Manuela Gretkowska i Piotr Pietucha o narkotykach i innych stanach świadomości: „Doznałem objawienia pod wpływem LSD’’

Piotr Pietucha, Manuela Gretkowska, VIVA! październik 2017, main topic
Fot. Agnieszka Kulesza i Łukasz Pik

 

Manuela Gretkowska i Piotr Pietucha, pierwsza para polskiej literatury, mają za sobą roczne rozstanie. Ona wyjechała do Kalifornii, a on się nie odzywał. Dwa lata temu twierdzili, że bez tej przerwy nie wróciliby do siebie, bo pomógł im "czas, który płynął, ucząc, jak nie być ze sobą, a nie wyłącznie być".

 

Przeczytaj też: „Nie każda siwizna jest oznaką mądrości”, Małgorzata Rozenek-Majdan odpowiada na krytykę Manueli Gretkowskiej! Fani są za Małgosią!

 

Efekt? Nie tylko znów są razem, ale wspólnie wydali też książkę "Miłość klasy średniej". Każde z nich swoją własną część. Tyklko VIVIE! opowiedzieli, co ich do tego zainspirowało. Jej „Kalifornię’’ czyta się, jak reportaż.

Manuela: Kalifornia to najbardziej odjechane miejsce na Ziemi. Nierealne przez widoczki ze składowiska Hollywood, a zarazem matrix naszej współczesności. Tu jest Dolina Krzemowa, tu pojawili się hippisi, stworzono prawa obywatelskie, New Age, ekologiczne jedzenie, tu kręcą nasze marzenia w filmowych studiach. Stolik obok, w zapchlonej kawiarni San Francisco, gdzie przesiadują nielegalni Meksykanie "ukrywa" się ze swoją żoną Zuckerberg, twórca Facebooka, pijąc spokojnie kawę. W dolinie Napa pokazałam córce kabriolet prowadzony przez kogoś podobnego do Brada Pitta, a ona z lepszym wzorkiem, mówi: "Mama to nie ktoś podobny, to Brad Pitt z dziećmi". Albo na ulicy przed naszym domem biegnie facet ze spluwą, bo miał właśnie awanturę z żoną i goni go policja. Kalifornia nie jest "jak" w kinie, jest ekranem naszej wyobraźni.

Manuela Gretkowska i Piotr Pietucha
Fot. Agnieszka Kulesza i Łukasz Pik

 

Gretkowska otwarcie pisze w książce o swoich kalifornijskich doświadczeniach z narkotykami.

Manuela: Trudno nie pisać o innych stanach świadomości, gdy mój sąsiad, emerytowany prawnik, okazuje się ojcem Sofii Coppoli, córki reżysera "Ojca chrzestnego". Ona to potwierdziła i rodzina zaakceptowała. Opisałam w książce dokładniej tę historię. Opisałam też moje doświadczenia z roślinami poszerzającymi świadomość. Nie uzależniają, są tradycyjnym lekarstwem. Zażywałem je. Dorosłam mentalnie w Kalifornii. To, co przywiozłam stamtąd w duszy i walizce, zmieniło moje życie. Kalifornijczycy umieją łączyć supertechnikę z duchowością. Nie mówię o Stevie Jobsie, który przyznał, że bez LSD nie byłoby Apple’a. Po prostu kupiłam tam elektroniczny wspomagacz do medytacji. Jakbyś mi powiedział rok temu, że będę siedziała i czekała na medytację, bym się uśmiała. Boli tyłek, nuda, a obiecywanej nirwany zero.

Co to za sprzęt? "Muse" - cieniutka opaska na głowę, która jest zminiaturyzowanym czytnikiem fal mózgowych.

Manuela: Ściągasz do niej aplikację na telefon i masz biofeedback. Czyli urządzenie, dzięki któremu uczysz się wprowadzać w relaks albo medytację. Ono informuje, jakie masz fale mózgowe i daje znać dźwiękiem jak podtrzymać te dające wyciszenie psychiczne. Po paru ćwiczeniach odkrywasz dlaczego mnisi potrafią siedzieć godzinami. Nie zdawałam sobie sprawy, że odłożenie umysłu jak kapelusza na kołek daje ukojenie.

Piotr Pietucha
Fot. Agnieszka Kulesza i Łukasz Pik

 

Czy Piotra nie ciągnie do tych roślin, które wciągała Manuela?

Piotr: Nie wierzę w takie nagłe wielkie wglądy, eksplozje świadomości pod wpływem jakichś środków. Wierzę w cierpliwe, świadome odszukiwanie siebie - tak też pojmuję proces terapii.
Manuela: Z pełnym szacunkiem, Piotr jest wspaniałym terapeutą, ale nie wie o czym mówi.
Piotr: Trochę wiem, 40 lat temu też doznałem objawienia pod wpływem LSD, ekstatyczne doznanie jedności z naturą. I też przez kilka dni miałem poczucie, że dotknąłem prawdy o wszechświecie. Niestety, ani tego błogiego stanu nie mogłem w sobie zatrzymać, ani potem odtworzyć. W żaden sposób nie pomogło mi to lepiej żyć.

Ona w książce pisze o Kalifornii, on o frustracji i niemożności spełnienia. Czy tak widzi świat?

Piotr: W gruncie rzeczy moja powieść ma pozytywne przesłanie. Że zawsze można zacząć od nowa. Jej bohaterowie mierzą się z kryzysem egzystencjalnym. Po utracie miłości, dziecka. Chciałem poważnie porozmawiać o życiu. A kiedy poważnie się rozmawia, robi się trochę gorzko, czasem patetycznie.

(...) W odróżnieniu od części napisanej przez Manuelę, która jest na wpół dziennikiem, ja wszystko wymyślam. Staram się zrozumieć moich bohaterów i akceptuję, jak pacjentów na terapii. Ale się z nimi nie utożsamiam. Mężczyźni w mojej książce są mizoginami, widocznie tak widzę polskich mężczyzn. Nie znaczy, że sam jestem mizoginem.

Manuela Gretkowska
Fot. Agnieszka Kulesza i Łukasz Pik

 

Część Manueli kończy się tym, że małżeństwo wraca do siebie. W jego opowieści mąż wybiera życie pustelnika. To coś mówi o nich, autorach?

Manuela: Są poradniki, jak kochać, a bardzo mało w naszej kulturze mówi się o tym, jak się wycofać, żeby utrzymać miłość. Bo to też sztuka.
Piotr: Dobrze, Manuelo, jak przyjdzie mi do głowy wyjechać na rok na Islandię, też nazwę to miłością.

 

Przeczytajcie także: Manuela Gretkowska i Piotr Pietucha o miłości leczonej rozstaniem, dramatach rodzinnych i seksie

Może Cię również zainteresować:

„W Los Angeles poczułam się jak w domu’’. MaRina Łuczenko-Szczęsna o wyjątkowych miejscach, w których mieszkała! EKSKLUZYWNE VIDEO

Źródło: Wojtek Klauze