Nina Nowak
Fot. Materiały prasowe
ZE ŚWIATA KSIĄŻKI

Przeżyła piekło wojny, odniosła wielki sukces. Niezwykłe życie Niny Novak, najwybitniejszej polskiej baletnicy

Przeczytaj fragmenty jej biografii

Konrad Szczęsny 2 marca 2020 17:50
Nina Nowak
Fot. Materiały prasowe

Z obozu pracy ocaliła ją kobieta, która wiedziała o jej niezwykłym talencie. Ale Nina Novak przez lata nie potrafiła opowiadać o traumie wojny. Dopiero od niedawna stara się z nią zmierzyć. 97-letnia najwybitniejsza polska baletnica zdecydowała się opowiedzieć o swoim barwnym, pełnym wzlotów i upadków życiu Wiktorowi Krajewskiemu. Tak powstała niezwykłe książka „Taniec na gruzach”, której obszerne fragmenty publikujemy poniżej.

Kim jest Nina Novak? Fragmenty książki „Taniec na gruzach”

„– Razem z siostrą i innymi kobietami trafiła pani do obozu pracy.

– Jena/Thüringen stało się miejscem, w którym od tej pory miałam egzystować. Bo to nie było życie. To była egzystencja. Przyznano nam racje żywieniowe. Zakwaterowano w barakach. Codziennie musiałyśmy pracować po kilkanaście godzin. Fizycznie. Ale to nie było najgorsze. Nigdy nie zapomnę, jak poszłam do stołówki. Przeżyłam prawdziwy szok, widząc malutkie dzieci. Gotowe jeść z ziemi. Błagające o cokolwiek do jedzenia. Wychudzone, brudne, opuszczone, bez rodziców… Tak nie powinno wyglądać dzieciństwo. Wtedy zdałam sobie sprawę, że one mają trudniej, bo nie rozumieją sytuacji, w jakiej się znalazły.

Dlaczego, zamiast bawić się na podwórku w ciuciubabkę czy chowanego, znalazły się w przerażającym miejscu, gdzie ludzie mówiący w obcym języku siłą zmuszają je do harówki. Jena była obozem pracy dla kobiet i dzieci. Czyli dla najsłabszych ogniw. Podejście Niemców do nas nie sugerowało, że nam pobłażano, pozwalano na wolniejsze wykonywanie obowiązków. Nic z tych rzeczy! Nie byłam w stanie przełknąć niczego, co dostałam do jedzenia, bo co rusz na horyzoncie wyrastało kolejne dziecko, które wyglądało jak skóra i kości.

Oddawałam swoje racje żywieniowe, kiedy tylko było to możliwe. Ale z czasem głód doskwierał mi coraz bardziej. Stawałam się słabsza fizycznie, a to oznaczało jedno: gdy Niemcy zauważą moją niezdolność do pracy, że jestem powolna i słaniam się na nogach, potraktują mnie jako zbędną. Jako człowieka, który nie jest godzien dostawać cokolwiek. Z bólem serca zaprzestałam zwyczaju oddawania jedzenia. Musiałam myśleć o sobie. Jadłospis był ubogi. Każda z nas na tydzień dostawała bochenek chleba i trochę cukru. Chyba dawali nam go tylko dlatego, bo nie chcieli, abyśmy mdlały z głodu. A doskonale pamiętam, jak z wycieńczenia kręciło mi się w głowie. Kazimiera też z każdym dniem gorzej znosiła trudy codzienności i stawała się coraz to słabsza i słabsza.

Pocieszałyśmy siebie nawzajem, wspominając dawne czasy. Raz przypomniałam Kazimierze sytuację, gdy nasz tatuś dojechał do nas na letnisko do Miedzeszyna i miał ze sobą pełną torbę okruchów chleba. Pech chciał, że pakunek wypadł mu z rąk i zawartość wysypała się na peronie. Nasz tatuś był zawsze elegancki, więc dość dziwnie wyglądało to, że wysiadł z pociągu z resztkami chleba. Gapiom tłumaczył z lekkim wstydem, że wiózł okruszki dla kaczek, nie dla siebie. Robiłyśmy to, żeby nie zwariować. Namiastka dawnego życia. Było nam to niezwykle potrzebne.

