VIVA! MODA

Andrzej Pągowski, wybitny grafik i plakacista. Gdyby nie pracował, toby się stoczył!

W zeszłym roku obchodził 40-lecie pracy twórczej!

Marcin Brzeziński 8 września 2018 11:00
wybitny grafik Andrzej Pągowski w magazynie VIVA! MODA na jesień 2018
Fot. Zuza Krajewska/LAF AM

Andrzej Pągowski, wybitny grafik i plakacista. Gdyby nie pracował, toby się stoczył. Więc pracuje bez wytchnienia. Krytycy mają z nim problem, bo nie pasuje do żadnej szufladki. Andrzej Pągowski to więcej niż imię i nazwisko. To styl. W najnowszej VIVIE! MODZIE z obchodzącym w zeszłym roku 40-lecie pracy twórczej artystą rozmawia Katarzyna Sielicka.

-Do jakiego filmu chciał Pan zrobić plakat, a nie zrobił Pan?

Andrzej Pągowski: Nie ma takich filmów, bo do prawie wszystkich najważniejszych filmów, jakie powstały w ostatnich 40 latach, zrobiłem plakaty (śmiech).

-Ostatnio współpracuje Pan z Wojtkiem Smarzowskim.

Właśnie zrobiłem plakat do jego filmu „Kler”. To jest w ogóle fajny rok, bo zrobiłem też „Kamerdynera” Filipa Bajona, „7 uczuć” Marka Koterskiego i właśnie pracuję nad „Eterem” Krzysztofa Zanussiego. Festiwal Filmowy w Gdyni w tym roku będzie super. Mocna konkurencja.

-To będzie też Pana festiwal?

Tak sobie go nazywam. Będę miał też swoją wystawę artystycznych plakatów do polskich filmów. To dla mnie ważna wystawa, bo przez lata walczyłem o to, żeby istniał polski plakat filmowy, ambitniejszy. W czasach PRL-u robiłem prace do filmów Kurosawy, Felliniego, Scorsese czy Bergmana, bo akurat takie filmy przychodziły do Polski. Myślę, że dobry plakat, inteligentny, nadal by dzisiaj na ulicy wygrał z reklamami. Tylko ludzie oślepli trochę. Stracili wrażliwość na piękno, ale na szczęście nie wszyscy.

 -Ile razy pytano Pana o plakat „Papierosy są do dupy”?

Przy każdym wywiadzie. Bliżej 1994 roku to było bardziej sensacyjne, bo użycie słowa „dupa” wymagało odwagi. Zresztą nie mojej, bo taki pomysł po prostu przyszedł mi do głowy, ale sam trochę nie wierzyłem, że Ministerstwo Zdrowia to „kupi”. Potem była przerwa spowodowana moim nielubieniem tego plakatu. Ale już go lubię, bo jest czymś w rodzaju wizytówki. Przed laty w Gdyni rozmawiałem z Andrzejem Wajdą i poskarżyłem się, że zrobiłem tyle plakatów dla niego, dla Kieślowskiego i innych wspaniałych reżyserów, a ludzie ciągle pytają o ten. Andrzej powiedział mi wtedy, że on tyle filmów zrobił, a ciągle pytają go o „Popiół i diament”. No, jeśli mistrz powiedział mi coś takiego… (śmiech).

-Powiedział Pan, że plakat filmowy jest dla Pana „łatwy w tworzeniu”.

Tak. Ale ta łatwość nie polega na pójściu na łatwiznę. Po prostu nie mam problemu z wejściem w film i znalezieniem do niego klucza. Oczywiście jak patrzę na stary plakat, to myślę, że teraz bym go zrobił inaczej. Nie jestem artystą szkoły polskiej, która robi „w stylu”. Nie jestem artystą, który kocha swoją szufladkę i w niej się mości, i zalewa fanów cały czas tym samym obrazkiem na różne metody. Ja pracuję na zlecenie. Ostatnio sporo jeżdżę po Polsce, spotykam ludzi, którzy mówią, że nie mieli pojęcia, że plakaty, które tak dobrze znają, to moje prace. Wydaje mi się, że powtórzenie takiego życiorysu jak mój dzisiaj jest niemożliwe. Pojawiłem się na rynku w najbardziej specyficznym momencie, kiedy twórcy Polskiej Szkoły Plakatu byli u szczytu sławy i kiedy wchodziła nowa generacja twórców – Sawka, Czerniawski, Aleksiun. Ja byłem związany z profesorem Waldemarem Świerzym, który mnie trochę teleportował z mojej generacji do swojej. Spotykałem się z Młodożeńcem, Starowieyskim, Lenicą, Cieślewiczem, Lipińskim, Górką. Oni mi byli bliscy, więc trochę się oderwałem od swoich rówieśników.

