festiwal w Opolu, czerwiec 2001

Wypadek Moniki Kuszyńskiej i Varius Manx:  podwójna tragedia

Dzień wcześniej grali koncert w Miliczu. Monika Kuszyńska bardzo denerwowała się przed wyjściem na scenę – sama się temu dziwiła. „Czuję się, jakbym miała występować w Opolu – powiedzia­łam menedżerce tuż przed wyjściem na scenę. Udział w opolskim festiwalu zawsze wywoływał we mnie monstrualny stres. Ale dlaczego nagle tu, w Miliczu, na zwykłym pikniku, jakich miałam za sobą setki, dopadła mnie aż taka tre­ma? Co było tak niezwykłego w tym koncercie?  Zupełnie jakby miał to być mój ostatni raz, przemknęło mi przez myśl. Ale szybko uleciało mi to z głowy”.

W nocy nie mogła zasnąć. Denerwowała się, była niespokojna. Wcześnie rano do drzwi jej pokoju zapukał Robert Janson. „Wstaliśmy wcześnie, by nie tracić czasu i szybko dojechać do domu. Otworzyłam mu nieco nieprzytomna po nieprzespanej nocy. Chwilę później zjedliśmy wspólnie jajecznicę w hotelowej re­stauracji. Po ósmej byliśmy w aucie. Przez te wszystkie lata na koncer­ty jeździliśmy busem. Woziło nas na przemian kilku doświad­czonych kierowców. Tylko w wyjątkowych przypadkach muzycy przyjeżdżali własnymi samochodami. Właśnie taka wyjątkowa sytuacja miała miejsce tym razem. Jeden z chłopaków musiał  wracać wcześniej, ze względu na Pierwszą Komunię Świętą dziecka. Potrzebowaliśmy więc dodatkowego samochodu”, wyjaśniała na łamach swojej biografii.

Na ochotnika zgłosił się właśnie Robert Janson. Wywołało to nie lada sensację, bowiem mimo posiadania prawa jazdy, nikt wcześniej nie jechał z nim samochodem. Jednak kilka tygodni wcześniej kompozytor kupił sobie nowe auto: jeepa cheeroke. 

„Miałam dylemat, czy wrócić w nocy bu­sem, czy zabrać się z nim rano. O ironio, pomyślałam, że podróżowanie w nocy nie jest bezpieczne i lepiej będzie poczekać do świtu. Zresztą nie jechaliśmy we dwoje. Byli z nami Michał, gitarzysta, i Leszek, realizator dźwięku, najbliższa mi osoba w zespole. Negocjowaliśmy przez chwilę, kto ma gdzie siedzieć. Zaproponowałam, by Leszek usiadł z przodu. Bałam się, że nie będę się czuła komfortowo, nie wiedziałam, o czym miałabym rozmawiać z Robertem, a droga przed nami długa.

– Wy, faceci, szybciej się dogadacie – przekonywałam Leszka, ale uparł się, że odstąpi mi wygodniejsze miejsce. Przecież mia­łam za sobą nieprzespaną noc. Leszek nieświadomie oddał mi nie tylko przedni fotel. Dziś wiem, że negocjowaliśmy znacznie więcej niż tylko miejsce. Negocjowaliśmy los”, podkreślała na łamach „Drugiego życia”.

Pogoda była „paskudna, zupełnie jak w listopadzie, choć był koniec maja”. Wiało, padało, w trakcie jazdy samochód kołysał się i bujał, poddawany sile żywiołu. „Nie musiałam wymyślać tematów rozmów. Nie ujechali­śmy daleko. Rozpędzony na wąskiej, śliskiej drodze jeep rozbił się zaraz za Miliczem”, opisywała Monika Kuszyńska.

Najbardziej ucierpiała właśnie ona oraz Robert Janson. Oboje wylądowali w szpitalu. On stracił przytomność, kolejne operacje nie gwarantowały, że przeżyje. W jej przypadku stan był o tyle lepszy, że szybciej odzyskała przytomność. Był z nią kontakt. Oboje mieli jednak poważne urazy kręgosłupa. Kolejne miesiące mijały im na długim pobycie w szpitalu, rehabilitacjach i medycznych konsultacjach. Mimo że Monika Kuszyńska wciąż miała nadzieję, że pewnego dnia stanie o własnych siłach, lekarze od początku bez ogródek przyznawali, że szansa na to jest niewielka.