Lagier bardzo odbija się na psychice. Siedzisz w zamknięciu z obcymi ludźmi i wykonujesz pracę, z którą nigdy wcześ niej nie miałaś do czynienia, w której nie widzisz sensu, a w zamian za to traktowany jesteś jak ktoś, kto nic nie jest wart. A już z pewnością nie jedzenia. Mijały miesiące. Przyzwyczaiłam się do tego, że co chwilę znika znajoma mi twarz. Był człowiek, żeby zaraz nie istnieć. Nikt nie tłumaczył, co się stało. Gdzie zniknęła osoba, która przez chwilę była elementem naszej egzystencji. Marnej egzystencji. Odartej z godności. Nieludzkiej. Traumatycznej. Nie pytałyśmy, bo nie było sensu. Każdy wiedział, co się stało. W ten sposób karmiono nas strachem. Wpychano nam go do ust na siłę. My się nim dławiłyśmy, bo nie sposób przełknąć strachu.”

Nina Nowak
Fot. Materiały prasowe

„Jasia czuła, że jest obserwowana przez inne więźniarki. Zastanawiała się, co tak wzbudziło w nich zainteresowanie, że inne osadzone bacznie ją lustrują i coś przy tym szepczą. Nie była jednak w stanie nic usłyszeć. Ani jednego słowa. Dopiero wieczorem sprawa się wyjaśniła, gdy kobiety zdecydowały się do niej podejść i ją zagadnąć. Spodziewała się, że usłyszy od nich niemiłe słowa. Że dojdzie do próby sił, a w tym przypadku Jasia była na straconej pozycji. Było odwrotnie. Nowe znajome z baraku powiedziały Nowakównie, że ją znają, wiedzą, kim jest, i że nie kryją podziwu dla artystki. I tego, że daje radę harować jak one. Przyzwyczajone do pracy fizycznej.

– Przecież ty, Jaśka, pewnie znasz ważnych ludzi.

– No właśnie! Nie może ci ktoś pomóc? W myślach Jasia nerwowo wertowała nazwiska osób, do których mogłaby się zwrócić o pomoc. Kogo mogłaby błagać, żeby na nowo zakosztować wolności. Kto może ją wyswobodzić. Wyświadczyć jej przysługę, za którą będzie dziękować do końca życia. Czuła, że każdego dnia jest coraz słabsza i wolniej pracuje. Kara za żółwie tempo była nieunikniona.

– Nowe znajome podsunęły pani słuszną myśl.

– Było to dla mnie niezwykłe, że rozpoznały mnie w tych łachmanach. Z podkrążonymi oczami. Z pustym spojrzeniem. Zazwyczaj starałyśmy się być wszystkie dla siebie miłe, bo to była jedyna okazja do tego, żeby zaznać normalnego traktowania, które znałyśmy z przeszłości. Wśród nas wszystkich można było znaleźć wiele kobiet niemieckiego pochodzenia. Dziwiło mnie to, że w Jenie osadzają też swoich, ale nigdy nie dowiedziałam się, czy Niemki trafiły do nas dlatego, że przeciwstawiły się wojennym działaniom, czy popełniły innego rodzaju zbrodnię. Pracowały tak samo ciężko jak my wszystkie.

Nina Nowak
Fot. Materiały prasowe

LODA HALAMA

„– Przyszedł jednak taki dzień, który można uznać za cud. Wyszła pani z obozu pracy w Jenie, zanim go ewakuowano. Jak to możliwe?

