VIVA! MAMA

„Nie da się oddzielić życia prywatnego od bloga”. Popularne blogerki o macierzyństwie!

Jak łączą bycie mamą na pełny etat z karierą?

Beata Nowicka 15 października 2018 20:02
blogerki
Fot. OLGA MAJROWSKA

Prowadzą ogromnie popularne blogi parentingowe: Magda – Szczesliva, Kinga – Ladygugu, a Sylwia, która wkrótce również zostanie mamą, blog lifestyle’owy o modzie – Shiny Syl. Na blogach to one są najważniejsze: to, co myślą, co czują i co robią. Jakimi są mamami i jak łączą macierzyństwo i karierę. Sprawdzamy!

Kim są?

Swoje blogi tworzą z pasją. Są szalenie pracowite, wrażliwe, pogodne i konsekwentne. Czytelniczki, które odwiedzają ich blogi: Szczesliva, Ladygugu i Shiny Syl, „przychodzą” po ich opinie, emocje i z przejęciem wyczekują każdego nowego postu. Nie wyobrażają sobie dnia bez spotkania ze swoją ulubioną blogerką.

Kingę, Magdę i Sylwię łączy szczerość – zapraszają nas do swojego życia i nie upiększają na siłę rzeczywistości. Pokazują codzienność pełnoetatowej mamy (Sylwia mamą zostanie pod koniec grudnia), która w ich wydaniu nie jest – i wcale nie musi być – perfekcyjna.

Za to jest prawdziwa: czasami zabawna, czasami nieznośna. To właśnie je wyróżnia: luz i poczucie humoru. Dzielą się tym, co im się udało, pokazują to, co okazało się katastrofą, i potrafią z tego żartować. A na poważnie – zawsze służą dobrą radą. Dzięki temu zbudowały wokół swoich blogów wierną i zaangażowaną społeczność. A poza tym wszystkie trzy są pięknymi, młodymi kobietami, które żadnych wyzwań się nie boją.

blogerki
Fot. OLGA MAJROWSKA

Na początku liczy się pomysł

Ladygugu wymyślił Adam, mąż Kingi Stępień. „Pomysł na blog powstał w jego głowie, kiedy na świecie pojawiła się nasza córka. Ja zostałam o nim poinformowana, kiedy wszystko miał już zaplanowane”, śmieje się Kinga. „Jechaliśmy z wizytą do rodziców. Lenka miała jakieś dwa miesiące, mąż za kierownicą, ja z niemowlakiem na tylnym siedzeniu, ledwo żywa. W pewnym momencie mój mąż mówi: »Kinia, ty nie jesteś szczęśliwa, jak jesteś taką zwykłą kurą domową. A może ty byś bloga założyła?«. Byłam tak zmęczona, że nie za bardzo pojęłam, co on do mnie mówi. Poza tym jestem kurą domową, i dobrze mi z tym. Adama to nie zniechęciło. Wszystko miał już przemyślane, łącznie z nazwą”.

W ten sposób sześć lat temu powstało Ladygugu – strona internetowa poświęcona tylko… modzie dziecięcej. „Teraz wydaje mi się to wręcz zabawne. No bo ileż można stroić dziecko? Moja córka jest piękna bez względu na to, jak jest ubrana”, mówi dzisiaj i dodaje: „Ja w ogóle się dziwię, że tyle przetrwałam, niewiele pisząc, tylko publikując zdjęcia. Zanim zrozumiałam, że trzeba się otworzyć i powiedzieć coś do ludzi, żeby oni zaczęli ci odpowiadać, »straciłam« około trzech lat. Powiedzmy, że bloguję sześć lat, a z sukcesem trzy”. Kinga skończyła amerykanistykę, ma typowo amerykańskie, optymistyczne podejście do życia. I wiarę w sukces.

