VIVA! RECENZJE

Jazz dla mas w nowym serialu Netflixa – The Eddy

Przeczytaj naszą recenzję!

Ida Marszałek 13 maja 2020 17:19

Utalentowani muzycy z mroczną przeszłością, chwytliwe kawałki z pogranicza jazzu i popu, nocne paryskie życie, wątek kryminalny, a nawet rodzinny dramat. Serial The Eddy zapowiadał się niezwykle intrygująco. Nazwisko Damiena Chazelle’a dumnie wypisane na plakacie również robiło swoje. Moment rozczarowania nadszedł jednak bardzo szybko. Bo w tej barwnej laurce dla pracujących w klubach nocnych niszowych zespołów ewidentnie zabrakło spoiwa. Empatii, która nadałaby wiarygodności i przyciągnęłaby muzycznych laików, którzy włączyli Netflixa nie tylko po to, by posłuchać pięknego brzmienia głosu Joanny Kulig.

Fabuła serialu „The Eddy”

Akcja serialu toczy się w tytułowym, paryskim klubie muzycznym. Jego współwłaścicielem, a także menagerem zespołu występującego w „The Eddy” jest Elliot Udo (André Holland), słynny nowojorski pianista jazzowy. Drugim właścicielem klubu i jedyną osobą zajmującą się kwestiami finansowymi jest przyjaciel Elliota, Farid (Tahar Rahim). „The Eddy” niestety nie zarabia na siebie i wspólnicy robią wszystko, by utrzymać swój biznes przy życiu. Pewnej nocy Farid zostaje znaleziony martwy na zapleczu klubu. Po jakimś czasie wychodzi na jaw, że robił interesy z niewłaściwymi ludźmi. Elliot, rodzina Farida i pracownicy klubu żyją odtąd w ciągłym strachu. To jednak nie koniec problemów niegdyś sławnego pianisty. Właściciela klubu odwiedza jego nastoletnia córka – Julie (Amandla Stenberg) i wywraca jego dotychczasowe życie do góry nogami. Wkrótce na światło dzienne wychodzą tajemnice Elliota, uczucie jakie łączyło go z piosenkarką i liderką zespołu Mają (Joanna Kulig), a także historie skrywane przez pozostałych członków jego kapeli.

Zobacz galerię zdjęć z planu filmowego
Fot. Materiały prasowe (Netflix)

Recenzja serialu „The Eddy”

Postać Elliota Udo jest w stanie zniechęcić do nowej produkcji Netflixa nawet najbardziej zagorzałych fanów muzyki jazzowej. Z tak antypatycznym głównym bohaterem dawno nie mieliśmy do czynienia. Jednak to nie jego liczne wady są tu problemem, a brak zdolności do autorefleksji. Ta przychodzi tak późno, że efekt jest wręcz karykaturalny, a przemiana zbyt drastyczna i nieprawdopodobna. Twórcy The Eddy żądają od nas stanowczo zbyt wiele prosząc, byśmy polubili wykreowaną przez nich postać i bez pokrycia obdarzyli ją kredytem zaufania na całe 7 odcinków. Niestety niedaleko pada jabłko od jabłoni. Jeden z nadrzędnych wątków serialu, dotyczący dorastającej córki sławnego pianisty również naturalnością nie grzeszy. Dodany jakby na siłę, by historii o wielkim potencjale dramatycznym dodać jeszcze więcej dramatyzmu. 

Każdy odcinek miał opowiadać o innym bohaterze, członku muzycznego zespołu - obietnica twórców nie zostaje jednak spełniona. Serial delikatnie prześlizguje się po barwnym życiorysie utalentowanych muzyków, udzielając nam jedynie szczątkowych odpowiedzi. Zamiast wnikliwie zbadać przeszłość tych najbardziej zagadkowych - a co za tym idzie interesujących - postaci, skupia się na jękach dorastającej, pozbawionej talentu i chęci do życia nastolatki, córki Elliota. Twórcy najwyraźniej sądzą, że problemy dojrzewania są tym co widzowie najbardziej pragną oglądać. Duży błąd. Pierwszy sezon dobiegł końca, a my nic nie wiemy o pianiście Randy’m czy trębaczu Ludo, ledwie otarliśmy się o warte opowiedzenia, porażające historie piosenkarki Maji, perkusistki Katariny czy kontrabasisty Juda. Za to milion razy usłyszeliśmy o tym jak rozpuszczona nastolatka nie umie znaleźć sobie miejsca w świecie. Rozpaczliwie próbuje zwrócić na siebie uwagę, zajmując na ekranie całą wolną przestrzeń. Teen dram było już na pęczki, nie potrzebujemy kolejnej.