– W wojnę czasem dzieją się rzeczy niemożliwe. Cuda. Ale żeby się one stały, czasami musisz pomóc opatrzności. I ja pomogłam. Rozmowa z więźniarkami, które mnie rozpoznały, dała mi dużo do myślenia. Zastanawiałam się, do kogo mogłabym się zwrócić o pomoc, o wstawiennictwo, o szepnięcie słowa komu trzeba, żebym mogła wyjść z obozu. Odpowiedź miałam na wyciągnięcie ręki, ale zajęło mi sporo czasu, zanim na nią wpadłam. Loda Halama! Ta sama, która widziała moje wystąpienia i kilka razy po spektaklu powiedziała mi, że nadejdzie dzień, kiedy będę wielką baleriną.

– Napisała pani do niej list?

– Napisałam do Lody i jej siostry Zizi, z którą występowała czasami w duecie. Zizi wyszła dwukrotnie za mąż. Jej drugim mężem był lekarz, właściciel szpitala, w którym przyjmowani byli w trakcie wojny niemieccy żołnierze ranni na wojnie. Spotykało się to z ostracyzmem ludzi, ale, tak naprawdę, co oni mogli zrobić? Odmówić im pomocy? Przecież to oznaczałoby dla nich śmierć na miejscu. Każda więźniarka mogła raz w miesiącu wysłać list. Postanowiłam, że napiszę do nich. Długo wyczekiwałam dnia, w którym odbierano od nas przesyłki i wysyłano je do adresata. Liczyłam, że mój list nigdzie po drodze nie przepadnie i trafi pod wskazany na kopercie adres. Nie pozostało mi nic innego, tylko czekać”.

„Pewnego razu weszła do naszego baraku SS-manka i wyczytała moje imię i nazwisko. Gdy podeszłam do niej pełna obaw, bo nie wiedziałam, czego Niemka chce ode mnie, spojrzała na mnie i oznajmiła, że już za parę chwil wyjdę na wolność i powrócę do ojczyzny. Nie mogłam w to uwierzyć. Chciałam tańczyć ze szczęścia. Z radości chciałam krzyczeć wniebogłosy! Mój entuzjazm opadł jednak, gdy dowiedziałam się, że Kazimiera musi pozostać w łagrze i nie ma mowy, żebyśmy razem opuściły obóz. Pozwolono nam nawet zdecydować, która z nas wyjdzie: ja czy Kazia. Stanęłyśmy przed niezwykle trudnym wyborem, ale Kazimiera widziała mój wybuch radości na wieść, że wyjdę z obozu, i nie chciała nawet słuchać o tym, że to ona miałaby być wolna. Wyświadczyła mi życiową przysługę, jakiej może dokonać siostra. Możliwe, że w ten sposób podarowała mi życie. Narażając jednocześnie siebie…”

„To był 1946 rok. Miałam dwadzieścia trzy lata. Uroczystość zaślubin odbyła się w kościele, a na terenie ambasady musieliśmy podpisać jakieś dokumenty. I chwilę po naszej małżeńskiej przysiędze Peter został wezwany do swojej ojczyzny. Zresztą od początku rozmawialiśmy o tym, że Polska nie będzie miejscem, w którym zamieszkamy. Byłoby to niezmiernie trudne, jeżeli chodzi o sytuację polityczną i atmosferę, która panowała wtedy w kraju. Uzgodniliśmy, że najpierw wyjedzie on, a ja z czasem dołączę do niego. I tak też się stało po kilku tygodniach od jego wyjazdu. Miejscem, w którym mieliśmy się spotkać już za parę chwil, był Nowy Jork.

… W moim domu brakowało wszystkiego. Tliła się we mnie ogromna nadzieja, że ten wyjazd ułatwi życie mojej rodzinie, że dzięki mnie pomału odbudują normalność, wrócą na właściwe tory. Ta myśl była poniekąd głównym czynnikiem, dla którego zdecydowałam się na wyjazd z obcym mężczyzną.”