Od finansistki do blogerki

Sylwia Zaręba-Gierz ma umysł ścisły, z wykształcenia jest finansistką. Już na studiach wymyśliła, że chciałaby być audytorem sprawozdań finansowych, i zaczęła pracować w międzynarodowej korporacji. Sama mówi o sobie żartobliwie: „Jestem człowiekiem Excela: lista zadań do wykonania, odkreślanie, co zostało zrobione, planowanie, organizowanie, załatwianie – tego typu akcje sprawiają mi ogromną przyjemność”. Ale od dzieciństwa miała jeszcze jedną słabość. Rodzice do dzisiaj wspominają, że jak była małą dziewczynką, to w kościele siadała na brzegu pierwszej ławki, bo stamtąd miała najlepszy widok na… buty wiernych stojących w kolejce do ołtarza.

Moda szybko stała się jej pasją. „Zaczęłam prowadzić bloga Shiny Syl w 2011 roku, głównie dla siebie. Lubię kolekcjonować wspomnienia i to był mój ubraniowy pamiętnik. Jak większość dziewczyn uwielbiałam się stroić, ale wtedy jeszcze nie było w Polsce mody na modę, więc nie zdawałam sobie sprawy, że mogę w tej branży pracować. Na początku swoją stronę prowadziłam w tajemnicy przed znajomymi, bo najzwyczajniej w świecie się wstydziłam. Dzisiaj każdy ma w telefonie aparat, kamerę i robi mnóstwo zdjęć. Fotografowanie się w knajpie czy na ulicy obecnie nie jest już niczym dziwnym. Ja zaczynałam z malutkim aparacikiem, a na dodatek nie umiałam pozować. Jak musiałam stanąć na środku chodnika i robić pozy à la modelka, to byłam bardzo skrępowana. Wiedziałam też, że znajomi się podśmiewają i nikt nie traktuje tego, co robię, poważnie”.

Jak powstał blog Szczesliva?

„Przed erą bloga próbowałam różnych dziedzin i wydaje mi się, że życiowo wyszło mi to na dobre”, śmieje się Magda Kogut-Wałęcka i jednym tchem wylicza, co studiowała, między innymi: filologię serbsko-chorwacką, kosmetologię, prawo i architekturę. „Dorosłe życie zobowiązuje, więc warto próbować znaleźć w nim własne miejsce. Jestem teraz tu, gdzie jestem, ale pewnie na tym się nie skończy”, dodaje.

Kiedy ją pytam o początki powstania bloga Szczesliva, opowiada z naturalnością: „Tak naprawdę to było tak: poznałam męża, pomału pojawiły się myśli dotyczące założenia rodziny i w końcu zaszłam w ciążę. I właśnie wtedy, kiedy byłam trochę przykuta do łóżka – bo w pierwszej ciąży bywały tygodnie, kiedy musiałam cały czas leżeć – zaczęłam w internecie wpisywać różne hasła dotyczące macierzyństwa i wyskoczyły mi blogi, które od dawna już nie istnieją. Zaczęłam je czytać, zaciekawiło mnie to i doszłam do wniosku, że fajnie byłoby, gdybym coś takiego dla siebie pisała. Bardziej na zasadzie pamiętnika, do którego kiedyś wrócę, żeby przypomnieć sobie, jak wyglądało moje macierzyństwo”.

sesja blogerki Viva! Mama
Fot. Olga Majrowska

Dziewczyny biorą sprawy w swoje ręce

Szczesliva ruszyła pod koniec 2012 roku, Magda miała wtedy 26 lat, wkrótce na świecie pojawił się jej pierwszy synek, Ivo. To był dla niej dobry czas, więc pomyślała, że ma idealną nazwę dla swojego bloga. Okazało się, że domena „szczęśliwa” jest zajęta, ale „szczesliva” – wolna. Od razu się zdecydowała. Fanki Magdy natychmiast ten niuans wyłapały: „Szczesliva mama Iva”, pisały, chociaż był to zupełny przypadek. „Ani ja, ani mój mąż nie mieliśmy żadnego wykształcenia informatycznego”, wspomina Magda swoje początki. „Od strony technologicznej pomógł mi wujek Google. Wszystko wyszperałam sama w internecie, jak co zakładać, gdzie ściągać grafiki, jak wgrywać zdjęcia”. Uczyła się metodą prób i błędów, więc długo to trwało, co podkreśla.