Galeria
Fot. Materiały prasowe (Netflix)

W The Eddy powinno jednak chodzić przede wszystkim o muzykę. I wielbiciele muzyki, nie tylko jazzowej, znajdą w seansie niebywałą przyjemność. Utwory skomponowane przez Glena Ballarda, przydymiona atmosfera klubu – gdyby przewinąć niektóre przekombinowane sceny – można by stworzyć doskonały teledysk. Nowatorski i klasyczny zarazem. Serial skupiający się tylko i wyłącznie na muzyce miałaby szansę stać się przełomowym w historii Netflixa, a także wielkim hitem. Taka decyzja oznaczałby jednak spore ryzyko. Platforma kieruje swoją ofertę do mas i tym razem również chciała stworzyć coś uniwersalnego. Podkreślał to w wywiadach sam Glen Ballard, współtwórca serialowej muzyki, sześciokrotny laureat nagrody Grammy, który ma na koncie współpracę z Arethą Franklin, Michaelem Jacksonem czy grupą Aerosmith. Jak deklarował, twórcom The Eddy zależało, by zamknięte i wymagające środowisko jazzowe otworzyło się na nowoczesność, a co za tym idzie dotarło do jak najszerszej grupy odbiorców. Aby młode pokolenie przekonało się, że za słuchanymi przez nich dźwiękami mogą stać żywi ludzie, nie tylko maszyny produkcyjne. Wygląda jednak na to, że twórcy pragnąc trafić w gusta dosłownie wszystkich, całkiem pogubili się w swoich dążeniach. Świetnie wykonane utwory, które za niedługo będą królować na Spotify’u, bez wątpienia powinny grać tu pierwsze skrzypce. Muzyka musiała jednak ustąpić pola niepotrzebnie rozdmuchanym, nieangażującym wątkom. 

Twórca oscarowego La La Land, Damien Chazelle pod projektem jest wprawdzie podpisany, jednak fakty skutecznie weryfikują rzeczywistość. Reżyser nadzorował tylko dwa pierwsze odcinki i słowo „nadzorował” wydaje się być tutaj określeniem idealnym. W pierwszych odcinkach, za które Chazelle był odpowiedzialny, faktycznie czuć jego obecność. Zbliżenia na porwane przez muzykę ciała artystów, oślepiające kamerę światła sceniczne – to zabiegi, których doświadczyliśmy już w doskonałym Whiplash. Jednak w porównaniu do głośnej produkcji mocno wkraczającej w psychikę perkusisty i jego mistrza, serialowi Netflixa doskwiera wyraźny brak chęci, by zatopić się w emocjach głównych bohaterów. I nie wiadomo czy wypada obwiniać o to Chazelle’a. W końcu na planie serialu, to nie reżyser jest najważniejszy, a osoba mająca pełen obraz kreowanej rzeczywistości – tak zwany „twórca”, w tym przypadku Jack Thorne. 

Zobacz galerię zdjęć z planu filmowego
Fot. Materiały prasowe (Netflix)

O tym co dzieje się na planach seriali produkowanych przez tak potężną machinę jak Netflix wiemy między innymi z relacji Agnieszki Holland często współpracującej z popularną platformą. Polska reżyserka miała okazję dołożyć swoją „cegiełkę” do jednego z największych hitów Netflixa – serialu który zaważył na jego ogromnej popularności – House of Cards. Jak jednak czytamy w wypowiedziach artystki, w rzeczywistości nie miała na planie za wiele do roboty. Scenariusz był ustalony i trzeba było być mu wiernym. Scenarzyści i producenci podjęli już wszystkie istotne decyzje. Holland mogła coś ewentualnie zasugerować pomniejszym aktorom, jednak tak naprawdę jej rola sprowadzała się do powiedzenia: „Kamera, akcja!”. Konstrukcja serialowego planu z pewnością została zaplanowana przez mądrych, obznajomionych z tematem producentów. Niemniej jednak nie mogę pozbyć się uczucia, że w dobrze skonstruowanej machinie coś się zatraca. Choćby możliwość spontaniczności, dotarcia pod emocjonalną powierzchnię, która tak bardzo była The Eddy potrzebna. W końcu to serial o jazzie, muzyce, której domeną jest twórcza improwizacja. 6/10 

Joanna Kulig, The Eddy
Fot. Materiały prasowe

Wideo

Marynarki, kardigany, sukienki maxi, kozaki na słupku. Te produkty będą modne jesienią i zimą 2020/2021

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Córka ANNY PRZYBYLSKIEJ, OLIWIA BIENIUK, w jedynym takim wywiadzie: „Kiedy mama umarła, wchodziłam w najtrudniejszy okres dojrzewania i ono się trochę zatrzymało”. PIOTR BECZAŁA i KATARZYNA BĄK-BECZAŁA. Światowej sławy muzyk i utalentowana mezzosopranistka, która zamieniła karierę na rolę żony. Czy żałuje? KEANU REEVES, aktor, który chodzi własnymi ścieżkami. IZABELA TROJANOWSKA w czasach PRL-u szokowała ostrym, rockowym wizerunkiem. Ile dziś zostało z tamtej niepokornej dziewczyny? W CYKLU EXTRA Świat mody z powodu koronawirusa znalazł się na krawędzi.