PODRÓŻE

Wszystkie barwy Goa. Kasia Kowalska o podróży swojego życia do Indii!

Joga, odpoczynek i… podróż w głąb siebie

Katarzyna Sielicka 30 czerwca 2018 07:31

Ten mały kawałek Indii to raj na ziemi. Bajeczne plaże, fantastyczne jedzenie, słońce i lazurowe morze. Ale podróżowanie do Indii to coś więcej. Kasia Kowalska pojechała do Goa ćwiczyć jogę, odpocząć i odbyć najtrudniejszą podróż – w głąb siebie. O tym, jak zmienił ją wyjazd do Goa, opowiedziała Katarzynie Sielickiej.

Goa to magiczne miejsce. Wiedział o tym już Vasco da Gama, portugalski odkrywca morskiej drogi do Indii, kiedy w 1498 roku dobił do wschodniego wybrzeża Morza Arabskiego. Powitał go niewiarygodnie czysty biały piasek plaż, pochylające się niemal nad samą wodą palmy i nieprzychylnie nastawiona ludność miejscowa. Portugalczycy skolonizowali Goa na ponad 400 lat. Pozostawili po sobie wspaniałą architekturę – wiele miejsc nie tylko w starym Goa przypomina Porto czy Lizbonę, można spotkać nawet charakterystyczne niebieskie kafelki – azulejo, muzykę, religię i zwyczaje. Dlatego ten najmniejszy indyjski stan jest tak bardzo bliski sercu Europejczyków, którzy do dziś chętnie tu przyjeżdżają.

Hippisi i joga

Portugalia straciła Goa w 1961  roku wraz z wejściem na terytorium stanu indyjskiej armii. Krótko po tym wydarzeniu zaczęli zjeżdżać tam hippisi z całego świata. Wielu z nich postanowiło osiedlić się tu na stałe. I choć dziś są już siwi, nadal przemierzają Goa na swoich motocyklach Royal Enfield, a na kultowym bazarze w Anjunie, który przez lata zamienił się w ogromne targowisko, nadal handlują ciuchami i koralikami. W tym miejscu wciąż jest coś, co przyciąga wolne duchy – artystów, joginów i ludzi spragnionych niezwykłych duchowych doznań. „Do Indii wybierałam się co najmniej od dwóch lat”, mówi Kasia Kowalska. „Jednak zawsze coś było ważniejsze. Koncerty, spotkania, konieczność przeznaczenia pieniędzy na inne cele. Ale kiedy napisała do mnie moja nauczycielka jogi Justyna Jaworska i zaproponowała dwutygodniowy wyjazd, powiedziałam – koniec. I podjęłam decyzję jednego dnia”.

Do Indii wybierałam się od dwóch lat. Kiedy napisała do mnie moja nauczycielka jogi Justyna Jaworska z propozycją wyjazdu, powiedziałam – koniec. Jadę!

Jogę zaczęła ćwiczyć, kiedy ktoś powiedział, że to pomoże jej poradzić sobie z problemami zdrowotnymi. Na początku energicznej piosenkarce nie było łatwo w to uwierzyć. „Pomyślałam, jaka joga? Maratony, półmaratony, góry, zakwasy, wycisk – to mój żywioł. Wydawało mi się, że joga to siedzenie w pozycji lotosu i rozmyślanie. Nuda”. Szybko okazało się, że jest inaczej. „Dzięki Justynie poznałam ashtangę i poczułam, że to jest dla mnie. W ćwiczenia musisz włożyć wysiłek, a jednocześnie zapanować nad koncentracją. Każdy z nas jest inny. Ashtanga pozwala na odkrywanie i stopniowe pokonywanie własnych ograniczeń, w najlepszym dla ciebie tempie. Wyciszyć się. Propozycja wyjazdu pojawiła się w trudnym dla mnie czasie. Po śmierci taty nie byłam w stanie nic robić, ale jednocześnie postanowiłam, że nie będę odkładać już mojego życia na później. Bez względu na to, czy poradzę sobie z asanami, muszę tam pojechać, pobyć sama ze sobą i z tym wszystkim, co we mnie jest. Muszę przerobić smutek”.