„Te moje notki na początku były chaotyczne, nieregularne, publikowane raz na miesiąc”, wspomina Magda. Ale z czasem człowiek się rozkręca. Myśli, że oprócz tego, że będzie pisać, to może jeszcze sprawi, żeby ten blog ładniej wyglądał. Zaczęłam robić zdjęcia z pomocą męża, ale byliśmy trochę na bakier, jeśli chodzi o relacje fotograf–modelka, i żeby uniknąć rodzinnych kłótni, ja się tym zajęłam”. Mąż Magdy występuje na blogu jako „mój M”.

Kiedy pojawiły się interakcje z czytelnikami, czyli pierwsze komentarze, założyła fanpage i poczuła, „jaka to ogromna przyjemność móc sobie porozmawiać z dziewczynami, które chcą czytać to, co publikuję, bo mają podobne życie. Wtedy weszłam na inny wymiar, już nie pamiętnikowy. Szczesliva się rozkręciła”.

Kinga na swoim blogu Ladygugu w poście „6 prawd o mnie, o których nie macie pojęcia”, pod prawdą numer sześć dowcipnie wyznała: „Zanim zostałam blogerką, próbowałam swoich sił jako… bizneswoman. Miałam jeden sklep z butami, drugi z biżuterią, a na deser salon kosmetyczny. A co, ma się ten rozmach! Niestety wszystkie te przedsięwzięcia okazały się totalnymi niewypałami, a my z mężem straciliśmy tylko pieniądze. Spore pieniądze. Ale, jak widać, nie poddaliśmy się i szukaliśmy tego, w czym się odnajdziemy. Można powiedzieć, że i tak mieliśmy dużo szczęścia, bo przecież wiele osób po tylu porażkach bankrutuje i w efekcie trafia na bruk. Chociaż, sądząc po moim niezłomnym charakterze, nawet jeśli zaliczyłabym taką biznesową glebę, to pewnie na tej glebie bym coś uprawiała. Bez skojarzeń. O warzywka mi chodzi”.

Adam, mąż Kingi, wiedział, że w internecie można zarabiać pieniądze, ale można też się realizować, spełniać. Na studiach razem z przyjacielem założyli strony internetowe i przez lata to był ten biznes, który finansował wszystkie ich wcześniejsze porażki. Kinga bardzo długo na Ladygugu pokazywała głównie zdjęcia, bo wydawało jej się, że ludzie nie czytają tekstów, tylko oglądają „ładne obrazki” i to im wystarcza. Nieprawda. „Zdjęcie może być brzydkie, może być słabe, ale ważne jest, co się pod nim napisze”, uważa dzisiaj. I ma rację. Kiedy mówię, że ujął mnie jej lekki, nasiąknięty poczuciem humoru styl, odpowiada: „Mam wrażenie, że nauczyłam się tego, dopiero jak pojawiły się moje dzieci. Bardzo dużo zyskałam u moich czytelniczek, kiedy zaczęłam nagrywać filmiki na Instagramie. Podobno wcześniej – co mnie kompletnie zaskoczyło – ludzie mieli mnie za sztywną babę, która nie potrafi wykrzesać z siebie żadnego żartu. Na Instastories pokazałam siebie, jaka jestem naprawdę. Okazało się, że da się mnie lubić”.