-Czuł Pan potrzebę przynależności do jakiejś grupy?

Nigdy w życiu. Ja nie pasuję. Sztuka, niestety, ma krytyków, marszandów, którzy kochają te szufladki i mówią, że jestem zbyt różnorodny. Ostatnio kpiłem, że chcę zrobić „Wystawę zbiorową Andrzeja Pągowskiego”. Ale jeżeli pracuję dla tak różnych twórców, jak Zanussi, Wajda, Polański, Kurosawa… potrzebuję różnych technik i stylów. Przy całym szacunku dla polskiej szkoły plakatu, którą ubóstwiam – kocham plakaty Świerzego, Starowieyskiego – one jednak są ich plakatami, a nie plakatami osadzonymi w konkretnych filmach. Ja pracuję inaczej.

-Podobno Pan nie jest łaskawy dla reżyserów, strasznie ich Pan męczy pytaniami o sens, o ideę.

Tego mnie nauczył Krzysztof Kieślowski, który cierpiał podczas naszych rozmów, ale twierdził, że to rozumie. Bo jeśli ja zrobię zły plakat, który będzie wisiał, zanim film wejdzie, to ludzie popatrzą i pomyślą: To pewnie jakiś głupi film. Dla Krzysztofa zrobiłem jedne z najlepszych moich plakatów. To było trudne. Ciężko było przejść przez tę zasłonę dymu, ręki, w której trzymał papierosa. Potem obserwowałem, jak staje się coraz większą osobowością. Był bardzo skromny, ale zarazem znał swoją wartość.

-Mówił Pan, że plakat do „Przypadku” jest dla Pana bardzo ważny.

Zawsze mnie pytają, który plakat najbardziej lubię. Najbardziej lubię ten pierwszy – „Mąż i żona” dla Teatru Narodowego i Adama Hanuszkiewicza. To była cudowna historia i adrenalina. I bardzo lubię ten, który zrobię jutro. Natomiast film „Przypadek” mną wstrząsnął i ten plakat jest dla mnie bardzo osobisty. Uświadomiłem sobie, że takich cholernych pociągów, na które człowiek się spóźnia, jest mnóstwo. Oczywiście pociąg jest przenośnią. Powtarzam dzieciom: „Musisz wykonać wysiłek, bo inaczej twój pociąg odjedzie”. W 1989 roku, jak wszystko zaczęło się u nas zmieniać, przestał dzwonić telefon, główni zleceniodawcy zniknęli z dnia na dzień, dojrzałem pociąg „reklama” i wsiadłem do niego.

-Co Pan zobaczył w reklamie, co Pana pociągnęło?

Pieniądze (śmiech). Ale to jest przecież mój zawód. Zorientowałem się, że mój klient zniknął. Albo zupełnie się zmienił. Zadzwoniła do mnie pani z teatru, gdzieś z Polski. Powiedziała, że chce plakat, i zapytała się, czy wystawiam fakturę. Zapytałem: „Jak to fakturę?”. I założyłem działalność gospodarczą.

-Mógł Pan robić, co Pan chciał, bo miał Pan nazwisko.

Tak, to był duży plus. W Polsce Ludowej wszystko było poukładane, cenniki, instytucje. LOT, CPN, Totalizator Sportowy czy inni współpracowali z konkretną firmą, która zapewnia im grafików. Po 1989 nagle zostali bez tego, więc jak się dowiedzieli, że Pągowski ma firmę, to wszyscy do nas walili.

-Koledzy Panu nie zazdrościli?

