WSPOMNIENIE

Po śmierci Agaty Mróz jej mąż nie załamał się, musiał zaopiekować się córką...

„Wciąż widzę jej uśmiech, jej oczy”

VIVA! 4 czerwca 2018 12:00

„Czasem człowiek po wielkiej stracie zamartwia się tak, aż sięga dna. Ja nie mogłem”, powiedział Jacek Olszewski, wdowiec po siatkarce Agacie Mróz. Przeżył ogromną tragedię, ale nie załamał się. Nie mógł, musiał zaopiekować się córeczką, która w chwili śmierci mamy miała zaledwie 2 miesiące. „Musiałem się trzymać, dla Lilki. Proponowano mi, bym oddał małą. Nie chciałem”, wyznał w wywiadzie.

Agata Mróz odeszła 4 czerwca 2008 roku, 2 tygodnie po przeszczepie szpiku kostnego, który miał uwolnić ją od mielodysplazji szpiku – ciężkiej choroby, z którą zmagała się od 17. roku życia. Agata złapała infekcję, z którą organizm nie zdołał sobie poradzić – przeszczepiony szpik nie zaczął jeszcze działać. Zabieg został przełożony, by Agata mogła urodzić dziecko. Ciąża przy jej chorobie była ryzykowna, jednak to nie ona przyczyniła się do śmierci siatkarki. „Tłumaczę sobie, że ten zabieg, który był zaplanowany na listopad, mógł skończyć się dokładnie tak samo. Może więc dostaliśmy od losu dodatkowe siedem miesięcy i dziecko? Tak wolę myśleć. Nie pytam Boga, dlaczego mi ją zabrał, tylko dziękuję mu za to, że postawił Agatę na mojej drodze”, powiedział Jacek Olszewski w wywiadzie, którego udzielił VIVIE! rok po śmierci żony. Przypomnijmy rozmowę, którą z Jackiem Olszewskim przeprowadziła Monika Kotowska i wzruszającą sesję zdjęciową autorstwa Krzysztofa Opalińskiego. W galerii umieściliśmy też zdjęcie jego córki z czerwca 2017 roku. Dziś Liliana jest piękną, dziesięcioletnią dziewczynką.

– Zadzwoniłam do Ciebie. Odezwała się poczta i usłyszałam głos Agaty. Nie byłam na to gotowa. Z trudem opanowałam emocje.


Ludzie mówią mi często, że to dla nich szok. Ale zaraz przyznają, że usłyszeć ją znów, raz jeszcze, to naprawdę niesamowite doświadczenie.

– Często dzwonisz na własną pocztę?

Nie muszę. Mamy tyle pięknych zdjęć i filmów. Nagrywaliśmy chwile, kiedy byliśmy szczęśliwi. Wakacje na Riwierze Makarskiej w Chorwacji. Pierwsze i tak naprawdę jedyne, które spędziliśmy razem. Poznaliśmy się w lutym, trzy miesiące później Agata zamieszkała ze mną. A potem przyszło lato i ruszyliśmy w świat. Samochodem, z moimi znajomymi. 



– Wszystko tak szybko się w Waszym życiu działo. Poznanie, wspólne mieszkanie. Nie bałeś się tempa?


Zrozum, choroba tego uczy. Zwykle pokazywano krótki urywek życia Agaty. Jakiś mecz. Radość po wygranej. Eksplozję emocji. A ja, będąc z nią dłużej, widziałem też cierpienie. Ona od siedemnastego roku walczyła o życie i miała w sobie jego wielki głód. Więc nic nie było za szybko. Mówiła, że to, co nas łączy, to spokój. Nie musieliśmy nawet ze sobą rozmawiać, by się rozumieć. Przez te dwa wspólne lata chyba tylko raz się pokłóciliśmy. Zawsze potrafiliśmy się pogodzić. Nie lubię leżeć na plaży, Agata wręcz przeciwnie. Chciałem pograć w siatkę, ona wolała słońce. I dobrze. Nie było spięcia, że trzeba być stale razem. Wtedy w Chorwacji poszedłem w góry. Zdobyłem samotnie szczyt. Nie najwyższy może, ale zawsze. Tysiąc czterysta metrów. Piękny był stamtąd widok, zrobiłem zdjęcia. Zbyt często ludzie w związkach nawzajem się ograniczają. Aż zaczynają dusić. Nie znaliśmy tego uczucia. Za to tyle innych, mocnych, pięknych. Dziś nie ma Agaty, ale jest nasza córeczka Lilka. Bywam strasznie zmęczony, ale kiedy mała się do mnie uśmiechnie, zapominam o wszystkim.