Sylwia na początku grała na syntezatorach i śpiewała w zespole Shiny Beats razem z Cyrylem. „Czyli z moim chłopakiem, który potem został narzeczonym, a teraz jest moim mężem i wkrótce tatą”, wspomina z uśmiechem. „Mieliśmy po 23 lata i zespół to było jego marzenie, a ja podążyłam za jego pasją. Zagraliśmy w sumie 50 koncertów w Polsce i za granicą, ale ciężko nam było dostać się do radia czy na festiwale muzyczne, więc uznaliśmy, że chyba zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy, w tej dziedzinie i teraz próbujemy z moją pasją. To wyszło naturalnie. A ponieważ mój styl był wtedy mniej minimalistyczny i ułożony, a bardziej zwariowany i błyszczący, więc nazwa Shiny Syl (Syl od Sylwii) pasowała do mnie ulał”. Mąż wiernie ją wspiera i pomaga, choć sam jest prawnikiem i ma swoją „klasyczną i normalną”, jak mówi Sylwia, pracę.

Ona w swojej pracy odnalazła pasję. „Poczucie spełnienia miałam od pierwszej chwili, bo robiłam coś, co mi się szalenie podobało, zajmowałam się modą. Po kilku latach stwierdziłam, że stawiam wszystko na jedną kartę i spróbuję swoich sił w prowadzeniu Shiny Syl na poważnie. Marzyłam, żeby moje życie wyglądało tak, jak mi się to podoba, a nie jak chce menedżer”. Rzuciła pracę w korporacji, czym rodzice Sylwii nie byli zachwyceni, ale jak przystało na „człowieka Excela”, założyła, że daje sobie dwa lata. Jeżeli w tym czasie nie osiągnie zarobków, jakie miała w korporacji, to znaczy, że musi wrócić do „normalnej” pracy, a bloga prowadzić z mniejszą intensywnością, po godzinach. Bo przecież trzeba z czegoś w tym dorosłym życiu żyć. „Na szczęście się wyrobiłam”, śmieje się dzisiaj.

Codzienność kury domowej

Nie da się oddzielić życia prywatnego od bloga – mówią zgodnie wszystkie trzy. Na tym polega ich sukces, że blogi, które stworzyły, opowiadają o ich życiu. Choć oczywiście nie zdradzają wszystkiego. „Jestem kurą domową. Moją codziennością jest gotowanie, sprzątanie, robienie prania i tym się dzielę z moimi czytelniczkami”, deklaruje Kinga, czyli Ladygugu. „Budzę się o szóstej rano, otwieram oko i pierwsza myśl, jaka się pojawia, to: rosół, pomidorowa czy jarzynowa? Trzeba nakarmić rodzinę.

Moje czytelniczki często piszą: »Jak ty to robisz, że czerpiesz taką przyjemność z gotowania?!«. Prawda jest taka, że nie lubię gotować, ale uwielbiam moją rodzinę i chcę, żeby zdrowo się odżywiała, więc powiedzmy, że dla nich się poświęcam, bo jak są głodni, to są wściekli i nie dają mi żyć”.

Kinga prosi, żeby bardzo wyraźnie zaznaczyć, że gdyby nie Adam, jej mąż, to w ogóle Ladygugu by nie było. „Nie mamy niani, rodzice są daleko i mój mąż pewnego dnia stwierdził, że będzie wstawał o piątej rano, żeby wyrobić się ze swoją pracą. Dzięki temu o godzinie 14 odbiera Lenkę z przedszkola i przejmuje opiekę nad dziećmi. Wtedy ja mam możliwość wyjść z domu i popracować. Prawda jest taka, że poza domem w dwie godziny jestem w stanie zrobić dużo więcej niż przez cały dzień przy dzieciach”.

Magda biuro Szczesliva ma tuż pod swoim mieszkaniem. Jest tam biurko z komputerem i sofa, na której zasiada, kiedy się z kimś spotyka, żeby coś obgadać. Czasami sofę zmienia w łóżko, gdy odwiedza ją rodzina. Ale głównie biuro wykorzystuje do pracy. „Nasza rodzina charakteryzuje się tym, że zawsze jest gwarno, trójka dzieci to nieustanny hałas. Przy nich nie popracowałabym, nie porozmawiałabym. Nie ma takiej opcji”, mówi szczerze. Adrenalinę podczas pisania na blogu czuła od początku, bo bardzo szybko zaczęły jej odpowiadać czytelniczki. Ta interakcja dodała jej skrzydeł.