W tym trudnym czasie mogła liczyć na swoją siostrę Martę oraz rodziców. Przy jej łóżku pewnego dnia pojawił się również sprawca zdarzenia, który siedział za kierownicą feralnego majowego poranka. Przeprosił za to, co się stało. I mimo tego, że w książce pod jego adresem Monika Kuszyńska formułowała ostre oskarżenia, mało kto pamięta, że w styczniu 2008 roku wydała oświadczenie, w którym jak lwica broniła go przed medialnymi atakami. „Niniejsze oświadczenie to mój moralny obowiązek. Pragnę zatem zdementować wszelkie plotki jakoby Robert Janson nie interesował się moją osobą, czy też nie pomagał mi w tej trudnej walce. To, co nas spotkało, to nasza wspólna tragedia i nie wyobrażamy sobie, jak mogłaby nas ona nie połączyć w dążeniu do celu, jakim jest w tej chwili moje odzyskanie sprawności. Zapewniam więc, że pozostajemy ze sobą w bliskim kontakcie i z całą pewnością mogę liczyć na wsparcie Roberta w sferze zarówno finansowej, jak i psychicznej. Nie potrafię nawet wyobrazić sobie, jak niskimi pobudkami i jak wielkim brakiem empatii kierują się osoby rzucające tak poważne oskarżenia. Oskarżenia bezpodstawne i fałszywe! Mam nadzieję, że od tej chwili nie będą mieli Państwo wątpliwości, co do prawdziwego stanu rzeczy”, pisała wówczas.

Co jeszcze dziwniejsze, mimo że Monika Kuszyńska zapewniała w wywiadach, że nie ma żalu do kolegi z zespołu, w pewnym momencie zdecydowała, że nie chce utrzymywać z nim kontaktu. „Pewnego dnia napisałam do Roberta SMS z prośbą, aby więcej się ze mną nie kontaktował. Kurtuazyjne rozmowy, relacja budowana na poczuciu winy... To nie miało sensu”, wyjaśniła zdawkowo piosenkarka w „Drugim życiu”.

Co jakiś czas w mediach pojawiały się doniesienia, że lider Varius Manx podejmował kolejne próby pojednania. Bezowocnie... Jaka jest prawda na temat tej relacji? Dlaczego Monika Kuszyńska odrzuca wyciąganą do niej dłoń? Tego, póki co, nie wiadomo...  

Czytaj także: Córka Roberta Jansona wychowała się z dala od show-biznesu. Dziś ma 22 lata i wyrosła na prawdziwą piękność

Monika Kuszyńska, Robert Janson, Warszawa, Studio Koncertowe Polskiego Radia, 17.11.2003 rok
Fot. PIOTR FOTEK/REPORTER

Monika Kuszyńska, Robert Janson, Warszawa, Studio Koncertowe Polskiego Radia, 17.11.2003 rok

Monika Kuszyńska, Marta Kuszyńska, studio Dzień Dobry TVN, Warszawa, 10.02.2013 rok
Fot. PIOTR BLAWICKI /DDTVN/ EAST NEWS
Monika Kuszyńska, Marta Kuszyńska, studio Dzień Dobry TVN, Warszawa, 10.02.2013 rok

Redakcja poleca

REKLAMA

Wideo

Jedno zdjęcie Roxie Węgiel wywołało lawinę komentarzy. Odpowiedziała: „Ludzie muszą się przyzwyczaić, że jest inaczej”

Akcje

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

NATALIA KUKULSKA I MAŁGORZATA SOCHA: przyjaciółki w rozmowie pełnej czułości, kobiecej energii i śmiechu. O TYM SIĘ MÓWI: była najbardziej znienawidzoną kobietą na świecie, dzisiaj jest kochana i podziwiana. Czy KRÓLOWA CAMILLA aż tak się zmieniła, czy Brytyjczycy zmienili front? ELIZA RYCEMBEL: jedna z najzdolniejszych aktorek młodego pokolenia nie pogardziłaby epizodami, ale… reżyserzy widzą ją w głównych rolach. MARIA ROTKIEL: uznana psycholog apeluje: „Dziewczyny, musimy być dla siebie ważne!”.