Zgiełk i wyciszenie

„W Goa wylądowałam w środku nocy. Kiedy wyszłam na lotnisko, natychmiast dopadł mnie wilgotny upał. Temperatura, która zwala z nóg. Wokół panował zgiełk i wrzask, psy, piesi, motory, riksze, trąbiące samochody, każdy jedzie, jak chce. Pomyślałam: to raczej kompletne wariatkowo niż miejsce relaksu i wyciszenia. Szybko podszedł do mnie taksówkarz. Przemiły, uśmiechnięty. Od razu się najeżyłam, wietrząc podstęp. A może zechce mnie oszukać? Ale po chwili pojawiła się myśl, że jestem tu, żeby odpocząć. Muszę wyłączyć te beznadziejne »programy« w głowie. Wszystko jest dobrze”.

Ośrodek, do którego trafiła Kasia, w niczym nie przypominał pięciogwiazdkowego hotelu. Położony jest kilka kilometrów w głąb lądu od słynnej plaży Anjuna Beach. „Ośrodek jest pięknie przystrojony powiewającymi na wietrze kolorowymi płachtami materiału i kwiatami, ale to nie luksusowe spa. Zupełnie inny klimat. Mnóstwo tu zwierząt, za płotem jest normalne gospodarstwo. O świcie budzi cię harmider, pianie kogutów, szczekanie psów, śpiew ptaków. Bujna przyroda, która dosłownie cię »atakuje«. To jest cudowne. Do tego temperatura, która niektórym może przeszkadzać, ale ja uwielbiam ciepło. Był akurat marzec, do Goa najlepiej jeździć poza porą monsunową, która trwa od października do kwietnia. A słońce moim zdaniem ma moc ozdrowieńczą”.

Obawy Kasi co do ćwiczeń na szczęście się nie spełniły. Program dostosowany był do wszystkich poziomów umiejętności, choć lekko nie było. „Cierpiałam na tej sali. Na początku bardzo bolały mnie stawy, wyjechałam z zapaleniem kaletek”, mówi Kasia. Ale potem dolegliwości niemal ustąpiły. Kasia uważa, że to także dzięki diecie. Indyjska kuchnia jest przebogata – w końcu to między innymi dla egzotycznych przypraw Vasco da Gama tu przybył – a w ośrodku dominowała dieta wegetariańska. „Z dnia na dzień czułam się lepiej. Jedliśmy głównie warzywa i trochę owoców. Nie było tam alkoholu, tylko herbatki ziołowe, część produktów bezglutenowych. Poczułam się lepiej i wyglądałam lepiej. Cudownie było wstać o świcie, poćwiczyć, poczuć, jak krew krąży ci szybciej, wypić na czczo sok z kokosa, zjeść lekkie śniadanko. Można było dojechać na plażę, do miasta, ale ja właściwie nie miałam potrzeby opuszczania tego miejsca”.

Goa słynie z pięknych plaż. Te na północy są tłumnie odwiedzane przez turystów głównie z Rosji, Anglii i Niemiec i obfitują w liczne atrakcje dla miłośników sportów wodnych oraz szalonych imprez. Na południu stanu wciąż jeszcze można trafić na plaże całkiem dzikie. „Na plaży w Anjunie wytrzymałam może 10 minut”, przyznaje Kasia. „Słońce jest bardzo zdradliwe, trzeba uważać. Zresztą perspektywa położenia się na plaży, bo mam urlop, w ogóle mnie nie interesowała. W czapce, z plecakiem połaziłam chwilę po stoiskach z gadżetami, które lubię – chustami, koralikami. W miasteczku są kafejki, »fancy« klimacik, ludzie siedzą, piją, rozmawiają. Spojrzałam na to i pomyślałam: o, warszawka. Nie po to tu przyjechałam. I poprosiłam taksówkarza, żeby mnie odwiózł z powrotem do ośrodka”.