Blogerka na pełny etat

„W pewnym momencie dotarło do mnie, że ja bez tego nie mogę żyć. Wiedziałam, że to jest to, co chcę robić”, wspomina. „Prowadzenie bloga zaczęło zajmować mi tyle czasu, że mąż postawił ultimatum: albo przestaniesz pisać, bo to ci pochłania pół doby, albo coś z tym zrobisz i będzie z tego jakiś pożytek. Bo ja na razie widuję cię, jak siedzisz przed komputerem i uśmiechasz się do monitora. To był moment, w którym podjęłam decyzję, że może zamiast wracać do standardowej pracy – spróbuję. Przedtem byłam menedżerem baru w Krakowie, a to jest bardzo wymagająca praca i jakoś nie mogłam sobie wyobrazić, że mam tam wrócić po urlopie macierzyńskim. Doszłam do wniosku, że skoro od dłuższego już czasu zgłaszali się do mnie reklamodawcy, zaryzykuję”.

Kiedy na świecie pojawił się Teodor, który dzisiaj ma trzy latka, Magda już współpracowała z markami komercyjnymi. „Czyli tak naprawdę Szczesliva weszła w wymiar zawodowy i pomału zaczęła się rozkręcać, ale przy bardzo dużym wsparciu czytelników, muszę to podkreślić. Bez nich nie byłoby mnie, byłabym ja – pamiętnikowa”, zapewnia. Jej niedawne wpisy o wakacjach zrobiły furorę. Wystarczy przeczytać nagłówki, żeby zrozumieć: „#Wakacjezmamą cz. 1 – Czyli przestaliśmy nasz tyłek wozić autem!”, „10 zasad jak spakować bagaż podręczny, lecąc z dzieckiem na tygodniowe wakacje”, „Czy wakacje z dzieckiem to… naprawdę WAKACJE?”.

„Macierzyństwo to pole bitwy i nieustanna walka o przetrwanie i »normalność«”, dodaje Kinga. „Najpierw o mniejszy ból po porodzie. O dodatkowe pięć minut snu. O odpoczynek. O płaski brzuch. O zjedzony w całości obiadek. O czyste podłogi i kanapę bez plam. O skarpetki do pary. W końcu o punktualne wyjście z domu. O wszystko, co do tej pory było na porządku dziennym. Kocham ten stan wiecznego chaosu i bałaganu. Nie potrafię sobie wyobrazić siebie w roli »nie mamy«, ale przynajmniej raz w tygodniu mam ochotę spakować walizkę i uciec w miejsce, gdzie nie ma małych ludzi. I uciekam, tyle tylko, że bez walizki, i z tą różnicą, że wracam po kilku godzinach, gotowa do dalszego działania”.

Sylwia, której pasją jest moda, od samego początku wrzucała na swój Instagram Shiny Syl mnóstwo zdjęć, ale intuicyjnie czuła, że pod spodem musi być jakiś opis, jakieś przemyślenie, zapytanie. Opisywać to, co każdy widzi na zdjęciu, nie ma sensu, istotne jest, żeby dodać coś więcej, od siebie. Może u Sylwii wzięło się to stąd, że sama lubi się radzić i jak się czegoś dowie, to lubi przekazywać to dalej innym. „Teraz w ciąży chodzę do szkoły rodzenia, czytam mnóstwo książek, chodzę na konferencje, chcę zdobyć wiedzę z różnych źródeł, żeby potem móc moim czytelniczkom odpowiedzieć na ich pytania profesjonalnie”, tłumaczy.

Gdzie leży granica naszej intymności?