Nina Nowak
Fot. Materiały prasowe
BALET – NOWY JORK

„To było moje być albo nie być. Skoro już wykonałam tyle trudu, żeby dotrzeć do miejsca, w którym się znalazłam, i odnaleźć Sonię, która była jedyną osobą gotową mi pomóc, nie mogłam zaprzepaścić takiej szansy. Wójcikowska podała mi również adres studia tanecznego, w którym mogłabym poćwiczyć przed przesłuchaniami. Byłam jej dozgonnie wdzięczna, bo drzwi do świata, który przed chwilą wydawał mi się nieosiągalny, nagle otworzyły się na oścież. Decyzja, czy przejdę przez nie z impetem, należała już tylko do mnie.

– I przeszła przez nie pani dziarskim krokiem?

– Pojawiłam się na przesłuchaniu. Tłum kobiet kłębił się przed salą, w której wybierano tancerzy i tancerki. Poprzeczka ustawiona była niezwykle wysoko. Widok tylu osób nie odebrał mi wiary w to, że może będę w gronie szczęśliwców. Trema jest potrzebna, ale w tym momencie zapomniałam o towarzyszących mi nerwach. Gdy przechodziłam przez próg sali, zobaczyłam twarze ludzi, od których zależał mój los w Nowym Jorku. Musiałam pokazać, na co mnie stać, na jakim poziomie tańczę, musiałam udowodnić, że jestem godna tego, żeby to właśnie mnie wybrali spośród tłumu innych tancerek. Wraz z dźwiękiem muzyki, który wypełnił salę, rozpoczęłam swoją choreografię.

– I jaka była reakcja na pani popisy artystyczne?

– Nie minęło pięć minut, a już zostałam zaangażowana. Byłam dumna, gdy podpisywałam swoją pierwszą umowę na występy taneczne. To był moment, w którym obiecałam sobie, że zrobię wszystko, aby nie zawieść oczekiwań mojego nowego zespołu, ale i samej siebie. Nie opowiadałam o tym, co przeszłam, bo nie chciałam być oceniana przez pryzmat wojennych doświadczeń. Nieraz niewiedza jest lepsza niż wiedza. I tak było w tym przypadku. Właścicielka studia tańca, w którym miałam się dodatkowo szkolić, nazywała się Tatiana. Polubiłyśmy się od pierwszej chwili, więc same pozytywy spotykały mnie od tamtego czasu. Poradzono mi, bym skróciła swoje imię i lekko zmieniła nazwisko, żeby łatwiej można było je wypowiadać. Mówili to fachowcy, więc wierzyłam im na słowo. I tak oto z Janiny Nowak stałam się Niną Novak.”

Nina Nowak
Fot. Materiały prasowe

„– Nigdy nie zapomnę mojego spotkania z  Sergeiem Denhamem, gdyż był to dzień, który odmienił moje dotychczasowe życie. Zawsze byłam i będę mu wdzięczna za to, co dla mnie zrobił. Jednak nasze pierwsze spotkanie nie należało do najłatwiejszych ze względu na to, że cały czas kiepsko porozumiewałam się w języku angielskim. Znałam podstawowe słowa i zwroty, ale to nie wystarczyło, żebym mogła swobodnie rozmawiać o moim angażu do zespołu. Próbowaliśmy porozumieć się po rosyjsku, jednak dalej nie mogliśmy ustalić wszystkich szczegółów, omówić naszych wizji.

Na szczęście w Ballet Russe de Monte Carlo zaangażowany był Polak, bardzo dobry tancerz Marian Ladre. Sergei poprosił, żeby sprowadzono Mariana do jego gabinetu, ponieważ tylko on był w stanie pomóc nam w dalszej rozmowie. Ladre był naszym tłumaczem. Teraz mogliśmy ustalić wszystko, co było trzeba. Obiecałam sobie wtedy, że muszę poświęcić czas i włożyć wysiłek, żeby móc śmiało rozmawiać po angielsku. Ameryka miała stać się moim domem… Ona już była moim domem, więc musiałam zdobyć tę umiejętność, nauczyć się mówić po angielsku.