– To takie proste?

Pamiętam dzień pogrzebu. Tarnów, tysiące osób. Podeszli do mnie znajomi Agaty. Spłakani, z wielkim żalem, z pytaniami: „Dlaczego? Skąd taka niesprawiedliwość?”. Spoglądali na Liliankę. Była w pięknej różowej sukience. W tej samej, w której po raz ostatni widziała córeczkę Agata. Staliśmy z Lilką pod jej szpitalnym oknem dwa dni przed tym, jak wprowadzono ją w śpiączkę. I wtedy na pogrzebie nagle zamiast łez pojawiał się wokół uśmiech. Tak już jest. Przy maleńkiej nie da się inaczej.

– Sam nigdy nie zapytałeś: Dlaczego?

Nie. Nigdy też nie zakładaliśmy, że Agata umrze. Podczas jej choroby nagrywaliśmy film „Lekcja Agaty”. Miało być tak – pomyślnie przechodzi przeszczep i zostaje świadectwo jej walki. Chcieliśmy obalić mity, dodać sił tym, którzy się boją. Niestety, życie napisało za nas inny scenariusz. I nie mieliśmy na to wpływu.

– To przez ciążę Agata przeszła przeszczep szpiku później, niż planowano. Pomyślałeś choć raz: zbyt późno?

Tłumaczę sobie, że ten zabieg, który był zaplanowany na listopad, mógł skończyć się dokładnie tak samo. Może więc dostaliśmy od losu dodatkowe siedem miesięcy i dziecko? Tak wolę myśleć. Nie pytam Boga, dlaczego mi ją zabrał, tylko dziękuję mu za to, że postawił Agatę na mojej drodze. Dziękuję za każdą wspólną chwilę, za jej radość życia i za dziecko.

– Gdy okazało się, że będziecie rodzicami, decyzja mogła być tylko jedna?

Ostatnio znalazłem w domu test ciążowy Agaty. Spojrzałem na tę cienką czerwoną kreseczkę i zrobiło mi się ciepło na duszy. Ja tego dziecka pod sercem nie nosiłem, mogłem Agatę wspierać, ale to ona wybrała. Chodziłem z nią na każde badanie. I długo czułem nieznośny ciężar. Wiedziałem, że kiedy zacznie się dziać bardzo źle, to ja będę musiał podjąć najtrudniejszą decyzję: usuwamy ciążę, bo ratujemy Agatę! Ona nigdy nie wybrałaby siebie. Patrzyłem, jak bardzo cierpiała. Miała transfuzje, krwiaki nóg usuwane operacyjnie, nie mogła chodzić, ale niezłomnie czekała na dziecko. Odetchnąłem dopiero, kiedy dotrwaliśmy do piątego miesiąca. Wtedy zacząłem się cieszyć, było wiadomo, że można już będzie ratować je obie. Wtedy naprawdę pomyślałem o sobie: ja – ojciec.

– O tym, że może jej się nie udać, rozmawiałeś z Agatą tylko raz. Co wtedy Ci powiedziała?

Że nie wyobraża sobie, by ktoś inny poza mną mógłby wychowywać jej dziecko. Gdy umarła, mogłem zacząć pić, oddać Lilkę rodzicom albo do domu opieki. Tak, tak, nie dziw się. Oboje dobrze znaliśmy kobietę, która mając dziecko, poznała mężczyznę, on tego dziecka nie akceptował, i co? Zostawiła je w ośrodku wychowawczym. Dziś ta kobieta nie ma szczęścia, szacunku wśród ludzi, a dziecko się stoczyło. Nie musiałem obiecywać Agacie, że nigdy tak nie zrobię. Wiedziałem, że nie mógłbym tego cudu, Lilki, oddać za nic nikomu.

