MAGAZYN VIVA!

Trenował największe hollywoodzkie gwiazdy. Poznajcie Witolda Szmańdę

Jego wysportowana sylwetka robi wrażenie!

Katarzyna Piątkowska 15 lipca 2018 10:59

Witold Szmańda - kim jest Polak, który trenował największe hollywoodzkie gwiazdy? Bywał na oscarowych przyjęciach, przyjaźnił się z milionerami, a jego nazwisko otwierało wszystkie drzwi w Los Angeles. Dlaczego więc wrócił do Polski? O swojej drodze do sukcesu, życiu w Hollywood, depresji i o tym, czy poradził sobie z demonami z przeszłości, Witold Szmańda mówi w wywiadzie z Katarzyną Piątkowską.

Witold Szmańda - kim jest Polak, który trenował największe hollywoodzkie gwiazdy

Gdybyś zobaczyła Keanu tak na co dzień, pomyślałabyś: Matko! Co to za kloszard! Jego styl chodzenia i ubioru totalnie kontrastuje z jego osobowością. Jest wrażliwą, piękną i słoneczną osobą”, opowiada Witold Szmańda, trener Keanu Reevesa, Scarlett Johansson i Heidi Klum. „Gdy w siłowni pojawiła się Scarlett, nie wiedziałem, kim ona jest. W siłowni wszyscy wyglądają inaczej. A ona podeszła do mnie i powiedziała: »Wyglądasz super!«.Potem jeszcze wiele razy się spotykaliśmy”, wspomina swoich podopiecznych i bywalców Fitness Factory.

Ekspert fitnessu i zdrowego żywienia, trener personalny i coach przeszedł długą drogę, by osiągnąć sukces. Sam trenował pływanie, skok wzwyż, kung-fu, bieganie, ale kontuzja kręgosłupa przekreśliła jego marzenia o sportowej karierze. Nie poddał się i znalazł dla siebie inną drogę. Skończył szkołę medycyny alternatywnej, college treningu personalnego i… aktorstwo.

Po 10 latach spędzonych w Los Angeles, bywaniu na oscarowych party, pływaniu prywatnymi jachtami i lataniu prywatnymi samolotami swoich klientów wrócił do Polski. Tu chce wydać książkę o zdrowym odżywianiu, osobowości i o tym, jaki wpływ ma na nas nasza grupa krwi. Ale nie pragnie zostać Ewą Chodakowską w spodniach. „Chcę, żeby ludzie byli »happy«. I chcę z nimi pracować, ale nie tylko ćwicząc z nimi fitness, ale też dbając o to, żeby ćwiczyć zdrowo i czuwać nad ich zdrowiem psychicznym”.

Dziesięć lat mieszkałeś w Stanach, trenowałeś największe gwiazdy – Keanu Reevesa, Heidi Klum. Dlaczego wróciłeś do Polski?

Potrzebowałem zmiany. Tam miałem wszystko. Piękny dom z widokiem na Los Angeles, słynnych znajomych i luksusowe życie. Gdybym jednak został w Stanach, co bym dalej robił? Chodziłbym na kolejne oscarowe party, Emmy, Grammy, trenowałbym kolejne gwiazdy. Można się wykończyć. Byłem zmęczony i potrzebowałem czegoś nowego. A tutaj czekało na mnie coś innego.

Wszyscy się dziwią, że wróciłem. A dla mnie każda zmiana jest wyzwaniem. Gdy zmieniam miejsce zamieszkania, muszę nauczyć się nowego języka, innej kultury. Gdy mieszkałem w Niemczech, mówiłem perfekt po niemiecku, w Stanach po angielsku. Ostatnio trzy miesiące spędziłem w Tajlandii i żeby poznać tamtejszą kulturę, nawet zamknąłem się w buddyjskim klasztorze. Dla mnie rozwój jest bardzo ważny. Ameryka była dla mnie dobra.