Nieumiejętność porozumiewania się w obcym języku, gdy żyjesz na wygnaniu, bardzo zamyka człowieka. Uniemożliwia mu wiele rzeczy i staje się problemem, jeżeli chcemy być częścią społeczeństwa. Mogłam, rzecz jasna, poruszać się wyłącznie w obrębie polskiej społeczności, ale to tym samym wiązałoby się z rezygnacją z moich planów. Oczywiście, początkowo myślałam tylko, że wyjazd do Stanów będzie sposobem na to, żeby pomóc mojej rodzinie. Niczym więcej. Jednak gdy otrząsnęłam nadają się do jego baletu, więc byłabyś cennym nabytkiem dla jego zespołu. Wpisujesz się w ich estetykę doskonale.

– Tatiano… Ja nie wiem, jak ci się odwdzięczę! No jak…?!

– Pomyślisz o  tym, jeżeli zostaniesz zaangażowana. Na razie szlifuj swój warsztat i ćwicz najwięcej, jak się da. Przesłuchanie odbędzie się już za kilka tygodni. To dla ciebie, Nino, ogromna szansa. Nie zmarnuj jej. Dobrze ci radzę! Tatiana zabrzmiała srogo, ale była pewna, że Nina da sobie radę. Obserwowała ją od dłuższego czasu. Znała jej przeszłość i w pewien sposób podziwiała ją za wytrwałość i za to, że choć była wyjątkowo utalentowana, nie wstydziła się występować w komercyjnych przedstawieniach. – Dziękuję ci… – Nina nie kryła wzruszenia. Tatiana przywróciła jej wiarę w ludzi i choć na chwilę zatarła przykre doświadczenia z przeszłości. Już do końca dnia Nina nie była w stanie opanować swoich emocji. Chciała tańczyć, obracać się, robić piruety… Chyba nawet zrobiła jeden na ulicy, ale dziwne spojrzenie przechodnia powstrzymało ją przed dalszymi popisami.

Szła pieszo do domu i uśmiechała się sama do siebie. Miała ochotę śmiać się w głos. Wysłuchano jej prośby. Wysłuchano jej modlitw. Wysłuchano jej pragnień. Zdawała sobie sprawę, że to spotkanie z legendarnym Denhamem może raz na zawsze odmienić jej życie. Sprawić, że spełni swoje marzenie. Że wróci do świata, który choć na chwilę obecną wydawał jej się daleki, tak naprawdę był na wyciągnięcie ręki. Los był w jej rękach. Wiedziała to. I przysięgła sama przed sobą, że nie się z wojennego marazmu, pojawiła się we mnie chęć do działania. Chęć podbicia scen. To leżało w mojej naturze, ponieważ świat baletu, w którym zostałam wychowana, przyzwyczaił mnie do tego, że zawsze byłam pierwsza. I to już od najmłodszych lat. Naturalne było to, że gdy jesteś solistką, trudno ci się nagle odnaleźć w corps de ballet. Byłam jednak przygotowana na to, że muszę się pokazać z jak najlepszej strony, żeby zauważono, że warto przyjąć mnie do zespołu. Denham dał mi wielką szansę i zaangażował mnie.”

Nina Nowak
Fot. Materiały prasowe

SUKCES

– Bardzo. Jeszcze na kilka dni dzielących nas od występu wszyscy byliśmy pewni, że to Alexandra Danilova wystąpi w roli Swanhildy. Jednak dostaliśmy informację, że w związku z kontuzją kolana Danilova otrzymała od doktora całkowity zakaz tańca, bo wysiłek fizyczny mógłby tylko pogorszyć jej stan. Rozumieliśmy to wszyscy, bo każdy z nas dbał o siebie i uważał na zdrowie. Bez sprawności fizycznej byliśmy nikim. Początkowo Denham zwrócił się z propozycją zastąpienia Danilovej do Yvette Chauviré, która gościnnie tańczyła w dwóch choreografiach: Giselle oraz Romeo i Julii. Jednak tancerka kategorycznie odmówiła przyjęcia kolejnej roli, a Denham rozłożył tylko ręce z bezradności, bo musiał znaleźć zastępstwo.