– Ale bałeś się, czy to udźwigniesz?

Czasem człowiek po wielkiej stracie zamartwia się tak, aż sięga dna. I wtedy może się odbić. Nie miałem takiej możliwości. Musiałem się trzymać, dla dziecka. Rodzice Agaty zaproponowali, żebym u nich zostawił małą. Nie chciałem. Jeszcze przyjdzie taki czas, kiedy będzie jeździła do dziadków na wakacje. Parę dni po pogrzebie moja mama powiedziała: „Może zrezygnuję z pracy i zajmę się Lilką, bo ty chyba sobie nie poradzisz?”. Wykrzyczałem: „Muszę, mamo! Córka jest wszystkim, co mi zostało!”. Radziłem sobie od samego początku. Lilka była wcześniakiem, ale kiedy wreszcie znalazła się w domu, siedziałem z nią całe dnie. Po pracy wpadała do mnie mama, wtedy jechałem do szpitala do Agaty. Wracałem. A w nocy wstawałem do córeczki równo co trzy godziny.

– Liliana kończy rok. Jaka jest?

Zaczyna chodzić. Kiedyś całkiem dużo spała. Dziś nie usiedzi w miejscu. I na czworakach idzie za mną wszędzie. Nawet kiedy bawi się z moją mamą, musi mnie mieć w zasięgu wzroku. A ja? Prasuję, gotuję zupki, nie karmię jej gotowym obiadkiem ze słoiczka. Gram w „koci koci łapci”, czytam bajki. Mała ma już dziewięć zębów. Płacze tylko wtedy, kiedy coś złego jej się w nocy przyśni. Ale łóżeczko stoi blisko mojego. Biorę ją wtedy na ręce. Oczy ma brązowe, po tacie, ale uśmiech mamy. W sylwestra poszliśmy do znajomych. Lilka usnęła chwilę po ósmej. A ja, też jak dziecko, niedługo po północy. Bo świątek – piątek muszę wstać o szóstej, przygotować butelkę z kaszką. Mam to mocno wyryte w głowie. Przecież nie powiem: „Tata jest zmęczony, zajmij się teraz sobą”.



– Nie pracujesz?

Do końca sierpnia jestem na urlopie wychowawczym. Jeden dzień w tygodniu pracuję na umowę-zlecenie. Nie mam prawa do zasiłku, ale płacą za mnie ubezpieczenie, dobre i to. Bo oprócz tego, że byłem mężem Agaty, jestem inżynierem. Działam też w Fundacji przeciwko Leukemii im. Agaty Mróz-Olszewskiej. Czasem z Instytutu Hematologii dzwonią do mnie: „Jacek, pomóż”. Mają młodych pacjentów, którzy nie chcą się leczyć. „Spotkaj się, pogadaj”, słyszę. Nie odmawiam. Do niedawna żaden chory nie chciał się spotkać z kimś, komu się nie udało. Ze mną chcą pomimo porażki. To niesamowite. W połowie października w katowickim Spodku wraz z przyjaciółmi zorganizujemy pierwszy memoriał imienia Agaty. Będą zawody siatkarskie, koncerty, zbiórka krwi. Coraz więcej ludzi rejestruje się w banku dawców szpiku. Jego transplantacja jest często dla chorych jedynym ratunkiem. W Polsce wykonuje się kilkaset przeszczepów rocznie, o chorobie dowiaduje się w tym samym czasie dziesięć tysięcy. Agata chciała to zmienić. To było jej największe marzenie. Sam jestem w takim banku zarejestrowany. Kiedy dowiedziałem się, że dla Agaty nie ma dawcy, czułem, że może po to się w życiu spotkaliśmy, żebym to ja mógł ją uratować? Nie mogłem. Ale może jeszcze komuś pomogę? Powiem tak, im więcej mam zajęć, tym lepiej. Mniej czasu, by myśleć o sobie.

– A jak się wypalisz?