Kiedy zaszła w ciążę, koleżanki zaczęły radzić jej różne rzeczy. I powiedziały: „Sylwia, nastaw się psychicznie na to, że ludzie będą dotykać twojego brzucha. Stoisz w kolejce do mięsnego, na poczcie, przy kasie w supermarkecie, a ludzie nagle cię głaszczą. Dlaczego? Bo brzuch jest dobrem narodowym, a dotykanie go przynosi szczęście”. Nie rozumiała, o co chodzi. „Ja mam mały brzuch”, opowiada. „Od lat siedzę w ciuchach, więc potrafię go tak ukryć, że ostatnio w szkole rodzenia wszyscy pytali: »Gdzie ty masz brzuch?«, dlatego oboje z mężem zażartowaliśmy: »Kurczę, no wiedzieliśmy, że o czymś zapomnieliśmy«. Ale na poważnie pomyślałam sobie, że brzuch to jest taka sama część ciała, jak wszystkie inne. Nikt obcy nie dotyka naszej twarzy. 35–40 centymetrów to jest granica naszej intymności, jak ktoś obcy ją przekracza, czujemy się niekomfortowo. Ale często nie potrafimy stanowczo powiedzieć »nie«”.

Razem z koleżanką, która jest mamą dwuletniej córeczki (Sylwia spodziewa się synka), stworzyły koszulkę z napisem: „Nie dotykaj brzuszka, dziecko śpi”. Uszyły ją w Polsce. Swoją markę nazwały Mimi Lulu. Chcą tworzyć produkty z przesłaniem „od mam dla mam” i właśnie dlatego, żeby wspomóc młode mamuśki. Pięć złotych ze sprzedaży każdej koszulki z „brzuszkowym” nadrukiem przeznaczą na dom samotnej matki.

Blogi rodzicielskie mają wielką moc. To miejsca, gdzie ogniskuje się dobra, często kobieca energia, która ma moc pomagania, jednoczenia i skupiania wokół siebie kobiet zupełnie różnych, a jednak znajdujących wspólny mianownik, jakim jest macierzyństwo. „I to jest fakt, z którego możemy być dumne jako blogerki”, cieszy się Magda. „Często wspieramy zbiórki pieniędzy na rzecz potrzebujących czy chorych. Jakiś czas temu dzięki 450-tysięcznej facebookowej społeczności Szczeslivej udało się zebrać ponad milion złotych na rzecz chłopca, który potrzebował natychmiastowego leczenia raka siatkówki na terenie USA. I udało się! Chłopiec przeszedł pomyślną operację i leczenie!”. 

Może też dlatego Magda chętnie nawiązała współpracę z firmą LINK4 Mama. „To firma ubezpieczeniowa, z którą współpracuję, i razem z nią cyklicznie poruszamy w blogowych publikacjach wiele ważnych dla mnie aspektów, takich jak strach i inne emocje towarzyszące macierzyństwu od narodzin dziecka. Dzielimy się z mamami wspólnymi doświadczeniami i próbujemy oswoić strachy, które zaburzają nasz codzienny spokój”, mówi.

Blogerki zarabiają na reklamach. Każda z nich ma sporo sprzętów, które ułatwiają im domowe życie. Mają też swoje ulubione produkty, ubrania, dziesiątki różnych rzeczy, które mogą szczerze polecić na swoich blogach, dlatego często udaje im się nawiązać naturalną współpracę z firmami, które je produkują. Poza tym z czasem blogi obierają swoją ścieżkę i oferują czytelnikom autorskie rzeczy, często dopieszczone w detalach, spersonalizowane i unikatowe. Szczesliva idzie w stronę sprzedaży produktów we własnym sklepie internetowym, na przykład kalendarzy z zabawnymi autorskimi rysunkami, wkrótce toreb, kubków i innych gadżetów. Sklep, który jest częścią bloga, jest również tym, z czego strona będzie się głównie finansować.