Kolejnym nazwiskiem na jego liście byłam ja. Nie potrafiłam mu odmówić. Denham zaznaczył, że mam mało czasu, bo tylko trzy dni. – To wystarczy, żeby nauczyć się choreografii i nie dać plamy? – Jeśli się czegoś chce, wszystko jest możliwe. A ja chciałam. Nie miałam czasu dłużej się nad tym zastanawiać, że to jest moje być albo nie być. Danilova obiecała pomóc mi podczas przygotowań do roli. Moja przyjaciółka Tracy też zobowiązała się, że zrobi wszystko, co tylko trzeba, i poświęci swój czas. Moim partnerem w spektaklu był Frederic Franklin. Mój wróg numer jeden w Ballet Russe. Jednak musiał swoją nienawiść wobec mnie schować do kieszeni, bo od tego, jak zatańczę, zależało jego dobre imię. Ćwiczyliśmy trzy dni z rzędu. Dzień i noc. Prawie nie wychodziliśmy z sali baletowej. Musiałam do perfekcji nauczyć się trudnej figury tanecznej. Trzydzieści dwa obroty naraz… Coś, czego tancerki nie są w stanie opanować przez całą swoją karierę.

– A pani?

– Nie miałam innego wyjścia i  się nauczyłam. Wieczorem na dzień przed występem nie mogłam zasnąć, więc wzięłam tabletki nasenne. Zasnęłam. Ale gdy otworzyłam oczy, było już południe, a ja od dawna powinnam być na przymiarkach w teatrze. W popłochu wybiegłam z domu, ale szybko udało mi się dostać do teatru. Zdążyłam. Za kulisami trwało szaleństwo. Wszyscy przekrzykiwali się nawzajem. Słyszałam jedną wielką kakofonię polskiego, rosyjskiego, angielskiego… Obłęd, istny obłęd! Godzina zero zbliżała się nieubłaganie. Stałam już do wyjścia na scenę, gdy maestro rozpoczął grać. To był Boutnikov. Poczułam, że za chwilę zacznę się trząść ze strachu. Zrobiłam znak krzyża i zwróciłam się do Boga. Pamiętam też to, jak pomyślałam o Józiu. Poprosiłam, żeby tego wieczora miał mnie w swojej opiece i czuwał nade mną. Nadszedł ten moment… Weszłam na scenę…

– Spektakl się udał?

– Zatańczyłam tak, jak jeszcze nigdy w swoim życiu. Przez kilkanaście minut po skończonym spektaklu publiczność nie dała mi zejść ze sceny. Widzowie krzyczeli, bili brawo… Dopiero wtedy uzmysłowiłam sobie, jak bardzo mi tego brakowało. Jak potrzebowałam usłyszeć dowody na to, że dobrze tańczę.”  

Taniec na gruzach, Wiktor Krajewski, Nina Novak, okładka
Fot. Materiały prasowe

Wideo

Zobaczcie 12 najgorętszych trendów na wiosnę 2020!

Akcje

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

„Ciąża Małgosi to ukoronowanie tego, o co walczyliśmy”, mówi RADOSŁAW MAJDAN i nie ukrywa, że z powodu epidemii on i jego żona są pełni obaw. LESZEK MILLER z wnuczką MONIKĄ o tym, jak dziś wygląda ich życie po bolesnej stracie syna i ojca. Legendarny aktor WITOLD SADOWY niedawno skończył sto lat i zdobył się na niezwykle szczere wyznanie. „Widziałam, jak czai się śmierć” – ELISABETH REVOL wspomina ostatnie chwile z TOMKIEM MACKIEWICZEM podczas wspinaczki na Nanga Parbat.