Miałem takie myśli po raz pierwszy zupełnie niedawno. I wyjechaliśmy z Lilką na tydzień do Hiszpanii, odwiedziliśmy ciocię Gosię Glinkę. Było pięknie, chodziliśmy na długie spacery. Pozwoliłem swojej głowie odpocząć. To był mój wentyl. Zrozumiałem już dawno, że on jest potrzebny. Kiedy Agata leżała w szpitalu, chodziłem czasem z kolegami na piwo. Ktoś mógłby powiedzieć: „Źle robisz – ona tam cierpi, a ty się bawisz”, ale wiedziałem, że jeśli nie wyjdę, nie złapię chwili beztroski, normalności, to w końcu się wypalę i nic już dobrego nie zrobię. Wiesz, ile związków rozpada się na moich oczach? Mężczyzna zostawia kobietę po amputacji piersi, bo już nie jest tak atrakcyjna. Albo to ona znajduje sobie kochanka, kiedy on przechodzi przeszczep. Kolega powiedział o mnie niedawno: „Pięćdziesięcioletni z ciebie trzydziestolatek”, zgodzę się, takie mam doświadczenia.

– Co czułeś, kiedy Lilka po raz pierwszy powiedziała „mama”?

A wiesz, że jej pierwsze słowo brzmiało „tata”. Mówi też „mama”, choć przecież jej tego nie uczyłem.

– Nikt Twojej córeczce nie wróci mamy, ale przecież ona będzie jej potrzebować.

Wiem, że są tacy, którzy uważają, że do końca życia powinienem być sam. Już słyszę: „Miał taką wspaniałą żonę, a teraz chce być z inną?”. Ale wiem też, że kiedyś spotkam jeszcze kobietę. Bo człowiek nie jest stworzony do tego, by żyć w pojedynkę. I nawet jeśli świetnie zajmuję się Lilką, to będzie kiedyś potrzebowała kogoś takiego jak matka. Gdybym odszedł pierwszy, chciałbym, żeby Agata ułożyła sobie życie na nowo. I Agata pewnie chciałaby, żeby obok jej córki znalazła się pełna ciepła, mądra kobieta, która ją godnie zastąpi. I dobrze Liliankę wychowa. Wiem, że nie będzie łatwo się z tym zmierzyć. I że nawet jeśli kogoś jeszcze w życiu spotkam, nie spotkam już drugiej Agaty. A ona na zawsze pozostanie w moim sercu. Muszę być szczęśliwy dla Lilki, a dziecka nie oszukasz, jest najlepszym barometrem. Pozwalam sobie na słabości, kiedy mała śpi. Wtedy oglądam filmy z Agatą. O najtrudniejszym staram się mówić z uśmiechem, ale przecież to boli.

– Jaką ją chcesz pamiętać?

Wciąż widzę jej uśmiech, jej oczy. Zawsze takie ciepłe. W Agacie urzekła mnie naturalność. Nawet kiedy w szpitalu obcinałem jej długie blond włosy, mówiła: „To tylko włosy”. Ogoliłem ją, bo tak było trzeba. I powiedziałem: „Wyglądasz pięknie, ale, kochana, już się tak później nie czesz. Ten raz wystarczy”. Śmiała się. A niedługo potem odeszła. Chciałbym, żeby ludzie o niej nie zapominali. Wtedy będę spokojny, że swoją walkę wygrała. Znajomi mówią, że Agata śni im się czasem. Mnie się nie przyśniła. Może kiedyś, raz, ledwie. Ale już nic nie pamiętam. Za to mam czasem takie wrażenie, że ona na mnie patrzy, że widzi. I jak chcę zrobić coś głupiego, zaraz myślę: „I co teraz powiedziałaby Agata?”. Może kiedyś odpowie mi we śnie? Co myśli, czy dobrze sobie radzę? Czekam na to spotkanie. ZOBACZ ZDJĘCIA

Wideo

Te kultowe filmowe kwestie Jerzego Stuhra przeszły do historii! Też je uwielbiasz?

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Gwiazdą nowego numeru jest Weronika Rosati. Zobacz, co jeszcze w nowej VIVIE!