Dała mi to, czego nie doświadczam w Polsce – poczucie własnej wartości. Tam każdy powie: „Wow! Jesteś super! Jesteś wyjątkowy, oryginalny. Robisz fajne rzeczy. Podoba mi się to”. Nikt nikogo nie krytykuje. Tam mogłem być inny i wszystkim się to podobało. Ale po pewnym czasie zaczynasz się zastanawiać, czy naprawdę jesteś taki wspaniały.

Amerykanie są nieszczerzy?

Mniej prawdziwi. Tam komplementy sypią się non stop. W pewnym momencie tracisz rozeznanie, czy to, co słyszysz, jest prawdą, czy nie. Może ja straciłem pewność, bo mnie nigdy nikt nie chwalił. Gdy w Ameryce szedłem ze znajomymi, to oni się mną chwalili, przedstawiali mnie: „To jest Witold. Mistrz olimpijski”, chociaż na żadnej olimpiadzie nigdy nie byłem (śmiech). A jak wróciłem z akademickich mistrzostw Polski w lekkoatletyce ze srebrnym medalem, to mój ojciec powiedział: „Tylko tyle?!”.

Jesteś pokorny?

Staram się. Ale mam momenty, że już zaczynam fruwać, a życie mnie zaraz sprowadza z powrotem na dół. Wtedy mówię sobie: Pokory, Witold! Pokory! Powolutku! W dzisiejszym świecie trzeba pokory i wielkiego wysiłku, żeby coś osiągnąć. Każdy sukces jest poparty ogromną pracą.

Ty na swój pracowałeś bardzo ciężko.

Przeszedłem długą drogę od miejsca, skąd pochodzę, do tego, w którym jestem dzisiaj. Jako 18-letni chłopak wyjechałem do Niemiec. Nie w podróż. Po prostu opuściłem Polskę. Nie wiedziałem na jak długo, nic nie wiedziałem o życiu, o podróżowaniu, o pracy. Zabrałem jedną torbę rzeczy osobistych, numer telefonu do wujka w Monachium, którego tak naprawdę nie znałem, adres do koleżanki mamy we Frankfurcie, 100 marek i 50 dolarów, które zarobiłem, jeżdżąc na handel do Niemiec i na Węgry. To były takie czasy, jeszcze przed upadkiem muru berlińskiego, że się nie jeździło na wakacje, tylko do pracy.

Odważnie jak na 18-latka.

To była moja ucieczka. Nie nazywam tego inaczej. Szukanie drogi, pomocy, wyjścia.

Od czego uciekłeś?

Od mojej rzeczywistości. Mam czworo rodzeństwa. Miałem ojca alkoholika. I rozwalony dom pełen alkoholu. Moje dzieciństwo było straszne.

Ojciec Cię bił?

Też. I to on miał prawa rodzicielskie, a nie mama.

Kiedyś miałem do niego żal, ale teraz umiem już się odciąć od tego, co mnie z jego strony spotkało. Już nie myślę, że byłem za słaby i dlatego on mnie nie akceptował, nie chwalił. Pogodziłem się z tym i z nim. Nawet odwiedził mnie w Stanach. Ale gdy było źle, zanim wyjechałem do Niemiec, moją ucieczką był sport. Zacząłem trenować skok wzwyż już jako siedmiolatek. Potem biegałem. Tam znalazłem miłość, tam znalazłem siebie. Tam byłem kimś. W domu byłem tylko krytykowany, tam byłem zauważany. Mój dom był bólem, z którego uciekłem, by przeżyć i odnaleźć swoją godność.

Chciałem wyjechać już wcześniej, ale mama namówiła mnie, żebym najpierw skończył szkołę, liceum gastronomiczne, a dopiero potem jechał w świat. Tak naprawdę nikt nie wierzył, że to mi się uda. Trzeba pamiętać, że to były zupełnie inne czasy. Nie mówię o braku pieniędzy, ale o tym, że wtedy się nie wyjeżdżało. Ale jestem uparty. Jeśli wyznaczę sobie jakiś cel, to go zrealizuję, żeby nie wiem co. Początki w Niemczech były straszne, ale wiedziałem, że muszę dać sobie radę, bo nie miałem powrotu.