Zawsze zazdrościli. Ale ja mówiłem, że jeśli ktoś woli się spotykać, popijać i narzekać, to jego prywatna sprawa. Ja zawsze byłem uzależniony od roboty i robiłem ją najlepiej, jak potrafiłem. W tej chwili już nie startuję w konkursach, bo mi się wydaje, że nie wypada przegrać (śmiech). A pewnie są młodzi wspaniali graficy, z którymi bym przegrał. Inne są oczekiwania i inne kryteria oceny. W tamtych czasach specjalnie się nie martwiłem o to, bo co tydzień była jakaś nagroda. Dziś wiem, że te nagrody nic nie dają, znaczenie ma tylko to, co potrafisz tu i teraz.

-Zdobył Pan mnóstwo nagród.

Tylko nie w Polsce. To o czymś świadczy.

-Ma Pan żal?

Mam żal do tego, że nie można było zrozumieć, że jest facet, który lubi tę pracę i tak naprawdę praca jest dla niego najważniejsza.

– Teraz pracuje się trudniej niż kiedyś?

Estetycznie ludzie są mniej wymagający. Może się okazać, że moja symbolika jest kompletnie niezrozumiała dla kogoś, kto nic nie czyta, nie ogląda. Poza tym jest potężna cenzura. Społeczeństwo, które wychowało się w nienawiści do komuny, ubóstwia donosić, i to na wszystko, a zleceniodawcy zwykle sami się cenzurują. Strach jest nagminny.

– Nigdy Pan nie myślał, żeby wyjechać?

Nie. Nigdy nie miałem talentu do języków i nadal jest to moja pięta achillesowa. Jeżeli spotykam się z człowiekiem w Stanach i on nie wie, kto to jest Wołodyjowski, a ja nie wiem, kto to jest Dick Tracy, to nie możemy się dogadać. Jestem w stanie dla Polaka wymyślić w ciągu pięciu minut symbol, który zawładnie jego umysłem i świadomością.

– Jak ja o tym napiszę, to do Pana się od razu zgłoszą tacy, których by Pan nie chciał, żeby się zgłosili.

Zawsze jest kwestia wyboru, dzisiaj mam wolność. Ja też odmawiam.

– Lubi Pan ludzi?

Bardzo, ubóstwiam. Najbardziej lubię takich ludzi, którzy się tego nie spodziewają. Z reguły mi się zwierzają, żona się zawsze zastanawia, jak to się dzieje, że ja po przejściu przez sklep wiem, że ta pani zerwała właśnie z chłopakiem i ma problem z dzieckiem, a tamtej mama umiera.

– Skąd Pan to wie?

Bo jak widzę w ludziach jakiś problem, to pytam. Zastanawiam się, dlaczego oni natychmiast się tak otwierają. Może tego potrzebują, bo nikt inny ich nie pyta, dlaczego mają smutne oczy.

– Pan pyta?

Tak. Czasem gdy widzę, że komuś jest źle, to mówię: „Miłego dnia”. Pani mówi, że już jest 19.00, a ja na to, że jeszcze bardzo dużo czasu – i już jest uśmiech.

– Pana firma oferuje usługi malowania portretów na zlecenie. Kogo by Pan nie namalował?

Ludzi, którzy mają w sobie jakąś złość, zawiść. To widać w twarzach, kącikach ust, które są do dołu, w smutnych i złych oczach.

Cały wywiad z Andrzejem Pągowskim tylko w najnowszej VIVIE! MODZIE! 

wybitny grafik Andrzej Pągowski w magazynie VIVA! MODA na jesień 2018
Fot. Zuza Krajewska/LAF AM

Monika Jac Jagaciak na okładce VIVA! MODA! na jesień 2018
Fot. Will Vendramini/Complete

Polecamy też książkę „Być jak Pągowski. Andrzej Pągowski w rozmowie z Dorotą Wellman”.

wybitny grafik Andrzej Pągowski w magazynie VIVA! MODA na jesień 2018
Fot. Zuza Krajewska/LAF AM

Wideo

Test redakcji Viva! Czy terapia śluzem ślimaka naprawdę działa?

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Magda Gessler z synem Tadeuszem po raz pierwszy tak szczerze o swojej relacji!