TYLKO U NAS!

Piotr Polk zdradza dramatyczne szczegóły wypadku: „Bolało okropnie, ale się nie poddawałem”

„Dwa palce dotkliwie pocięte”

Gabriela Czernecka 17 maja 2018 10:58
Piotr Polk, VIVA! maj 2018
Fot. Piotr Porębski

Nie jest taki „grzeczny”, jak się wszystkim wydaje. Lubi sobie przekląć, ale jest szarmancki, czym zdobywa serca kobiet. Zna się na elektryce, stolarce i koniach. Nie wstydzi się łez. Płakał na Titanicu. Ale nie płakał, gdy piła odcięła mu dwa palce. Macho? „Sraczo!”, odpowiada nieparlamentarnie. Jaki jest naprawdę Piotr Polk, sprawdza Katarzyna Piątkowska w najnowszym numerze VIVY!.

Piotr Polk o szczegółach wypadku

Jest Pan człowiekiem wielu talentów.

Piotr Polk: Nie wiem, czy to jest talent. W końcu się z tym nie urodziłem. Raczej pasja, która jest wymagająca, która nie pozwala na rozkojarzenia i myślenie o czymś innym. Jeśli tak się stanie, potrafi dość boleśnie skrzywdzić! 

Bolało okropnie, palce miałem sztywne, ale się nie poddawałem

Zapowiada się krwawa opowieść.

Było krwawo. Zamyśliłem się, nie skupiłem na tym, co robię, i… ciach. Dwa palce dotkliwie pocięte. Na szczęście udało się je uratować. Nagle zdałem sobie sprawę, że ułamek sekundy dłużej i już nigdy nie usiadłbym przy fortepianie, i nie zagrał. Po operacji przyszedł czas rehabilitacji. Dostałem do ugniatania specjalną piłeczkę. To mi się wydawało potwornie nudne. Dlatego przed każdym spektaklem przychodziłem do teatru dwie godziny wcześniej i grałem.

Bolało okropnie, palce miałem sztywne, ale się nie poddawałem. Kiedy zauważyłem, że to przynosi medyczne efekty, a jednocześnie granie sprawia mi przyjemność, którą z czasem już traciłem, kupiłem sobie fortepian i dziś gram codziennie. Czasem chwilę, czasem dwie, ale staram się grać. I dla siebie, i ostatnio dla nowego spektaklu, który zrobiłem – „Akompaniator”. 

Dlaczego Pan został aktorem?

To najtrudniejsze pytanie, jakie mogła mi pani zadać. Nie znam na nie odpowiedzi. Może dlatego, że nic na to nie wskazywało, by nim być? Znowu przekora? Moja rodzina nie miała nic wspólnego ze sztuką. Tata był technologiem. Mama, jak prawdziwa Ślązaczka, zajmowała się wychowywaniem mnie i mojej siostry. Nawet po polsku nie mówiłem. W domu mówiło się albo po niemiecku, albo gwarą. Żeby dostać się na studia do szkoły aktorskiej, musiałem uczyć się polskiego.

Rodzice mówili, że szkoła aktorska to trochę nie nasz świat. A sam ojciec uważał, że najpierw powinienem zdobyć konkretny zawód, a dopiero potem podążać za marzeniami. Tak więc skończyłem technikum elektryczne, szkołę muzyczną i na końcu szkołę filmową. I tata miał rację. Dobra kolejność! Gdy mój aktorski telefon z propozycjami przestanie dzwonić, wiem, że mogę robić inne rzeczy.

Zostałby Pan elektrykiem?

Dlaczego nie? Musiałbym tylko odnowić uprawnienia. Mógłbym też grać na organach w kościele, na weselach. Coś tam bym sobie znalazł.

Na razie nie musi się Pan martwić. Gra Pan w jednym z najpopularniejszych seriali w Polsce. Spodziewał się Pan, że rola Oresta Możejki w „Ojcu Mateuszu” przyniesie Panu sławę i popularność?

Popularność. Nie, nie spodziewałem się. Wydawało mi się, że kolejny serial o księdzu w tamtym czasie, na tym samym kanale raczej się nie przyjmie. A tu proszę. 

Wypiera się Pan sławy?

Tak. Bo jest ogromna różnica między popularnością a sławą. Stałem się popularny, owszem, bo codziennie pojawiam się w telewizji. Ale żeby być sławnym, trzeba naprawdę dokonać czegoś wielkiego. 

Miałby Pan na to ochotę?

Gdybym powiedział, że nie, byłbym nieszczery. Ale nie za wszelką cenę. Znam ludzi sławnych, którzy wsławili się nie tym, co trzeba. Poza tym nie czuję jakiegoś wielkiego parcia na sławę. To, co robię, staram się robić najlepiej, jak umiem. Ale ani nie odkrywam Ameryki, ani nie ratuję ludzkiego życia. Zabieram ludziom dwie godziny z ich życia, jeśli na to pozwolą.

Dostarczę im emocji, śmiechu, czasem łez, chwil zapomnienia… Ale kiedy sięgnę pamięcią do początku, to się dobrze nie zapowiadało. Gdy pojechałem na wstępne przesłuchania do Łodzi, moja późniejsza profesorka powiedziała o mnie: „Może i tli się w nim jakaś iskra talentu, ale czy warto ją rozpalać?”.

To mogło podciąć Panu skrzydła.

Mogło! Ale zadziałało odwrotnie! Przekora? Musiałem sobie udowodnić, że nie jest tak źle. Dostałem się do łódzkiej filmówki za pierwszym razem. I byłem wdzięczny wszystkim, którzy we mnie nie wierzyli. Ich niewiara mnie mobilizowała.  

Cały wywiad z Piotrem Polkiem do przeczytania w nowej VIVIE!. Numer w kioskach już od 17 maja!

Karolina Szostak, Viva! maj 2018, OKŁADKA
Fot. Mateusz Stankiewicz/AF PHOTO

VIVA! 10/2018 - co jeszcze w numerze?

Czy spektakularna metamorfoza wpłynęła na to, jak postrzega samą siebie Karolina Szostak?„Barcelona zdradziła ją tak jak ludzie”, pisze Katarzyna Przybyszewska. Niezwykła historia, znanej malarki  -Joanny SarapatyBogumiła Wander i Krzysztof Baranowskio kulisach związku, małżeństwie, sile namiętności i życiowych pasjach. A także, nieznana twarz aktora. Czy Piotr Polk naprawdę jest taki „grzeczny”?

Wideo

Te kultowe filmowe kwestie Jerzego Stuhra przeszły do historii! Też je uwielbiasz?

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Dziesięć pięknych, spełnionych i inspirujących kobiet...czyli nasz nowy numer #VIVA!power. A w nim...