Gdybym wrócił, zabraliby mi paszport, który miałem tylko dzięki temu, że byłem sportowcem. Udało mi się dostać do narodowej kadry niemieckiej w lekkoatletyce. Niestety, doznałem kontuzji kręgosłupa. Ale nie załamałem się, tylko postanowiłem pójść inną drogą. Zostałem trenerem fitness. Wtedy takich jak ja było może czterech. Wtedy nikt nie wiedział nawet, co to znaczy „trener personalny”.

Co tam, za zachodnią granicą, zrobiło na Tobie największe wrażenie?

Autostrada! Nigdy wcześniej nie widziałem autostrady. Jak na niej się znalazłem, nie wiedziałem, w którą stronę mam jechać, więc szedłem dwa kilometry do najbliższego kierunkowskazu, żeby się zorientować, po której stronie machać. Stałem więc i próbowałem zatrzymać jakiś samochód. I dziwiłem się, dlaczego wszyscy na mnie trąbią. Chciałem dostać się z Kilonii do Frankfurtu, żeby znaleźć tę koleżankę mamy. Nie udało mi się, więc wyruszyłem w dalszą drogę, do wujka.

Nocowałem na ławce na dworcu. Podszedł do mnie bezdomny, widocznie zająłem jego miejsce. Powiedziałem mu, że o siódmej rano jadę dalej. Obudził mnie o szóstej trzydzieści, żebym nie zaspał. Miałem dużo trudnych sytuacji, ale też zabawnych i całkiem śmiesznych. Pracowałem w masarni, trenowałem. Przez treningi wyrzucono mnie z pracy, bo byłem w kadrze narodowej Niemiec, gazety pisały o mnie „diament” i uważano, że mam za wysokie kwalifikacje do robienia kiełbas. Ożeniłem się, żeby zdobyć niemiecki paszport. Przecież z moim polskim, gdybym wyjechał za granicę na zawody, mógłbym nie móc wrócić do Niemiec.

Aż dotarłeś do Stanów Zjednoczonych.

Tu też się ożeniłem. I też nie z miłości, tylko dla obywatelstwa. Dzisiaj mam amerykański paszport i mogę tam wrócić w każdej chwili. To był piękny czas. Po roku w Los Angeles, gdy wyprawiłem urodziny, przyszło do mnie 300 osób. A przecież dopiero chodziłem do szkoły i uczyłem się angielskiego. Mam talent do zawierania znajomości (śmiech). A to przynosi profity. Mogłem szybciej dotrzeć na szczyty i do znanych ludzi.

A to na przykład ułatwia wejście na jakieś party czy do klubu, do którego dla zwykłego człowieka nie ma wejścia. Po pięciu latach moja ciężka praca, nieustanne szkolenia i otwartość na innych dały efekty. Pracowałem z gwiazdami, milionerami. Moje nazwisko otwierało wszystkie drzwi. Zatrudniłem się w siłowni, w West Hollywood, do której przychodziła Madonna, Demi Moore, Rihanna, Ryan Gosling, Daniel Craig. Spotykanie ich było dla mnie zupełnie normalne.

Trafiłeś na odpowiednich ludzi.

Uważam, że to, co tam osiągnąłem, zawdzięczam przede wszystkim ciężkiej pracy. Ale nie da się ukryć, że ludzie też się do tego przyczynili. Często bywałem z moimi klientami na jakichś bankietach, kolacjach czy spotkaniach. Chodziłem do klubów, do których zwykli śmiertelnicy nie mieli wstępu. Oni opowiadali znajomym moją historię i grono znajomych się powiększało. W Hollywood czułem się jak ryba w wodzie. Ale przestałem się rozwijać i postanowiłem wrócić do Polski, której tak naprawdę przecież nie znałem. Wyjechałem stąd jako nastolatek.

