Tylko u nas

Alicja Majewska: "Jeżeli tylko mogę, staram się pomagać. Za to siebie lubię"

Aleksandra Leszczyńska 23 grudnia 2015 20:36
Alicja Majewska, "Viva!" grudzień 2015
Fot. Bartek Wieczorek/LAF AM

Śpiewa o miłości i mówi, że dziś to jedyny temat, który należy traktować poważnie. A publiczność docenia to, niezmiennie od ponad 40 lat. Jej przeboje – „Jeszcze się tam żagiel bieli”, „Być kobietą”  –  do dziś nuci cała Polska. Alicja Majewska, ikona polskiej estrady, grafik ma wypełniony po brzegi i dziennikarce "Vivy!" Alinie Mrowińskiej wyznała, że nigdy nie myślała, że będzie mieć tyle pracy na emeryturze.

Podczas tegorocznego Opola jej koncert pokazał, że muzyka a moc łączenia ludzi i pokoleń. Przeboje Alicji Majewskiej porwały do tańca publiczność w różnym wieku. Muzyka otwiera ludzi. Artystka wyznała, że ludzie często przychodzą do niej po koncertach porozmawiać, opowiedzieć o swoim życiu, poradzić się. 

Nie tak dawno, po jednym z koncertów, starsza pani mi powiedziała, że w latach 80. nagrała sobie całą kasetę z moją piosenką „Jeszcze się tam żagiel bieli”. I że słuchanie bardzo jej pomagało przetrwać rozłąkę z mężem, który wyjechał gdzieś na Zachód do pracy. Po pani wywiadzie ze mną, w którym mówiłam o mojej mamie, o latach opieki nad nią, kiedy była już po wylewie, nie chodziła, nie mówiła, dużo kobiet chce o tym ze mną rozmawiać. Czasem ciężko jest powiedzieć kilka pokrzepiających zdań… 

Po innym koncercie podeszła do niej para młodych ludzi – Monika i Wojtek. Ona niewidoma psycholog, on informatyk z porażeniem mózgowym. Alicja Majewska pomogła w zbiórce pieniędzy na operację Wojtka, zorganizowała wielki charytatywny koncert…

To piękna historia, piękna para. Pobrali się, operacja się udała, Wojtek lepiej mówi, jego ruchy są bardziej skoordynowane, znalazł stałą pracę. Kilka miesięcy temu urodziła im się córeczka Ula. Anioł stróż nad nimi czuwa. Jeżeli tylko mogę, staram się pomagać. Za to siebie lubię. Ale nie lubię o tym opowiadać. To po prostu normalne ludzkie odruchy

Alicja Majewska,
Fot. Bartek Wieczorek/LAF AM

Artystka przyznała, że dobre serce odziedziczyła po rodzicach. 

Kiedyś moja przyjaciółka powiedziała o nich: „Nadzwyczajni w swojej normalności”. Rodzice byli niezwykle dyskretni, nigdy o nic nie dopytywali. Kiedy w 84 roku rozwodziłam się z mężem, mama stała w pobliżu sądu, gdzieś zza węgła obserwowała. Chciała być blisko, ale tak bardzo delikatnie. (...)

Rodzice po wojnie byli nauczycielami w Olbierzowicach, pięknej wsi sandomierskiej. Tata był kierownikiem szkoły, uczył śpiewu i matematyki. Prowadził teatr dla dorosłych. Odkąd pamiętam, zawsze był społecznikiem. Żyliśmy bardzo skromnie. W czasie wojny rodzice uratowali życie młodemu Żydowi. Ukrywali go, były sytuacje, kiedy spuszczali w wiadrze do studni. Już po wojnie pisał do nich ze Stanów, pytał, jak może teraz on pomóc. Odpisywali, że niczego im nie potrzeba. Raz tylko zwrócili się z prośbą o penicylinę – dla ciężko chorego brata mamy. Do dziś pamiętam paczki ze słodyczami, które ten pan przysyłał nam ze Stanów. 

Po rodzicach artystka odziedziczyła też skromność. Nie czuje się gwiazdą, a popularność wciąż ją zadziwia. Choć na scenie występuje od ponad 40 lat. Spytana czy czuje upływ czasu odpowiedziała:

W ogóle nie czuję. Pewnie to jest rodzaj jakiegoś zakłamywania, no bo w końcu jestem już dosyć dojrzałą kobietą. Może dlatego, że nie mam dzieci, wnuków, nie widzę, tak na co dzień, mojego upływu czasu. Tylko drzewa w ogródku są już duże. Wie pani, myślę, że nie należy za bardzo zagłębiać się w rejony, w których już nic nie można zmienić. 

Alicja Majewska,
Fot. Bartek Wieczorek/LAF AM

Cały wywiad z Alicją Majewską w najnowszej "Vivie!". Już w kioskach.

Wideo

Te kultowe filmowe kwestie Jerzego Stuhra przeszły do historii! Też je uwielbiasz?

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Krystyna Janda opowiada o tym, jak nie poddać się losowi i robić to, co się kocha