sesja blogerki Viva! Mama
Fot. Olga Majrowska

Wierne fanki. Widzki i czytelniczki

Sylwia do 25 grudnia – wtedy według USG na świecie pojawi się jej synek – ma całą przestrzeń mieszkania do swojej dyspozycji. Dlatego, przewrotnie, swój dowcipny filmik na YouTubie „Największe modowe wpadki” Shiny Syl nakręciła w… kuchni. „Generalnie nie jestem bohaterem gotowania”, śmieje się. „Jeśli coś może pójść nie tak z obiadem, to pójdzie. Kiedy ktoś mi mówi, że przepis jest łatwy, to ja sobie myślę: oho, na pewno. Często nagrywam swoje przygody, bo wiem, że ludzi to śmieszy. Kiedyś zrobiłam zawijańce z jabłkiem i cynamonem i moje widzki pisały, że wyglądają jak rozlazłe ślimaki. Dzielę się tym, że każdemu zdarzają się błędy i wpadki i nie we wszystkim musimy być dobre”.

Kinga ostatnio robiła dżem z dyni, który od razu trafił na bloga. „Zdarza się, że na Instastories opublikuję 15-sekundowy filmik w kuchni, gdzie gotuję na przykład pomidorową, i w jedną dobę dostaję kilkaset odpowiedzi od moich dziewczyn. To mi też daje dużo energii, że warto to robić, że ktoś jest po drugiej stronie. Wysyłają mi zdjęcia: popatrz, zrobiłam twoją pomidorową, najlepszą, jaką jadłam; zrobiłam twój sernik, super wyszło”.

„Największą przyjemność sprawiają mi wiadomości prywatne od widzek i komentarze, gdzie piszą, że poprawiłam im humor, że dzięki mnie odważyły się coś zrobić, na przykład ubrać w inny sposób niż zwykle, bo »skoro ty możesz ubrać coś czerwonego, to dlaczego ja nie«, piszą do mnie, a ja je wspieram, bo to przecież jest tylko ciuch, naprawdę nie muszą tak bardzo przejmować się opinią innych. Ogromnie mnie cieszy, kiedy piszą, że z mojego polecenia były w jakimś miejscu albo że moje porady okazały się trafne”, opowiada Sylwia.

Jednocześnie dziewczyny nie zapominają o roli swoich mężów. „Gdyby nie wsparcie męża, który w wielu rzeczach mnie wyręcza, żebym mogła się realizować blogowo, nie byłoby mnie. Bardzo doceniam, że mam przy sobie mężczyznę, który moją pasję, a zarazem zawód traktuje poważnie, nigdy nie mówi: O, to takie twoje widzimisię”, przyznaje Magda.

Kinga, Sylwia i Magda nie są ani profesjonalnymi dziennikarkami, ani fotografkami, ani informatyczkami, a jednak na granicy tych trzech zawodów udało im się odnieść ogromny sukces. Magda bardzo trafnie to podsumowała: „Myślę, że blogowanie to jest takie zajęcie, przy którym wielu rzeczy uczymy się mimochodem: trochę fotografii, trochę robienia wideo, tworzenia stron internetowych, pisania, opowiadania przed kamerą. Któregoś razu znajomy, który prowadzi dużą agencję reklamową, powiedział: »Magda, jak przestaniesz blogować, to będziesz u mnie social media ninja, bo ty już umiesz tyle rzeczy...«”.

Niedawno Magda była w sądzie. Podczas przesłuchania sędzia zapytał: „Kim pani jest z zawodu?”. Magda na to, że blogerką. Pan sędzia zrobił wielkie oczy: „TO jest zawód?”. „Nie mnie oceniać, ale rzeczywiście jest coś takiego, że my nie jesteśmy traktowani poważnie”, dodaje Magda. „Bardzo jestem ciekawa, czy to, co robimy, uzyska kiedyś status zawodu. Bo blogerów jest wielu. Może nawet na uniwersytetach pojawi się kierunek blogerstwo?”.

Sprawdź, co jeszcze ciekawego znajdziesz w najnowszym wydaniu VIVA!Mama. Do kupienia od 16 września.  

viva mama okładka
Fot. OLGA MAJROWSKA

Wideo

Poznaj jeden z największych trendów w makijażu!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Ewa Farna bez tajemnic! Takiej rozmowy jeszcze nie było!