Tak po prostu któregoś dnia obudziłeś się i postanowiłeś, że wracasz?

Przygotowywałem się do tego dwa lata. Trudno jest zostawić luksusowe życie. Poza tym Stany są z jednej strony bardzo łatwe do życia, a z drugiej mają dużo ciemnych stron. Wartości, w które oni wierzą, a tam liczą się przede wszystkim pieniądze i kariera, nie powodują, że nasz świat staje się piękniejszy, że jesteśmy szczęśliwsi. Tak naprawdę tam jesteśmy bardziej uzależnieni od sukcesu, jest ciągła walka, depresja i brak miłości. Chyba tej miłości tam najbardziej mi brakowało.

Wracając, liczyłeś na splendor i sławę?

Na początku tak było. Potrafiłem być w trzech programach śniadaniowych jednego dnia. Udzielałem wywiadów, zapraszały mnie wielkie firmy, jeździłem po Polsce i opowiadałem o zdrowym żywieniu. Ale ostatnie dwa lata były dla mnie bardzo depresyjne. Dlatego wycofałem się z życia publicznego. Nie mogłem przebić się z moimi projektami, chciałem wydać książkę o grupach krwi i jej wpływie na naszą osobowość. Nie było tak, jak się spodziewałem. Dlatego przyszło załamanie.

Nie chciało mi się wstawać z łóżka. Poszedłem do terapeutki i powiedziałem jej: „Już miesiąc leżę w łóżku i nic nie robię”. A ona mi odpowiedziała, że powinienem się cieszyć, że mogę sobie na coś takiego pozwolić. Nie skrytykowała mnie i to mi pomogło. Aż w końcu wyjechałem do Tajlandii i to mnie wtedy uratowało przed samobójstwem. Pomógł mi mój klient. Powiedziałem mu, że mam depresję, że nie chce mi się żyć, a on mnie wysłał do Tajlandii, do swojego domu. Chciałem wycofać się z mediów, bo one męczą. Cały czas dawałem z siebie wszystko, swoją energię. Zawsze robiłem coś dla innych, a nie dla siebie. Teraz się tego uczę i ten wyjazd do Azji bardzo mi w tym pomógł.

Co robisz dla siebie?

(chwila ciszy). Co robię dla siebie…? Za mało robię dla siebie…

Chyba faktycznie nie za dużo, skoro tak długo się zastanawiasz.

To prawda. Biegam dla siebie i jeżdżę rowerem.

Nie czujesz się tu samotny?

Jak każdy potrzebuję wsparcia. Jak ktoś mi mówi, że fajne jest to, co robię, to daje mi siłę. Ale ja przez życie i przez świat idę sam. Nawet bliscy często nie potrafią mnie wesprzeć, bo ja zawsze jestem kilka kroków przed wszystkimi. Jeśli chodzi o żywienie, treningi, filozofię życia, podróżowanie, doświadczenia. Jestem uparty i dążenie do celu jest dla mnie ważne. Teraz jestem w Polsce, ale wiem, że muszę zrobić następny krok. Tylko że jeszcze nie skończyłem tutaj tego, co sobie zaplanowałem.

Wydasz w końcu swoją książkę?

Marzę o tym. I o tym, żeby móc sobie pozwolić na prywatny samolot, bo do tej pory latałem samolotami moich klientów i tam, dokąd oni chcieli. A ja w końcu chcę mieć wybór.

Wrócisz do Stanów?

Może? Ale tylko z książką, żebym mógł zacząć z innego pułapu niż kiedyś. Albo ruszę dalej w świat. Jest przecież taki ciekawy. ZOBACZ ZDJĘCIA

Wideo

Jak poprawić relację w związku. 5 zasad, których powinnaś przestrzegać!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

W nowej VIVIE! seksowna Ewa Chodakowska o miłości, karierze i… planowaniu dziecka!