Zamierzam wrócić do Indii. Tak chcę wykorzystywać wolny czas – na pracę nad sobą. Chcę też więcej zwiedzać, ale muszę się nauczyć jeździć na skuterze

„Seksmisja”

Poza ćwiczeniem jogi w ośrodku można skorzystać z masaży ajurwedyjskich, spotkać się z fizjoterapeutą, poddać zabiegowi akupunktury, pójść na warsztaty jednej z najsłynniejszych na świecie nauczycielek ashtangi jogi Larugi Glaser albo po prostu odpoczywać. „Leżałam nad basenem, czytałam Sapkowskiego i koił mnie widok kobiet, które leżały obok. To taka trochę »Seksmisja« – było tam może ze czterech mężczyzn. I kiedy spojrzałam na twarze tych kobiet – pięknych, silnych, wyćwiczonych, niekoniecznie młodych – wyobrażałam sobie, że każda ma swoją historię, swojego demona, z którym musiała walczyć. Nie wierzę, że ta joga trafiła mi się przez przypadek. To forma zawalczenia o siebie, poradzenia sobie ze swoimi problemami ograniczeniami, z życiem. Ubolewałam nad tym, że sama potrzebuję tak dużo czasu, żeby się otworzyć. Dopiero pod koniec wyjazdu zaczęłam je poznawać, rozmawiać z nimi”, mówi Kasia.

Na tym końcu świata poznała dziewczynę z Warszawy, która mieszka w tej samej dzielnicy. Miała podobne problemy zdrowotne, leczyła się u tych samych lekarzy, a ostatecznie pomogła jej restrykcyjna dieta. To spotkanie okazało się dla Kasi przełomowe. Uważa, że to kolejny „nieprzypadek” w jej życiu. „Dieta to jest słowo klucz. Ludzie mówią, że tak świetnie wyglądam, a nie mają pojęcia, czego ja nie jem. Nie jem glutenu, nie jem nabiału, nie jem mięsa, cukru, prawie nie piję alkoholu, nie palę papierosów, ćwiczę. To jest bardzo mocna decyzja, jaką drogą w życiu chcę iść. Kiedyś kolega zapytał mnie: »Nie pijesz? I jak jest?«. Odpowiedziałam mu: »Mam smutne wieczory, ale radosne poranki«. Kiedyś było inaczej. Ale nie da się ćwiczyć jogi na kacu. W asanie pies z głową w dół mogłoby być naprawdę ciężko”, śmieje się Kasia. I dodaje, że to Indie tak ją zmieniły.

Dopadł mnie wilgotny upał. Temperatura, która zwala z nóg. Zgiełk i wrzask, psy, piesi, motory, riksze. Pomyślałam: to raczej wariatkowo niż miejsce relaksu i wyciszenia!

„Te dwa tygodnie w Goa, kiedy udało mi się wyrwać z pracy, to było naprawdę dużo. Żeby utrzymać zespół i całą ekipę, trzeba ciągle koncertować. Jeśli chcesz pracować z najlepszymi, musisz dawać im pracę. Jednak w tym wszystkim musisz znaleźć czas, żeby się regenerować i metodę, która ci da tę regenerację. Więc nie jedziemy na Majorkę, żeby przez tydzień tankować i się opalać, tylko szukamy gdzieś głębiej, żeby dać odpocząć swojemu duchowi i ciału. Zamierzam wrócić do Indii. Tak chcę wykorzystywać swój wolny czas – na pracę nad sobą. Chcę też więcej zobaczyć, pozwiedzać, ale muszę się nauczyć jeździć na skuterze, bo tam wszyscy jeżdżą na skuterach. To moje zadanie do przyszłego roku”. ZOBACZ ZDJĘCIA

Wideo

Te kultowe filmowe kwestie Jerzego Stuhra przeszły do historii! Też je uwielbiasz?

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Dziesięć pięknych, spełnionych i inspirujących kobiet...czyli nasz nowy numer #VIVA!power. A w nim...